02.10.2024, 00:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2024, 02:48 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nie od razu wyczuł czyjąś obecność w pomieszczeniu. To znaczy, może trochę inaczej: jak najbardziej czuł czyjąś obecność w pomieszczeniu, wiele obecności, całkiem sporo wspomnień i historii z dawnych lat, zapomnianych już i zagubionych na kartach czasu. Szło mu coraz lepiej. Naprawdę do czegoś dochodził, był blisko i wtedy...
...wtedy coś gwałtownie wyrwało go z tego stanu. Dosłownie go z niego wydarło, przyprawiając Greengrassa o nagły ból głowy i nieznaczne zawroty. Nie od razu zauważył pękniętą torebkę ani to, że nie jest już sam w swojej samotni.
Bardzo powoli otworzył oczy, unosząc wzrok i obdarzając Geraldine nieprzeniknionym spojrzeniem. Miał pociemniałe, bardzo poważne oczy a jednocześnie wyglądał tak, jakby nie do końca orientował się w tym, że patrzy właśnie na nią. Trochę, jakby patrzył przez nią - jak gdyby była niematerialna albo co najmniej półprzezroczysta. Zawiesił na niej wzrok na stanowczo zbyt długą chwilę. Mogło się zdawać, że pobladł przy tym, może nawet, że wyraźnie się zaniepokoił. Przynajmniej zanim nie wyczuł lepkości na dłoniach i nie uniósł ich wyżej, żeby to sprawdzić. Zbladł jeszcze bardziej, oczy mu się rozszerzyły, rozchylił też wargi i wtedy dostrzegł przedziurawioną torebkę, która dodatkowo spadła na jedną ze świec i zaczęła się nadtapiać. Odsunął ją gwałtownym ruchem dłoni, przerywając tym samym zewnętrzną linię kręgu.
Momentalnie z bladego zrobił się niemal jasnoczerwony. Nieczęsto przybierał dwa tak skrajne kolory w przeciągu zaledwie kilku chwil. Prawdę mówiąc, nie mógłby przywołać w myślach żadnego momentu, w którym było po nim tak wyraźnie widać narastającą wściekłość.
- Kurwa mać! - Spomiędzy jego warg wydobyło się coś w rodzaju warknięcia, choć nie krzyknął a jedynie wyraźnie wyraził swoje wkurwienie.
- Ja pierdolę, Yaxley! Do końca ci odjebało? - Nie krzyczał, nie musiał tego robić, bo słowa opuszczające jego usta same w sobie cięły jak brzytwy.
Nigdy tak do niej nie mówił. Nieważne, co by się działo, nie posuwał się do wyzywania jej od wariatek. Mieli dużo bardziej wysublimowany, szeroki zakres wzajemnie wykorzystywanych obelg i słów, którymi potrafili się nawzajem bardzo umiejętnie krzywdzić. Najwyraźniej zawsze musiał być ten pierwszy raz. Szkoda tylko, że właśnie w takim momencie. Nie tylko wtedy, kiedy prawie posunął się dalej w czymś, co od lat zaprzątało mu głowę a od miesięcy było jednym z priorytetów. Również wtedy, kiedy aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak dużym jest laikiem w tym całym temacie i że gdyby do czegoś doszło, najpewniej by nad tym nie zapanował.
A ona przerwała jego krąg. Ba! Nie tylko go przerwała a on odruchowo dokończył dzieła, żeby nie wywołać pożaru. Ona przerwała jego krąg przy pomocy torebki z jebaną krwią. Tą, która rozchlapała się wewnątrz i na nim. Miał krew na rękach, wyglądał jak ktoś, kto składał czemuś ofiarę. Nie miał zielonego pojęcia, jak to miało się odbić na jego rytuale. Szczególnie, że w pomieszczeniu przestało być zimno, ale wiatr z hukiem pozamykał wszystkie drzwi i okna. To go niepokoiło. Bardziej niż głupotą Geraldine, poczuł się poruszony tym, do czego doszło.
Kurwa, kurwa, kurwa.
Gwałtownie podniósł się z podłogi, wypuszczając zakrwawioną wstążkę z jeszcze bardziej zakrwawionej dłoni. Ignorując Yaxleyównę, pospiesznie zbliżył się do okna, kopiąc po drodze kilka ksiąg, żeby szarpnąć za klamkę. Otworzyło się. W powietrzu nie było czuć niczego dziwnego. Tylko swąd palonego plastiku i ciężki zapach kadzideł. Wszystko było w porządku. No, poza tym, że teraz już nie słyszał tego bzyczącego dźwięku w uszach. Za to jak najbardziej jakieś bezsensowne słowa kobiety skierowane w jego stronę.
Czuł się bardziej zmęczony i skołowany niż kiedykolwiek wcześniej. Oddychał ciężko i nerwowo, opierając się o biurko. Powinna stąd wyjść. W tym momencie nie był w najlepszym nastroju, żeby z nią rozmawiać. To mogło skończyć się naprawdę paskudnie a przecież wcale tego nie chciał.
...wtedy coś gwałtownie wyrwało go z tego stanu. Dosłownie go z niego wydarło, przyprawiając Greengrassa o nagły ból głowy i nieznaczne zawroty. Nie od razu zauważył pękniętą torebkę ani to, że nie jest już sam w swojej samotni.
Bardzo powoli otworzył oczy, unosząc wzrok i obdarzając Geraldine nieprzeniknionym spojrzeniem. Miał pociemniałe, bardzo poważne oczy a jednocześnie wyglądał tak, jakby nie do końca orientował się w tym, że patrzy właśnie na nią. Trochę, jakby patrzył przez nią - jak gdyby była niematerialna albo co najmniej półprzezroczysta. Zawiesił na niej wzrok na stanowczo zbyt długą chwilę. Mogło się zdawać, że pobladł przy tym, może nawet, że wyraźnie się zaniepokoił. Przynajmniej zanim nie wyczuł lepkości na dłoniach i nie uniósł ich wyżej, żeby to sprawdzić. Zbladł jeszcze bardziej, oczy mu się rozszerzyły, rozchylił też wargi i wtedy dostrzegł przedziurawioną torebkę, która dodatkowo spadła na jedną ze świec i zaczęła się nadtapiać. Odsunął ją gwałtownym ruchem dłoni, przerywając tym samym zewnętrzną linię kręgu.
Momentalnie z bladego zrobił się niemal jasnoczerwony. Nieczęsto przybierał dwa tak skrajne kolory w przeciągu zaledwie kilku chwil. Prawdę mówiąc, nie mógłby przywołać w myślach żadnego momentu, w którym było po nim tak wyraźnie widać narastającą wściekłość.
- Kurwa mać! - Spomiędzy jego warg wydobyło się coś w rodzaju warknięcia, choć nie krzyknął a jedynie wyraźnie wyraził swoje wkurwienie.
- Ja pierdolę, Yaxley! Do końca ci odjebało? - Nie krzyczał, nie musiał tego robić, bo słowa opuszczające jego usta same w sobie cięły jak brzytwy.
Nigdy tak do niej nie mówił. Nieważne, co by się działo, nie posuwał się do wyzywania jej od wariatek. Mieli dużo bardziej wysublimowany, szeroki zakres wzajemnie wykorzystywanych obelg i słów, którymi potrafili się nawzajem bardzo umiejętnie krzywdzić. Najwyraźniej zawsze musiał być ten pierwszy raz. Szkoda tylko, że właśnie w takim momencie. Nie tylko wtedy, kiedy prawie posunął się dalej w czymś, co od lat zaprzątało mu głowę a od miesięcy było jednym z priorytetów. Również wtedy, kiedy aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak dużym jest laikiem w tym całym temacie i że gdyby do czegoś doszło, najpewniej by nad tym nie zapanował.
A ona przerwała jego krąg. Ba! Nie tylko go przerwała a on odruchowo dokończył dzieła, żeby nie wywołać pożaru. Ona przerwała jego krąg przy pomocy torebki z jebaną krwią. Tą, która rozchlapała się wewnątrz i na nim. Miał krew na rękach, wyglądał jak ktoś, kto składał czemuś ofiarę. Nie miał zielonego pojęcia, jak to miało się odbić na jego rytuale. Szczególnie, że w pomieszczeniu przestało być zimno, ale wiatr z hukiem pozamykał wszystkie drzwi i okna. To go niepokoiło. Bardziej niż głupotą Geraldine, poczuł się poruszony tym, do czego doszło.
Kurwa, kurwa, kurwa.
Gwałtownie podniósł się z podłogi, wypuszczając zakrwawioną wstążkę z jeszcze bardziej zakrwawionej dłoni. Ignorując Yaxleyównę, pospiesznie zbliżył się do okna, kopiąc po drodze kilka ksiąg, żeby szarpnąć za klamkę. Otworzyło się. W powietrzu nie było czuć niczego dziwnego. Tylko swąd palonego plastiku i ciężki zapach kadzideł. Wszystko było w porządku. No, poza tym, że teraz już nie słyszał tego bzyczącego dźwięku w uszach. Za to jak najbardziej jakieś bezsensowne słowa kobiety skierowane w jego stronę.
Czuł się bardziej zmęczony i skołowany niż kiedykolwiek wcześniej. Oddychał ciężko i nerwowo, opierając się o biurko. Powinna stąd wyjść. W tym momencie nie był w najlepszym nastroju, żeby z nią rozmawiać. To mogło skończyć się naprawdę paskudnie a przecież wcale tego nie chciał.