02.10.2024, 18:24 ✶
Roselyn nachmurzyła się. Doskonale wiedziała, jaka jest jej matka, lecz w tym całym planie nie wzięła jej zamiłowania do ślubów i planowania. Raczej podejrzewała, że się odczepi, bo przecież trzeba było chwilę potrwać w narzeczeństwie, prawda? Poza tym pomimo całego tego zamieszania wciąż wierzyła, że ma aż dwóch sojuszników: brata i ojca.
- Niech tylko spróbuje - prychnęła w odpowiedzi, najwyraźniej postanawiając stanąć okoniem do tego, co mówił jej brat. Nie bała się matki, przecież cały plan polegał na tym, że w końcu zerwą z Anthonym zaręczyny, prawda? - NIE MAM zamiaru za niego wychodzić. Może jednak masz problemy ze słuchem, co, Roise?
Uniosła podbródek wyzywająco, mrużąc przy tym oczy. Ile razy miała to powtarzać? To wszystko... To wszystko była farsa, maskarada. Sprytny (a może i nie) plan, którego realizacja absolutnie nie zakładała zamążpójścia. Roselyn nie lubiła mężczyzn, jedynym którego tolerowała, był Samuel. Ba, nawet nie tolerowała a po prostu czuła, że był jej bratnią duszą. W ten piękny, nieromantyczny sposób. On był jedynym mężczyzną spoza rodziny, dla którego była miła, przed którym się otwierała i któremu pozwalała na niezobowiązujący dotyk w postaci przytulenia, by pocieszyć. A oboje teraz potrzebowali pocieszenia chociażby ze względu na to, co działo się w Kniei.
Dłoń Greengrassówny powędrowała do ciemnych włosów, by przeczesać miękkie, zadbane pasma. Nie rozumiała, dlaczego Ambroise się tak uwziął na tego Borgina ale podejrzewała, że miał powód. I to zapewne słuszny. Ale przecież to nie tak, że ich rodzina miała jakąś taką tragiczną reputację, prawda? Przecież to nie byli chociażby Blackowie, od których zawsze trzymała się z daleka czy nie daj boże Lestrange'owie, których się zwyczajnie bała. Anthony zresztą nie zachowywał się tak, jakby miał kija w dupie, a nawet stanął raz w jej obronie. I okej, nie był kryształowy - ani on, ani jego brat, ale na Merlina, przecież nie mogło być aż tak źle? Chyba że...
- Dobrze, niech będzie mieszkanie. Ale wtedy powiedz mi dokładnie, co wiesz o Borginach, skoro tak się najeżyłeś - zadecydowała. Ona nie prosiła, jej ton głosu nie mówił "czy braciszku kochany mógłbyś mi zdradzić to i owo o tej rodzinie, skoro tak dużo o nich wiesz?". Jej ton głosu mówił "zrobisz to albo schleję cię tak mocno, że sam mi wszystko bełkotliwie wyśpiewasz". I być może miała właśnie taki plan: uchlać się w trzy dupy i tyle. - Prowadź zatem.
Powiedziała, w końcu chwytając ostrożnie dłoń brata. Zerknęła jeszcze na kelnerki, które nagle zajęły się robieniem bardzo-ważnych-spraw-za-ladą, i przewróciła oczami. Lepiej było omawiać takie rzeczy poza zasięgiem obcych uszu, zdecydowanie.