02.10.2024, 19:47 ✶
- Równie dobrze mógłbym tego nie powiedzieć i po prostu to zrobić. Sądzę, że wtedy bylibyśmy w gorszym położeniu, Funkcjonariuszko - stwierdził bez większego przejęcia, obdarzając Brennę kolejnym chłodnawym spojrzeniem. - Sądzę, że po takim wyrazie chęci do współpracy może mi Panienka oszczędzić zbędnych pouczeń - dodał, niespecjalnie zwracając uwagę na to, że mógł być przy tym przesadnie oficjalny.
W przeciwieństwie do ich pierwszego spotkania, podczas którego wymienili kilka mniej lub bardziej ciętych uwag i nawiązali pewną dziwną nic porozumienia, teraz Ambroise zachowywał się dużo bardziej jak poważny właściciel ziemski. Być może podszedłby do tego choć trochę inaczej, gdyby pamiętał twarz dziewczyny i okoliczności, po których mógł ją kojarzyć, ale to nie było pewne. Najważniejsze, że teraz była dla niego po prostu młodą funkcjonariuszką.
Jej skłonność do cytowania (nawet luźnego) przepisów trochę Ambroisa irytowała, ale poza tym miał do niej względnie neutralny stosunek. Jak do tej pory nie zrobiła ani nie powiedziała nic, co sprawiłoby, że nie poszedłby jej na rękę i nie byłby względnie ugodowym rozmówcą. Wręcz przeciwnie, kiedy zaczęła mu wyjaśniać słabe strony strzelania zamiast pytania skinął głową na znak, że był w stanie wziąć to pod uwagę. Nie przez to, jaką karę miał ewentualnie ponieść - to niespecjalnie go hamowało, a przez to, że mogła mieć rację z tą pozostałą częścią.
Jasne, nadal niespecjalnie dowierzał w to, że drwale mogli nie być istotami z kosmosu. Nie to, że całkowicie wykluczał ludzki pierwiastek, ale po prostu nie był przekonany, że podrabiani Weasleyowie byli całkowicie zwykłymi czarodziejami. Jeśli tak natomiast było to chciał, żeby ponieśli adekwatną karę a nie, żeby przywalono nią jemu a tamtych puszczono wolno. To nawet do niego przemawiało. Bywał porywczy i miał swoje dziwactwa, ale nie był stuprocentowo nielogiczny. Siła argumentów potrafiła być taka, że brał ją pod uwagę. W tym wypadku nie skomentował całego wywodu, ale kiwnięcie głową było jednoznaczne. Za to na jej następne słowa uśmiechnął się z lekkim rozgoryczeniem.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie wierzę w standardy pracodawców Panienki - skwitował to neutralnym wzruszeniem ramionami, szczególnie że w gruncie rzeczy to wcale Brenny nie obrażał a wyłącznie pił do tego, co sam z siebie wyjaśnił jej chwilę później. - Jestem uzdrowicielem. Podlegamy pod ten sam system - a ten system był raczej oparty na kilku warstwach kartonu sklejonego smoczym łajnem.
Ani to było trwałe, ani stabilne. Ni nawet specjalnie funkcjonalne bądź chociażby reprezentacyjne. Szczególnie, że czarodzieje podchodzili raczej z przymrużeniem oka do standardów BHP i prawa pracy - szczególnie, jeśli nie za bardzo była jakaś wielka pula pracowników do wyboru. Wtedy nawet stażyści mogli nagle dostać jakieś bojowe zadanie. Jeśli tak nie było w Ministerstwie to najwyraźniej wszystkie statystyki bezpieczeństwa poszły właśnie tam i nie zostało ich dla żadnego innego miejsca choć trochę podlegającego pod system rządu.
Nie było czasu na to, żeby wdawać się w przesadnie głębokie dyskusje na temat stanu ich kochanego Ministerstwa. Zresztą wątpił, żeby tak młoda i ambitna osoba nie wierzyła ochoczo w system. Tak czy inaczej, został w tych krzakach i obserwował widok, jaki nagle odkryła przed nimi Brenna. Nie odzywał się, czekał na znak aż...
No i chuj bombki strzelił. Albowiem było raczej jasne i zrozumiałe, że w momencie, w którym to ktoś inny rozpoczął wymianę ognia nie należało tak po prostu stać z rękami w kieszeniach oczekując aż dostanie się Drętwotą albo czymś innym równie przyjemnym. Panienka Longbottom chyba musiała mieć to na uwadze. Szczególnie, że to nie Ambroise zaczął ciskać zaklęciami na dzień dobry. To zrobili ci ich drwale. Ewidentnie narwani jak gałęzie w ich obozie.
Zaatakowany bez ostrzeżenia przez jednego z nich i to na dodatek od tyłu, co było niedopuszczalnym tchórzostwem. Greengrass bez zastanowienia wyciągnął różdżkę, podrywając się na równe nogi z półprzykucu, ciskając w drwala pierwsze zaklęcie, którym sam przed chwilą prawie dostał.
- Drętwota! - Nie jego ulubione, ale w tym wypadku było najtrudniejsze do podważenia, bo miało zadać najmniej szkody.
Po prostu się bronił, co byłoby w razie czego względnie łatwo wyjaśnić komuś, kto nie był Brenną. Ona raczej sama też nie powinna stanąć z uniesionymi rękami.
A sprawdźmy dla funu: czy trafiam w ruchomy cel z tyłu?
W przeciwieństwie do ich pierwszego spotkania, podczas którego wymienili kilka mniej lub bardziej ciętych uwag i nawiązali pewną dziwną nic porozumienia, teraz Ambroise zachowywał się dużo bardziej jak poważny właściciel ziemski. Być może podszedłby do tego choć trochę inaczej, gdyby pamiętał twarz dziewczyny i okoliczności, po których mógł ją kojarzyć, ale to nie było pewne. Najważniejsze, że teraz była dla niego po prostu młodą funkcjonariuszką.
Jej skłonność do cytowania (nawet luźnego) przepisów trochę Ambroisa irytowała, ale poza tym miał do niej względnie neutralny stosunek. Jak do tej pory nie zrobiła ani nie powiedziała nic, co sprawiłoby, że nie poszedłby jej na rękę i nie byłby względnie ugodowym rozmówcą. Wręcz przeciwnie, kiedy zaczęła mu wyjaśniać słabe strony strzelania zamiast pytania skinął głową na znak, że był w stanie wziąć to pod uwagę. Nie przez to, jaką karę miał ewentualnie ponieść - to niespecjalnie go hamowało, a przez to, że mogła mieć rację z tą pozostałą częścią.
Jasne, nadal niespecjalnie dowierzał w to, że drwale mogli nie być istotami z kosmosu. Nie to, że całkowicie wykluczał ludzki pierwiastek, ale po prostu nie był przekonany, że podrabiani Weasleyowie byli całkowicie zwykłymi czarodziejami. Jeśli tak natomiast było to chciał, żeby ponieśli adekwatną karę a nie, żeby przywalono nią jemu a tamtych puszczono wolno. To nawet do niego przemawiało. Bywał porywczy i miał swoje dziwactwa, ale nie był stuprocentowo nielogiczny. Siła argumentów potrafiła być taka, że brał ją pod uwagę. W tym wypadku nie skomentował całego wywodu, ale kiwnięcie głową było jednoznaczne. Za to na jej następne słowa uśmiechnął się z lekkim rozgoryczeniem.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie wierzę w standardy pracodawców Panienki - skwitował to neutralnym wzruszeniem ramionami, szczególnie że w gruncie rzeczy to wcale Brenny nie obrażał a wyłącznie pił do tego, co sam z siebie wyjaśnił jej chwilę później. - Jestem uzdrowicielem. Podlegamy pod ten sam system - a ten system był raczej oparty na kilku warstwach kartonu sklejonego smoczym łajnem.
Ani to było trwałe, ani stabilne. Ni nawet specjalnie funkcjonalne bądź chociażby reprezentacyjne. Szczególnie, że czarodzieje podchodzili raczej z przymrużeniem oka do standardów BHP i prawa pracy - szczególnie, jeśli nie za bardzo była jakaś wielka pula pracowników do wyboru. Wtedy nawet stażyści mogli nagle dostać jakieś bojowe zadanie. Jeśli tak nie było w Ministerstwie to najwyraźniej wszystkie statystyki bezpieczeństwa poszły właśnie tam i nie zostało ich dla żadnego innego miejsca choć trochę podlegającego pod system rządu.
Nie było czasu na to, żeby wdawać się w przesadnie głębokie dyskusje na temat stanu ich kochanego Ministerstwa. Zresztą wątpił, żeby tak młoda i ambitna osoba nie wierzyła ochoczo w system. Tak czy inaczej, został w tych krzakach i obserwował widok, jaki nagle odkryła przed nimi Brenna. Nie odzywał się, czekał na znak aż...
No i chuj bombki strzelił. Albowiem było raczej jasne i zrozumiałe, że w momencie, w którym to ktoś inny rozpoczął wymianę ognia nie należało tak po prostu stać z rękami w kieszeniach oczekując aż dostanie się Drętwotą albo czymś innym równie przyjemnym. Panienka Longbottom chyba musiała mieć to na uwadze. Szczególnie, że to nie Ambroise zaczął ciskać zaklęciami na dzień dobry. To zrobili ci ich drwale. Ewidentnie narwani jak gałęzie w ich obozie.
Zaatakowany bez ostrzeżenia przez jednego z nich i to na dodatek od tyłu, co było niedopuszczalnym tchórzostwem. Greengrass bez zastanowienia wyciągnął różdżkę, podrywając się na równe nogi z półprzykucu, ciskając w drwala pierwsze zaklęcie, którym sam przed chwilą prawie dostał.
- Drętwota! - Nie jego ulubione, ale w tym wypadku było najtrudniejsze do podważenia, bo miało zadać najmniej szkody.
Po prostu się bronił, co byłoby w razie czego względnie łatwo wyjaśnić komuś, kto nie był Brenną. Ona raczej sama też nie powinna stanąć z uniesionymi rękami.
Rzut N 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana
A sprawdźmy dla funu: czy trafiam w ruchomy cel z tyłu?