02.10.2024, 14:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2024, 15:11 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Świetnie. Zajebiście cieszył się z tego, że pamiętała chociaż tę jedną informację. To stawiało ich w znacznie jaśniejszej sytuacji. Przynajmniej na pozór, bo nie dość, że nic nie było między nimi jasne to jeszcze znajdowali się w zaciemnionym, wypełnionym kadzidłowym dymem pomieszczeniu. Czy tak wyglądał czarodziejski odpowiednik piekła na ziemi? Powoli zaczęło mu się wydawać, że nie. Tam byłoby ciut lepiej.
- To jest związane z doppelgangerem - niemalże wszedł jej w słowo.
Gdzie leżała granica między tym, co było związane z bytem a nie było? Jak miałby ją postawić i jej nie przekraczać, skoro praktycznie nie istniała a Yaxleyówna na bieżąco wymyślała sobie kolejne punkty zaczepne, byleby tylko w niego przypierdolić?
- Dupy to przecież moja specjalność - pił do rzeczy, do których nie powinien pić, ale teraz było mu wszystko jedno.
Utracili każdą dobrą iskierkę tego, co mieli. Czemu więc Ambroise nie miałby jeszcze bardziej podkreślić tej przepaści między nimi? Zresztą przecież wiedział, że ona też nie prowadziła się już jak święta. O ironio, nawet w tym byli siebie warci. Warci, nie wartościowi.
- To przed czym się jeszcze powstrzymujesz? - Spytał prowokacyjnie, posyłając jej wyzywające spojrzenie spod uniesionych brwi.
To byłoby chyba lepsze od tego wszystkiego, co mówiła. Gdyby rzuciła się na niego z rękami, czułby wyłącznie realny ból o fizycznym podłożu a nie to całe gówno, które tak bardzo wciskała Ambroise'owi w głowę. Nie potrzebował dodatkowych przypomnień o tym, za jakiego zimnego skurwysyna go miała. Praktycznie od razu podała mu je wszystkie na srebrnej tacy. Jasne, nie był jej dłużny w zaczepkach, ale wkładał w to więcej siły niż chciał pokazać.
- Zawsze mamy doppelgangera - przypomniał nie siląc się na to, by brzmieć, jakby wcale nie chciał tego powiedzieć, bo skoro faktycznie życzyła mu skończenia w gardle Astarotha to po co się tak od razu ograniczać - jej drugi, fałszywy brat był równie dobry.
- Może będziesz mieć farta i pozbędziesz się dwóch problemów na raz - tak, to było kolejne żenująco niskie posunięcie i normalnie by jej czegoś takiego nie zasugerował, ale tym razem nic nie było między nimi ani normalne, ani tym bardziej zdrowe.
Wrogość między nimi wiła się jak gniazdo węży, w które nieświadomie wpadli, ale zamiast spróbować się wspólnie wydostać, oboje zaczęli bratać się z wężami i kąsać siebie nawzajem. Ambroise nie chciał posuwać się do tak paskudnych insynuacji, nie zwykł w teatralny sposób straszyć kogokolwiek, że przy dobrych wiatrach po prostu zdechnie i stanie się faktycznym duchem a nie tylko żywym widmem na kartach tragicznej historii. Wręcz normalnie uważałby to za karygodne. Zresztą starał się przecież zrobić wszystko, co mógł, żeby nikt nie musiał dokonywać jakichkolwiek poświęceń ani ginąć dla sprawy.
Mimo to chyba chciał zobaczyć wyraz twarzy Geraldine, choć jednocześnie tam pod skórą trochę obawiał się, co u niej dostrzeże. Raz za razem udowadniał sobie to, co było z pozoru najłatwiejsze w tym wypadku: że tylko niepotrzebnie ubzdurał sobie, że ich współpraca może przebiec względnie spokojnie i mogą potem tak po prostu pozostać na dłuższą chwilę we wspólnej rzeczywistości wrócić każde do własnego życia.
Nie chciał myśleć o tym, co miało być po rozwiązaniu całej sprawy. Wolał skupić się na teraźniejszości, bo zastanawianie się nad mglistą i wątpliwą przyszłością było jak dobrowolne sączenie jadu w nowo otwarte rany. Z jednej strony kuszące na ten destrukcyjny sposób. Z drugiej niedopuszczalne, bo jak miałby z nią porozmawiać o tym wszystkim, co się stało? Skoro już nie umieli rozmawiać? Poza tym żywił przeświadczenie, że teraz było jeszcze gorzej. Nie spodobałoby się jej to, co by zobaczyła. Był bardziej popsutym człowiekiem niż wtedy, kiedy odszedł, a przecież to już wtedy było tym głównym powodem. Może dlatego oczy mu się rozszerzyły, kiedy zasugerowała coś wręcz przeciwnego. Zawsze musiała obrócić kota ogonem.
- Nie waż się - wydusił z siebie, czując falę nachodzącego gorąca. - Nawet się nie waż - mógłby jej wszystko wykrzyczeć.
Tak tym razem mógłby jej to wykrzyczeć. Nie wyartykułować, nie wywarczeć, nie podnieść głos - tym razem pozwoliłby sobie na krzyk, który wstrząsnąłby budynkiem. Przynajmniej metaforycznie, bo te ściany były znacznie stabilniejsze niż Ambroise teraz.
- Nie odpowiadam za twoje własne demony - sarknął na nią, wychylając się jeszcze bardziej do przodu aż noga zsunęła mu się z książek, na moment pozbawiając go również fizycznej stabilności. Psychicznej już dawno nie było z nimi w pomieszczeniu. Ani u niej, ani u niego.
Ambroise złapał brzeg biurka, boleśnie zaciskając na nim rękę aż do białych knykci. Pierdolił to wszystko, wściekłym ruchem kopiąc butem w książki, które rozjechały się po podłodze, niemal wjeżdżając w zapalone świece - w dalszym ciągu główne źródło światła w pomieszczeniu.
- Nie przyszłaś do mnie. Komunikacja działa w obie strony. Czy może się mylę i w świecie Yaxleyówny jest inaczej? - Jak śmiała mu wytykać takie rzeczy?
Przecież byłby przy niej! Gdyby tylko o tym wiedział, jeśli wiedziałby, że go potrzebuje - byłby przy niej, choćby nawet kosztowało go to równie dużo, co teraz. Pojawiłby się, gdyby tylko jakkolwiek dała mu znać zamiast teraz czynić mu bolesne wyrzuty, przez które czuł się jak potwór bez serca. Przychodził do rodziny, pojawiał się na wezwanie przyjaciół, nie odmawiał pomocy znajomym. Do niej też by wrócił! Zwłaszcza do niej by wrócił, nawet jeśli to miałoby potrwać wyłącznie krótką, gorzką chwilę. Pomógłby jej wbrew temu, co mu teraz insynuowała. Grała nieczysto a to on był tu czarnym charakterem?
- To jest związane z doppelgangerem - niemalże wszedł jej w słowo.
Gdzie leżała granica między tym, co było związane z bytem a nie było? Jak miałby ją postawić i jej nie przekraczać, skoro praktycznie nie istniała a Yaxleyówna na bieżąco wymyślała sobie kolejne punkty zaczepne, byleby tylko w niego przypierdolić?
- Dupy to przecież moja specjalność - pił do rzeczy, do których nie powinien pić, ale teraz było mu wszystko jedno.
Utracili każdą dobrą iskierkę tego, co mieli. Czemu więc Ambroise nie miałby jeszcze bardziej podkreślić tej przepaści między nimi? Zresztą przecież wiedział, że ona też nie prowadziła się już jak święta. O ironio, nawet w tym byli siebie warci. Warci, nie wartościowi.
- To przed czym się jeszcze powstrzymujesz? - Spytał prowokacyjnie, posyłając jej wyzywające spojrzenie spod uniesionych brwi.
To byłoby chyba lepsze od tego wszystkiego, co mówiła. Gdyby rzuciła się na niego z rękami, czułby wyłącznie realny ból o fizycznym podłożu a nie to całe gówno, które tak bardzo wciskała Ambroise'owi w głowę. Nie potrzebował dodatkowych przypomnień o tym, za jakiego zimnego skurwysyna go miała. Praktycznie od razu podała mu je wszystkie na srebrnej tacy. Jasne, nie był jej dłużny w zaczepkach, ale wkładał w to więcej siły niż chciał pokazać.
- Zawsze mamy doppelgangera - przypomniał nie siląc się na to, by brzmieć, jakby wcale nie chciał tego powiedzieć, bo skoro faktycznie życzyła mu skończenia w gardle Astarotha to po co się tak od razu ograniczać - jej drugi, fałszywy brat był równie dobry.
- Może będziesz mieć farta i pozbędziesz się dwóch problemów na raz - tak, to było kolejne żenująco niskie posunięcie i normalnie by jej czegoś takiego nie zasugerował, ale tym razem nic nie było między nimi ani normalne, ani tym bardziej zdrowe.
Wrogość między nimi wiła się jak gniazdo węży, w które nieświadomie wpadli, ale zamiast spróbować się wspólnie wydostać, oboje zaczęli bratać się z wężami i kąsać siebie nawzajem. Ambroise nie chciał posuwać się do tak paskudnych insynuacji, nie zwykł w teatralny sposób straszyć kogokolwiek, że przy dobrych wiatrach po prostu zdechnie i stanie się faktycznym duchem a nie tylko żywym widmem na kartach tragicznej historii. Wręcz normalnie uważałby to za karygodne. Zresztą starał się przecież zrobić wszystko, co mógł, żeby nikt nie musiał dokonywać jakichkolwiek poświęceń ani ginąć dla sprawy.
Mimo to chyba chciał zobaczyć wyraz twarzy Geraldine, choć jednocześnie tam pod skórą trochę obawiał się, co u niej dostrzeże. Raz za razem udowadniał sobie to, co było z pozoru najłatwiejsze w tym wypadku: że tylko niepotrzebnie ubzdurał sobie, że ich współpraca może przebiec względnie spokojnie i mogą potem tak po prostu pozostać na dłuższą chwilę we wspólnej rzeczywistości wrócić każde do własnego życia.
Nie chciał myśleć o tym, co miało być po rozwiązaniu całej sprawy. Wolał skupić się na teraźniejszości, bo zastanawianie się nad mglistą i wątpliwą przyszłością było jak dobrowolne sączenie jadu w nowo otwarte rany. Z jednej strony kuszące na ten destrukcyjny sposób. Z drugiej niedopuszczalne, bo jak miałby z nią porozmawiać o tym wszystkim, co się stało? Skoro już nie umieli rozmawiać? Poza tym żywił przeświadczenie, że teraz było jeszcze gorzej. Nie spodobałoby się jej to, co by zobaczyła. Był bardziej popsutym człowiekiem niż wtedy, kiedy odszedł, a przecież to już wtedy było tym głównym powodem. Może dlatego oczy mu się rozszerzyły, kiedy zasugerowała coś wręcz przeciwnego. Zawsze musiała obrócić kota ogonem.
- Nie waż się - wydusił z siebie, czując falę nachodzącego gorąca. - Nawet się nie waż - mógłby jej wszystko wykrzyczeć.
Tak tym razem mógłby jej to wykrzyczeć. Nie wyartykułować, nie wywarczeć, nie podnieść głos - tym razem pozwoliłby sobie na krzyk, który wstrząsnąłby budynkiem. Przynajmniej metaforycznie, bo te ściany były znacznie stabilniejsze niż Ambroise teraz.
- Nie odpowiadam za twoje własne demony - sarknął na nią, wychylając się jeszcze bardziej do przodu aż noga zsunęła mu się z książek, na moment pozbawiając go również fizycznej stabilności. Psychicznej już dawno nie było z nimi w pomieszczeniu. Ani u niej, ani u niego.
Ambroise złapał brzeg biurka, boleśnie zaciskając na nim rękę aż do białych knykci. Pierdolił to wszystko, wściekłym ruchem kopiąc butem w książki, które rozjechały się po podłodze, niemal wjeżdżając w zapalone świece - w dalszym ciągu główne źródło światła w pomieszczeniu.
- Nie przyszłaś do mnie. Komunikacja działa w obie strony. Czy może się mylę i w świecie Yaxleyówny jest inaczej? - Jak śmiała mu wytykać takie rzeczy?
Przecież byłby przy niej! Gdyby tylko o tym wiedział, jeśli wiedziałby, że go potrzebuje - byłby przy niej, choćby nawet kosztowało go to równie dużo, co teraz. Pojawiłby się, gdyby tylko jakkolwiek dała mu znać zamiast teraz czynić mu bolesne wyrzuty, przez które czuł się jak potwór bez serca. Przychodził do rodziny, pojawiał się na wezwanie przyjaciół, nie odmawiał pomocy znajomym. Do niej też by wrócił! Zwłaszcza do niej by wrócił, nawet jeśli to miałoby potrwać wyłącznie krótką, gorzką chwilę. Pomógłby jej wbrew temu, co mu teraz insynuowała. Grała nieczysto a to on był tu czarnym charakterem?