01.10.2024, 23:53 ✶
To nie była ta sama uszczypliwość, ale w końcu już pokazała mu, że nie była tą samą kobietą. Na niemal każdym kroku dawała mu do zrozumienia, że stała się kimś, kto nie chciał mieć z nim do czynienia. To, że ze sobą współpracowali było wyłącznie wynikiem przypadku i braku innych możliwości. Był jej ostatnim wyborem, ale poniekąd sam zmusił ją do podjęcia go na jego pozorną korzyść. W rzeczywistości była to żadna korzyść, lecz wynik troski. Tak. Nadal się o nią troszczył. Mogła uważać, co chciała. Usiłował być jej sojusznikiem. Nieważne, że chłodnym i oficjalnym, bo to była ich nowa rzeczywistość, z którą Ambroise nie próbował walczyć.
- Możliwe. Najwidoczniej tak jest - zgodził się z nią, a jakże.
Znacznie łatwiej było utrzymywać podjęte postanowienia i zachowywać się w ten sposób, kiedy całą swoją postawą udowadniała mu, że nim gardziła. Potrzebował tego. Szczególnie po ich całkiem pozytywnej (w całej tej negatywnej sytuacji) interakcji w barze na Carkitt Market. No, ale ona była wtedy zupełnie pijana a on zaskoczony. Teraz stali przed sobą (metaforycznie, bo on nadal nie ruszył się z krzesła) jako świadomi ludzie uzbrojeni we wszystkie systemy obronne. Przygotowani na konfrontację.
- Wyśmienicie - kiwnął głową słysząc o jej założeniach odnośnie nieangażowania rodziny.
Im mniej porywczych głupców tym lepiej. Już i tak był jedynym z nich i angażował się w całą sprawę. Odnośnie swojego zachowania w stosunku do osób grożących Geraldine był zadziwiająco samoświadomy. Nie bez przyczyny porównywał się do jej wściekłego psa. Tego, który teraz gryzł pańską rękę.
- Jeśli tak ci pasuje, panienko Yaxley - odgryzł się, ale jak gdyby brakowało w tym tej iskry, której w dawnych latach nie dało się nie wyczuć.
Teraz ziała tam pustka. Zupełnie taka, jakby ktoś z całej siły zdmuchnął palący się płomień. Ambroise wiedział nawet, kto. On. To on był tym kimś. A przynajmniej był w stanie tak twierdzić, żeby pozbawić tego wszystkiego każdego innego znaczenia, a więc także i ewentualnej mocy. Coś, co traktował jak efekt wyłącznie własnych świadomych czynów nie mogło mieć nad nim władzy. Nie kontrolowało go, więc nie musiał dawać temu swoich emocji. Mógł być lodowaty. W tym momencie brali udział w konteście i on chciał w nim wygrać. W końcu i tak twierdziła, że mu nie zależy.
To nie mogłoby bardziej mijać się z prawdą. Nie miało żadnego pokrycia w rzeczywistości. Inaczej nie chciałby dla niej ryzykować własnym życiem, tym bardziej, że mieli mieć do czynienia z mściwą, podstępną siłą. Nie rzuciłby się na Astarotha w obronie jej godności, co zrobił bez chwili zastanowienia, nawet jeśli go o to nie prosiła. Nie wysłuchałby jej wtedy w barze i nie obdarzałby Geraldine zapewnieniami, że jakoś sobie poradzą. Nie zrobiłby żadnej z tych rzeczy, gdyby rzeczywiście nie miała dla niego żadnego znaczenia. Choć może tak było lepiej, bo nie wiedziała, jaką władzę nad nim nadal posiada i nie mogła tego wykorzystać przeciwko niemu?
Cholera. Nawet jego odejście było związane z tym, że ze wszech miar starał się po prostu dać jej wszystko, co najlepsze. On tym najlepszym nie był. Nie dla niej. Ich podobieństwo wyłącznie wszystko komplikowało. Ciągnęło ich do siebie, nie mogli a wręcz nie potrafili nie orbitować wokół siebie nawzajem, ale zbyt wiele razy widział łzy w jej oczach. Za dużo było sytuacji, kiedy kryła przed nim to, że nie była wyłącznie wściekła na jego zachowania. Ona cierpiała z ich powodu. Zupełnie tak, jakby również był jakimś typem krwiopijcy tylko żerował na smutku i zranieniu najbliższej mu osoby. Kiedy zaczynał wyrzucać sobie swoje winy, wtedy zaczynał myśleć o tym, co mógł zrobić, żeby więcej nie musieć obserwować jej cichego żalu krytego pod głośnymi wyrzutami i latającymi talerzami.
Próbował coś naprawić. Naprawdę. Starał się dla niej i w końcu osiągnęli ten upragniony spokój. Mogłoby się wydawać, że wszystko zaczęło poruszać się po właściwym torze. Przez dłuższy czas Greengrassowi również tak się wydawało. Prawie odetchnął pełną piersią, niemal podjął decyzję, która teraz była jednym z jego demonów i prześladujących go gdyby. Może mógłby być szczęśliwym człowiekiem. Być może mogliby przetrwać próbę czasu albo po raz kolejny stanąć razem w nadciągającej burzy, którą możliwe, że przeżyliby bez większego wysiłku. Może tylko mu się wydawało, że ta burza nadchodziła a może...
...może po prostu należało stać się dla niej lepszym człowiekiem zamiast pozwalać jej ruszyć swoją drogą i znaleźć kogoś takiego?
Tego nie miał wiedzieć. Nie próbował tego roztrząsać, choć łatwiej było powiedzieć niż zrobić. Szczególnie teraz, kiedy na powrót znajdowali się tak blisko siebie a jednak wiedział, że dzielą ich całe światy. Dwa różne. Ironiczne, że przez tyle lat wspólnej drogi nie zmienili się tak bardzo jak w przeciągu tego ostatniego roku. Nie dopuszczał do siebie możliwości, że wcale tak nie było tylko oboje starali się stwarzać te pozory. Ambroise nie był tak samoświadomy. Szczególnie, kiedy nie chciał.
- W porządku. Jeśli sobie tego życzysz, to ja będę twoim czarnym charakterem - tym razem zmrużył oczy, jeszcze bardziej zaciskając szczękę.
Chciał być na nią wściekły. Usiłował sprawić, że to wszystko co czuje odejdzie. Łudził się, że tak będzie, bo wystarczy tylko, że znajdzie w Geraldine coś, co zrobi z niej równie czarny charakter w tej historii. Ale nie mógł. Usiłował mieć do niej wyrzuty, ale to nie ułatwiało mu niemal nic. Tak naprawdę wcale nie chciał, żeby w ich wspólnej historii występował ktokolwiek winny. Mimo że już go przecież wyłonili a potem jednoznacznie uznali relację za zakończoną i niegodną dalszych wspominek.
Chciała wyjść? Jasne. Tak było najłatwiej. Przecież coś o tym wiedział, więc jej na to pozwolił. Nawet nie patrzył w stronę kobiety, kiedy wychodziła. Jedynie wzdrygnął się na głuchy łoskot zamykanych z hukiem drzwi. Po prostu nadal siedział na krześle, sam nie wiedział, ile jeszcze.
- Możliwe. Najwidoczniej tak jest - zgodził się z nią, a jakże.
Znacznie łatwiej było utrzymywać podjęte postanowienia i zachowywać się w ten sposób, kiedy całą swoją postawą udowadniała mu, że nim gardziła. Potrzebował tego. Szczególnie po ich całkiem pozytywnej (w całej tej negatywnej sytuacji) interakcji w barze na Carkitt Market. No, ale ona była wtedy zupełnie pijana a on zaskoczony. Teraz stali przed sobą (metaforycznie, bo on nadal nie ruszył się z krzesła) jako świadomi ludzie uzbrojeni we wszystkie systemy obronne. Przygotowani na konfrontację.
- Wyśmienicie - kiwnął głową słysząc o jej założeniach odnośnie nieangażowania rodziny.
Im mniej porywczych głupców tym lepiej. Już i tak był jedynym z nich i angażował się w całą sprawę. Odnośnie swojego zachowania w stosunku do osób grożących Geraldine był zadziwiająco samoświadomy. Nie bez przyczyny porównywał się do jej wściekłego psa. Tego, który teraz gryzł pańską rękę.
- Jeśli tak ci pasuje, panienko Yaxley - odgryzł się, ale jak gdyby brakowało w tym tej iskry, której w dawnych latach nie dało się nie wyczuć.
Teraz ziała tam pustka. Zupełnie taka, jakby ktoś z całej siły zdmuchnął palący się płomień. Ambroise wiedział nawet, kto. On. To on był tym kimś. A przynajmniej był w stanie tak twierdzić, żeby pozbawić tego wszystkiego każdego innego znaczenia, a więc także i ewentualnej mocy. Coś, co traktował jak efekt wyłącznie własnych świadomych czynów nie mogło mieć nad nim władzy. Nie kontrolowało go, więc nie musiał dawać temu swoich emocji. Mógł być lodowaty. W tym momencie brali udział w konteście i on chciał w nim wygrać. W końcu i tak twierdziła, że mu nie zależy.
To nie mogłoby bardziej mijać się z prawdą. Nie miało żadnego pokrycia w rzeczywistości. Inaczej nie chciałby dla niej ryzykować własnym życiem, tym bardziej, że mieli mieć do czynienia z mściwą, podstępną siłą. Nie rzuciłby się na Astarotha w obronie jej godności, co zrobił bez chwili zastanowienia, nawet jeśli go o to nie prosiła. Nie wysłuchałby jej wtedy w barze i nie obdarzałby Geraldine zapewnieniami, że jakoś sobie poradzą. Nie zrobiłby żadnej z tych rzeczy, gdyby rzeczywiście nie miała dla niego żadnego znaczenia. Choć może tak było lepiej, bo nie wiedziała, jaką władzę nad nim nadal posiada i nie mogła tego wykorzystać przeciwko niemu?
Cholera. Nawet jego odejście było związane z tym, że ze wszech miar starał się po prostu dać jej wszystko, co najlepsze. On tym najlepszym nie był. Nie dla niej. Ich podobieństwo wyłącznie wszystko komplikowało. Ciągnęło ich do siebie, nie mogli a wręcz nie potrafili nie orbitować wokół siebie nawzajem, ale zbyt wiele razy widział łzy w jej oczach. Za dużo było sytuacji, kiedy kryła przed nim to, że nie była wyłącznie wściekła na jego zachowania. Ona cierpiała z ich powodu. Zupełnie tak, jakby również był jakimś typem krwiopijcy tylko żerował na smutku i zranieniu najbliższej mu osoby. Kiedy zaczynał wyrzucać sobie swoje winy, wtedy zaczynał myśleć o tym, co mógł zrobić, żeby więcej nie musieć obserwować jej cichego żalu krytego pod głośnymi wyrzutami i latającymi talerzami.
Próbował coś naprawić. Naprawdę. Starał się dla niej i w końcu osiągnęli ten upragniony spokój. Mogłoby się wydawać, że wszystko zaczęło poruszać się po właściwym torze. Przez dłuższy czas Greengrassowi również tak się wydawało. Prawie odetchnął pełną piersią, niemal podjął decyzję, która teraz była jednym z jego demonów i prześladujących go gdyby. Może mógłby być szczęśliwym człowiekiem. Być może mogliby przetrwać próbę czasu albo po raz kolejny stanąć razem w nadciągającej burzy, którą możliwe, że przeżyliby bez większego wysiłku. Może tylko mu się wydawało, że ta burza nadchodziła a może...
...może po prostu należało stać się dla niej lepszym człowiekiem zamiast pozwalać jej ruszyć swoją drogą i znaleźć kogoś takiego?
Tego nie miał wiedzieć. Nie próbował tego roztrząsać, choć łatwiej było powiedzieć niż zrobić. Szczególnie teraz, kiedy na powrót znajdowali się tak blisko siebie a jednak wiedział, że dzielą ich całe światy. Dwa różne. Ironiczne, że przez tyle lat wspólnej drogi nie zmienili się tak bardzo jak w przeciągu tego ostatniego roku. Nie dopuszczał do siebie możliwości, że wcale tak nie było tylko oboje starali się stwarzać te pozory. Ambroise nie był tak samoświadomy. Szczególnie, kiedy nie chciał.
- W porządku. Jeśli sobie tego życzysz, to ja będę twoim czarnym charakterem - tym razem zmrużył oczy, jeszcze bardziej zaciskając szczękę.
Chciał być na nią wściekły. Usiłował sprawić, że to wszystko co czuje odejdzie. Łudził się, że tak będzie, bo wystarczy tylko, że znajdzie w Geraldine coś, co zrobi z niej równie czarny charakter w tej historii. Ale nie mógł. Usiłował mieć do niej wyrzuty, ale to nie ułatwiało mu niemal nic. Tak naprawdę wcale nie chciał, żeby w ich wspólnej historii występował ktokolwiek winny. Mimo że już go przecież wyłonili a potem jednoznacznie uznali relację za zakończoną i niegodną dalszych wspominek.
Chciała wyjść? Jasne. Tak było najłatwiej. Przecież coś o tym wiedział, więc jej na to pozwolił. Nawet nie patrzył w stronę kobiety, kiedy wychodziła. Jedynie wzdrygnął się na głuchy łoskot zamykanych z hukiem drzwi. Po prostu nadal siedział na krześle, sam nie wiedział, ile jeszcze.