02.10.2024, 13:55 ✶
Młodość rządziła się swoimi prawami, prawda? Tak samo jak odwzajemnione zakochanie. Razem sprawiały, że tak łatwo było oddychać jej zapachem, dotykać miękkich włosów, całować słodkie usta. Patrzeć w błękitne oczy i pierwszy raz tak naprawdę świadomie pozwalając sobie na to, żeby w nich zatonąć. Cała reszta się nie liczyła. Była bez znaczenia, jeśli Geraldine go chciała z jego wszystkimi zaletami i wadami, z całym kompletem. Mógłby zrobić dla niej wszystko. Nie tylko w tym momencie - znacznie wcześniej to sobie uświadomił, ale w tym momencie mógł otwarcie o tym mówić. Nie czując się odsłoniętym ani narażonym na cios. Mieli być ze sobą szczerzy, nie ranić się, po prostu razem iść przez życie.
- Cieszę się - stwierdził całkiem poważnie, wbijając w nią spojrzenie zielonych oczu i wypuszczając jeszcze jeden zakręcony lok. - Nawet nie wiesz, jak bardzo, ale to też się zmieni - nie rzucał słów na nadmorski wiatr.
Miał swoje plany, tak samo jak ona. Tak się składało, że tym razem bardziej zbieżne niż wcześniej, choć wtedy też były przecież całkiem podobne. Powoli sobie to uświadamiał. Pozwalał sobie na dopuszczenie do siebie tych informacji i wciąż ostrożne, ale zburzenie części niepotrzebnie postawionych murów. Szczególnie, że przecież wiele o sobie wiedzieli. Może nie wszystkie malutkie detale. O ironio nie te śmieszne jak ulubione zwierzę czy kolor (niebieski - jego zaczynał być niebieski, błękitny), ale to akurat mogli łatwo zmienić.
Wszystkie inne rzeczy też. Nie sądził, żeby to było już tak niemożliwe jak przedtem sądził. Skoro pozbywali się niedopowiedzeń, miało być znacznie prościej. Różowe okulary nakazywały mu myśleć, że całkiem wprawnie mogli sobie poradzić, bo wystarczyło, że oboje tego zechcą. Teraz czuł się po prostu młody i pierwszy raz tak zakochany. W tym momencie byłby dla niej w stanie zrobić wszystko, o co by go prosiła a nawet więcej. Zburzyć swoje mury, wyłączyć zabezpieczenia, odsłonić się bardziej niż przed kimkolwiek wcześniej.
Zmienić to, co konieczne. Byleby tylko była z nim szczęśliwa. Tak. To wymagało pracy, ale przecież był pracoholikiem. To też należało swoją drogą zmienić, skoro chciał spędzać z nią więcej wspólnego czasu. I wywalić tę leżankę. Zdecydowanie wywalić leżankę.
- Wyśmienicie - spojrzał na nią z zadowoleniem świadomy tego, że i tak zamierzałby przekonywać Geraldine do tego wypadu.
Potrzebowali tego. W jego życiu dawno nie było zbyt idyllicznie, więc kiedy tylko pojawiła się możliwość, żeby spróbować tak po prostu chwytać darowane chwile i nie myśleć zbyt wiele o niczym poza ich małym światem - nie zamierzał tego spieprzyć. Wyjście z tą propozycją przyszło mu wprost banalnie łatwo, nie musiał wiele się zastanawiać. Chciał pokazać Geraldine, że naprawdę ma wobec niej właściwie zamiary. Odkryć przed nią młodzieńcze aspekty życia, które teraz dzięki niej mogły nabrać całkiem nowego znaczenia.
Małe wakacje w ciągu tygodnia. Tak, żeby nacieszyć się trochę odrzuconym ciężarem i nową rzeczywistością, w której mogli podejmować całkiem nowe decyzje. Wspólne. Chciał, żeby były wspólne, choć zawsze tak bardzo cenił sobie niezależność i to, że nic nie musi. Może to było jak para różowych okularów, ale jeśli tak to planował trzymać je na czubku nosa, wylegując się w słońcu na pustej plaży. Tym razem takiej faktycznie tylko dla nich.
- Sprawiało mi to trochę rozrywki - przyznał szczerze, unosząc kąciki ust, bo rzeczywiście miał z tym trochę zabawy, kiedy próbował wybadać Geraldine i poziom jej elementarnej wiedzy, o którym wiedział, że był pod tym kątem niepełny.
Teraz zamierzali przenieść ich relację na zupełnie inny poziom, więc świadomie oddał tą kartę. Chciał, żeby naprawdę wiedziała, z kim się prowadza, bo nie było potrzeby nieszczerości. Nie chciał być z nią nieszczery. Pierwszy raz w życiu miał w głowie myśl, że naprawdę chciał się postarać. Bardziej niż to robił dotychczas a przecież starał się już od miesięcy. Zasługiwała na to.
- Pozwoli Panienka za mną, musimy wyjść stąd jakimś bokiem - oparł się na łokciach, przesuwając ją tak, żeby mogła usiąść na piasku i z uśmiechem wyciągnął ku niej rękę.
Nie było potrzeby dłużej włóczyć się po przyjęciu, skoro mogli spożytkować ten czas na coś, co faktycznie chcieli zrobić. Jasne. Mogli wyjść jedną z oficjalnych bram. W tym momencie nie przejmował się aż tak tym, że wyglądali, jakby przeżyli jakiś wypadek. Towarzyskie ploteczki nic a nic go nie obchodziły, ale ustalił z Geraldine, że nie od razu chciała obnosić się z nich nowym stanem rzeczy, więc miał zamiar to uszanować. Pozostało im przekraść się do jakiejś bocznej bramy, żeby opuścić teren prywatny objęty zaklęciem przeciwko teleportacji. Całe szczęście, ogrodzenie miało również bliższą dogodną dziurę, przez którą dało się przecisnąć. Zupełnie, jakby los zaczął im sprzyjać. Ambroise uznał to za dobry znak. Nareszcie świeciło słońce.
- Cieszę się - stwierdził całkiem poważnie, wbijając w nią spojrzenie zielonych oczu i wypuszczając jeszcze jeden zakręcony lok. - Nawet nie wiesz, jak bardzo, ale to też się zmieni - nie rzucał słów na nadmorski wiatr.
Miał swoje plany, tak samo jak ona. Tak się składało, że tym razem bardziej zbieżne niż wcześniej, choć wtedy też były przecież całkiem podobne. Powoli sobie to uświadamiał. Pozwalał sobie na dopuszczenie do siebie tych informacji i wciąż ostrożne, ale zburzenie części niepotrzebnie postawionych murów. Szczególnie, że przecież wiele o sobie wiedzieli. Może nie wszystkie malutkie detale. O ironio nie te śmieszne jak ulubione zwierzę czy kolor (niebieski - jego zaczynał być niebieski, błękitny), ale to akurat mogli łatwo zmienić.
Wszystkie inne rzeczy też. Nie sądził, żeby to było już tak niemożliwe jak przedtem sądził. Skoro pozbywali się niedopowiedzeń, miało być znacznie prościej. Różowe okulary nakazywały mu myśleć, że całkiem wprawnie mogli sobie poradzić, bo wystarczyło, że oboje tego zechcą. Teraz czuł się po prostu młody i pierwszy raz tak zakochany. W tym momencie byłby dla niej w stanie zrobić wszystko, o co by go prosiła a nawet więcej. Zburzyć swoje mury, wyłączyć zabezpieczenia, odsłonić się bardziej niż przed kimkolwiek wcześniej.
Zmienić to, co konieczne. Byleby tylko była z nim szczęśliwa. Tak. To wymagało pracy, ale przecież był pracoholikiem. To też należało swoją drogą zmienić, skoro chciał spędzać z nią więcej wspólnego czasu. I wywalić tę leżankę. Zdecydowanie wywalić leżankę.
- Wyśmienicie - spojrzał na nią z zadowoleniem świadomy tego, że i tak zamierzałby przekonywać Geraldine do tego wypadu.
Potrzebowali tego. W jego życiu dawno nie było zbyt idyllicznie, więc kiedy tylko pojawiła się możliwość, żeby spróbować tak po prostu chwytać darowane chwile i nie myśleć zbyt wiele o niczym poza ich małym światem - nie zamierzał tego spieprzyć. Wyjście z tą propozycją przyszło mu wprost banalnie łatwo, nie musiał wiele się zastanawiać. Chciał pokazać Geraldine, że naprawdę ma wobec niej właściwie zamiary. Odkryć przed nią młodzieńcze aspekty życia, które teraz dzięki niej mogły nabrać całkiem nowego znaczenia.
Małe wakacje w ciągu tygodnia. Tak, żeby nacieszyć się trochę odrzuconym ciężarem i nową rzeczywistością, w której mogli podejmować całkiem nowe decyzje. Wspólne. Chciał, żeby były wspólne, choć zawsze tak bardzo cenił sobie niezależność i to, że nic nie musi. Może to było jak para różowych okularów, ale jeśli tak to planował trzymać je na czubku nosa, wylegując się w słońcu na pustej plaży. Tym razem takiej faktycznie tylko dla nich.
- Sprawiało mi to trochę rozrywki - przyznał szczerze, unosząc kąciki ust, bo rzeczywiście miał z tym trochę zabawy, kiedy próbował wybadać Geraldine i poziom jej elementarnej wiedzy, o którym wiedział, że był pod tym kątem niepełny.
Teraz zamierzali przenieść ich relację na zupełnie inny poziom, więc świadomie oddał tą kartę. Chciał, żeby naprawdę wiedziała, z kim się prowadza, bo nie było potrzeby nieszczerości. Nie chciał być z nią nieszczery. Pierwszy raz w życiu miał w głowie myśl, że naprawdę chciał się postarać. Bardziej niż to robił dotychczas a przecież starał się już od miesięcy. Zasługiwała na to.
- Pozwoli Panienka za mną, musimy wyjść stąd jakimś bokiem - oparł się na łokciach, przesuwając ją tak, żeby mogła usiąść na piasku i z uśmiechem wyciągnął ku niej rękę.
Nie było potrzeby dłużej włóczyć się po przyjęciu, skoro mogli spożytkować ten czas na coś, co faktycznie chcieli zrobić. Jasne. Mogli wyjść jedną z oficjalnych bram. W tym momencie nie przejmował się aż tak tym, że wyglądali, jakby przeżyli jakiś wypadek. Towarzyskie ploteczki nic a nic go nie obchodziły, ale ustalił z Geraldine, że nie od razu chciała obnosić się z nich nowym stanem rzeczy, więc miał zamiar to uszanować. Pozostało im przekraść się do jakiejś bocznej bramy, żeby opuścić teren prywatny objęty zaklęciem przeciwko teleportacji. Całe szczęście, ogrodzenie miało również bliższą dogodną dziurę, przez którą dało się przecisnąć. Zupełnie, jakby los zaczął im sprzyjać. Ambroise uznał to za dobry znak. Nareszcie świeciło słońce.