Morpheus oficjalnie przechodził kryzys tożsamości.
Chociaż loki nadal zaczesywał do tyłu, na jego policzkach pojawiła się broda, wyhodowana za pomocą czystego uporu i magii Potterów. Chciał zacząć ją zapuszczać już wcześniej, ale ostatecznie szyki popsuł mu wieczorek karciany u Anges, na który ogolił policzki. Wieczór Towarzystwa MUZA jednak przyozdobił go w spiczaste uszy, złoty wieniec laurowy i zarost. Ubrał się dość prosto, bo wizytowe spodnie i kaftan ze stójką raczej nie porywały, stanowiąc raczej klasyczny krój dla mężczyzny. To, czym wyróżniał się od garniturowego grona widzów, był płaszcz z lekkiego jedwabiu, ręcznie malowany w zaczarowną reprodukcję obrazu Róże Heliogabalusa, komponującą się w krajobraz i wystrój przyjęcia. Płatki nie poruszały się, nie było efektów ruchowych, poza jednym. Oczy postaci namalowanych na materiale poruszały się za widzem i w magiczny sposób podążały za nimi, obserwując.
Usiadł z brzegu, zakładając nogę na nogę i delikatnie wachlując się zaproszeniem w kopercie. Większość przemowy puścił mimo uszu, bo brzmiała tak samo, jak każda inne, opiewająca wykonawców, mówiąca o twórcach utworów i osiągnięciach. Zawsze to samo, zawsze te same oklaski, które również wykonywał.
Tak się wyłączył, że prawie nie zauważył, że mowa się zmieniła, ale się zmieniła. I to na jaką. Wytężył słuch i uśmiechnął się pod nosem. Szekspir. Mugolski Szekspir, czarodziej słowa, którego doceniali nawet czystokrwiści, zakrawając na absurdalne teorie rodowodowe, próbujące dorobić mu jeszcze jedną różdżkę, oprócz tej między nogami. Kojarzył ten monolog, który recytował z wdziękiem ładny chłopiec. Nawet był w jego typie, z tym tysiącletnim spojrzeniem i opadającymi kącikami oczu, nadającymi jego twarzy wyraz wiecznie znużonego mordercy. Słodki. Podobała mu się deklamacja, chociaż jego zdaniem mogła potrwać dłużej, aby mocniej budować napięcie. Niedosyt jednak jest doskonałą przyprawą. Morpheus zapisał sobie na zaproszeniu imię Baldwina, aby później z nim porozmawiać.
Rita jak zwykle była doskonała, chociaż mógł być stronniczy, jako że była jego prawie-siostrzenicą, po siostrze z innej matki i ojca. Oklaskiwał ją żywo, z lekkim wzruszeniem, widząc w jej gestach manieryzmy grania Antoniusza,, powłóczyste ruchy i ten sam romantyzm, gdy grała na strunach serca widowni. Wyśle jej później bukiet kwiatów. To też sobie zapisał.
Nagle obecność byłego Ministra Magii nie była aż tak zaskakująca, widząc kolejną Malfoyównę przy klawiszach. Chociaż już poprzedniego dnia miał przyjemność, i tym razem pozwolił sobie płynąć uczuciom. I znów myślał o nim. Teraz chyba każdy występ płowowłosej nimfy będzie mu się kojarzył z tamtymi myślami, aż ściskało go serce.
Całość zamykał kolejny śliczny chłopiec. To wyglądało, jakby ktoś miał tutaj typ. Namiętność i miłość. Cudownie. Kolejne klawisze, kolejne dźwięki spod palców Oleandra, a on znów był nastolatkiem, zwłaszcza pod cieniem Hogwartu, który przeżywa swoją pierwszą miłość. Musiał się napić.
Ale bardziej go interesowało to, co myśli widownia, więc korzystając z półmroku, który jeszcze ich osnuwał, spojrzał na nicie intencji.
Sukces!