02.10.2024, 08:17 ✶
Gdyby Brennie przyszło kroić tort na balu, zapewne starałaby się zadbać, aby kawałki były równe i dobrze wyglądały. W tej chwili jednak jeśli szło o nią, mogły wziąć łyżki i jeść torcik nawet bez krojenia, od dwóch stron, a skupiona na obserwacji ciekawskiego smokoognika, nawet nie zwróciła uwagi, jak Mona kroi przysmak. W końcu i tak go zaraz zjedzą, prawda? Miał ładnie wyglądać tylko w tej chwili, w której obdarowana otwierała pudełko, potem to już zdaniem Brenny liczył się wyłącznie smak.
– Wierzę na słowo, chociaż do tych sąsiadów na pewno trzeba przywyknąć i bardzo, bardzo uważać, żeby ich nie wkurzać. Żadnych awantur o żywopłot. Miałam kiedyś taką sprawę w Brygadzie, wielka, sąsiedzka awantura, zakończyła się zamianą jednego czarodzieja w robaka… Ale wyglądają majestatycznie, to chyba odpowiednie słowo, chociaż widziałam jednego z baaaardzo daleka.
Brenna nie mogła narzekać na swoje życie. Miała kochającą rodzinę, dom, w którym nigdy niczego nie brakowało, przyjaciół, z którymi mogła spędzać czas i pracę, którą lubiła i którą sama sobie wybrała. Nie zastanawiała się nawet czy jest szczęśliwa - nie przyszłoby jej to do głowy, a to chyba najlepiej świadczyło o tym, że była ze swojej egzystencji usatysfakcjonowana. I tylko coraz bardziej niepokojące sprawy w pracy zasnuwały dla niej horyzont.
Nadchodziła wojna, o której Brenna jeszcze nie wiedziała, ale której zapowiedzi już powoli wychwytywała, i która dla niej miała zmienić niemal wszystko.
Popatrzyła na Monę z uśmiechem, jakoś dziwnie pewna, że poruszanie się po rezerwacie wcale nie było takie proste, jak ta przedstawiała. Brenna umiała odnajdywać ścieżki w Kniei Godryka, ale już miała dziwne wrażenie, że tutaj naprawdę wlazłaby szybko prosto do smoczego leża.
- Możesz mi więc wskazać, czego szukać, chociaż chyba takie samotne przechadzki po rezerwacie sobie daruję, smoki mogą mieć do mnie uraz, jest taka rodzinna legenda, że jeden z moich przodków zabił jednego w pojedynku. Chociaż trochę ciężko mi w to uwierzyć, bo ponoć zrobił to mieczem - stwierdziła, obracając się znowu do Zębatka. - To jak? Dasz się pogłaskać po brodzie czy jak spróbuję, to nadrobisz braki w diecie moim palcami?
Pewnie nie powinna nawet próbować, ale cóż, w głębi serca wciąż była Gryfonką, a to zobowiązywało, trochę do głupoty, trochę do odwagi. Kiedy więc smoczoognik trącił jej but, przykucnęła i ostrożnie wyciągnęła rękę, gotowa zabrać ją, gdyby mały smoczek postanowił, że jednak od drapania pod brodą woli przekąskę pod postacią jej palca wskazującego.
- Piknik oznacza jedzenie, więc jestem absolutnie na tak, a klify brzmią świetnie. Chętnie zobaczę, jak wyglądają te walijskie. Pewnie wieje tutaj bardziej niż u nas. Byłaś kiedyś na klifach w Devon? - plotła sobie, mówiąc o hrabstwie, w którym leżała Dolina Godryka - tamtejsze klify więc Brenna w przeciwieństwie do walijskich znała całkiem nieźle. – Macie jakieś zamki na klifach? Czy to bardziej Szkocja, zawsze jak słyszę klify i Szkocja, to wyobrażam sobie kamienny, złowieszczy zamek, wznoszący się na klifach… Nic mi nie jest, doprowadziłam tylko do małego załamania nerwowego klątwołamacza. Wiesz, tak z perspektywy czasu to zabawne? Nie mogliśmy dotrzeć do jego gabinetu, bo ciągle coś się działo, a jak już dotarliśmy, to lampa zrobiła na mnie zamach, jeden z eliksirów okazał się przeterminowany... Ale nikomu nic się nie stało. Miałam tylko trochę uwalony mundur, no i musiałam pozbyć się butów - opowiedziała, a jeśli smoczoognik nie postanowił uwiesić się na jej dłoni, w próbie odgryzienia kawałka, to Brenna wstała, gotowa wziąć koc. - A tobie trafił się ostatnio jakiś ciekawy przypadek?
– Wierzę na słowo, chociaż do tych sąsiadów na pewno trzeba przywyknąć i bardzo, bardzo uważać, żeby ich nie wkurzać. Żadnych awantur o żywopłot. Miałam kiedyś taką sprawę w Brygadzie, wielka, sąsiedzka awantura, zakończyła się zamianą jednego czarodzieja w robaka… Ale wyglądają majestatycznie, to chyba odpowiednie słowo, chociaż widziałam jednego z baaaardzo daleka.
Brenna nie mogła narzekać na swoje życie. Miała kochającą rodzinę, dom, w którym nigdy niczego nie brakowało, przyjaciół, z którymi mogła spędzać czas i pracę, którą lubiła i którą sama sobie wybrała. Nie zastanawiała się nawet czy jest szczęśliwa - nie przyszłoby jej to do głowy, a to chyba najlepiej świadczyło o tym, że była ze swojej egzystencji usatysfakcjonowana. I tylko coraz bardziej niepokojące sprawy w pracy zasnuwały dla niej horyzont.
Nadchodziła wojna, o której Brenna jeszcze nie wiedziała, ale której zapowiedzi już powoli wychwytywała, i która dla niej miała zmienić niemal wszystko.
Popatrzyła na Monę z uśmiechem, jakoś dziwnie pewna, że poruszanie się po rezerwacie wcale nie było takie proste, jak ta przedstawiała. Brenna umiała odnajdywać ścieżki w Kniei Godryka, ale już miała dziwne wrażenie, że tutaj naprawdę wlazłaby szybko prosto do smoczego leża.
- Możesz mi więc wskazać, czego szukać, chociaż chyba takie samotne przechadzki po rezerwacie sobie daruję, smoki mogą mieć do mnie uraz, jest taka rodzinna legenda, że jeden z moich przodków zabił jednego w pojedynku. Chociaż trochę ciężko mi w to uwierzyć, bo ponoć zrobił to mieczem - stwierdziła, obracając się znowu do Zębatka. - To jak? Dasz się pogłaskać po brodzie czy jak spróbuję, to nadrobisz braki w diecie moim palcami?
Pewnie nie powinna nawet próbować, ale cóż, w głębi serca wciąż była Gryfonką, a to zobowiązywało, trochę do głupoty, trochę do odwagi. Kiedy więc smoczoognik trącił jej but, przykucnęła i ostrożnie wyciągnęła rękę, gotowa zabrać ją, gdyby mały smoczek postanowił, że jednak od drapania pod brodą woli przekąskę pod postacią jej palca wskazującego.
- Piknik oznacza jedzenie, więc jestem absolutnie na tak, a klify brzmią świetnie. Chętnie zobaczę, jak wyglądają te walijskie. Pewnie wieje tutaj bardziej niż u nas. Byłaś kiedyś na klifach w Devon? - plotła sobie, mówiąc o hrabstwie, w którym leżała Dolina Godryka - tamtejsze klify więc Brenna w przeciwieństwie do walijskich znała całkiem nieźle. – Macie jakieś zamki na klifach? Czy to bardziej Szkocja, zawsze jak słyszę klify i Szkocja, to wyobrażam sobie kamienny, złowieszczy zamek, wznoszący się na klifach… Nic mi nie jest, doprowadziłam tylko do małego załamania nerwowego klątwołamacza. Wiesz, tak z perspektywy czasu to zabawne? Nie mogliśmy dotrzeć do jego gabinetu, bo ciągle coś się działo, a jak już dotarliśmy, to lampa zrobiła na mnie zamach, jeden z eliksirów okazał się przeterminowany... Ale nikomu nic się nie stało. Miałam tylko trochę uwalony mundur, no i musiałam pozbyć się butów - opowiedziała, a jeśli smoczoognik nie postanowił uwiesić się na jej dłoni, w próbie odgryzienia kawałka, to Brenna wstała, gotowa wziąć koc. - A tobie trafił się ostatnio jakiś ciekawy przypadek?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.