18.01.2023, 01:35 ✶
Ratunek przybył!
Gdyby nie strach i skupienie, zajęczałaby z ulgi.
I dobrze, bo ciało Daisy coraz bardziej odmawiało posłuszeństwa. Pot spływał jej po rękach, te bolały coraz bardziej, kot dalej walczył jakby był co najmniej tygrysem a ona zaczynała się już powoli godzić z myślą, że za chwilę umrze. Umrze i to będzie koniec. Zginie z haniebnie skręconym karkiem, a łamiąc kark, pewnie jeszcze wpadnie do obrzydliwego kosza pełnego śmieci i nikt nigdy nie odnajdzie jej ciała, bo zjedzą je szczury albo coś.
Tylko czemu ten kobiecy głos wydał się Daisy niepokojąco znajomy? Zieleniejąc na twarzy zerknęła w dół by dostrzec znajdującą się niżej Brennę Longbottom. Akurat Brennę Longbottom. Ze wszystkich czarodziei i czarodziejek, akurat Psuje z balu. I chociaż teraz miała kojący głos, to puszczenie się szczebli sporo kosztowało dziennikarkę. Jej lęk wysokości, nerwy a pewnie również czające się gdzieś w umyśle przekonanie, że skoro brygadzistka nie potrafiła upilnować gości na swoim balu to teraz na pewno nie da rady jej złapać, robiło swoje.
Pisnęła spadając w objęcia Brenny. W jej locie (całe szczęście, że dość krótkim i zamortyzowanym panną Longbottom) nie było nawet grama finezji, nie było też próby pomocy Brennie, bo Daisy zbyt się bała. I może nawet doceniłaby kota, to że nagle się uspokoił, ale decydując się na puszczenie szczebli, przestała o nim myśleć.
- J-ja mam l-lęk w-w-wysokości – wymamrotała, wczepiając się w brygadzistkę, jakby nagle ta stała się dla niej jakąś ostatnią ostoją bezpieczeństwa. Uratowała ją. Daisy nie zginęła. Nie złamała sobie nosa, ręki, karku, nie wpadła do kosza pełnego śmierdzących, rozkładających się śmieci. Walić pana Mruczkensa. Walić małe dziewczynki, które nie potrafiły upilnować swoich zwierzątek domowych.
Daisy czuła jak tłumiony strach rozlewał się po jej umyśle coraz bardziej. Ze zdenerwowania zaczęły trząść się jej ręce a zęby szczękać. Niby była już bezpieczna, ale strach jeszcze się w niej wzbierał. Nogi ciągle się pod nią uginały, ale miała to gdzieś. Mogła nawet usiąść obok worka pełnego nadgniłych marchewek, byle tylko znaleźć się tyłkiem na bezpiecznej ziemi.
I może przez to z mniejszym zaangażowaniem niż wszystko co do tej pory zrobiła, podała Pana Mruczkensa Brennie. Miała dość tego kota. Niech sobie ucieka do swojego kociego piekła, z którego się wcześniej wynurzył. Patrzyła zrezygnowana na poczynania kota i walczącą z nim brygadzistkę.
- A może ona krzywdzi tego kota i dlatego on się tak wyrywa? – zapytała wreszcie, a potem spojrzała na popiskującą dziewczynkę. – Co musiałaś mu zrobić, że aż tak nie chce do ciebie wrócić?
- Nic! – odpowiedziało dziecko. – To mój nowy kotek. Dopiero co go znalazłam!
Daisy odwróciła głowę, żeby nie było widać, że na jej twarzy pojawił się histeryczny uśmiech. No naprawdę? Naraziła swoje zdrowie i życie dla bezpańskiego, dzikiego kota? Gdzie była sprawiedliwość na tym świecie?
Gdyby nie strach i skupienie, zajęczałaby z ulgi.
I dobrze, bo ciało Daisy coraz bardziej odmawiało posłuszeństwa. Pot spływał jej po rękach, te bolały coraz bardziej, kot dalej walczył jakby był co najmniej tygrysem a ona zaczynała się już powoli godzić z myślą, że za chwilę umrze. Umrze i to będzie koniec. Zginie z haniebnie skręconym karkiem, a łamiąc kark, pewnie jeszcze wpadnie do obrzydliwego kosza pełnego śmieci i nikt nigdy nie odnajdzie jej ciała, bo zjedzą je szczury albo coś.
Tylko czemu ten kobiecy głos wydał się Daisy niepokojąco znajomy? Zieleniejąc na twarzy zerknęła w dół by dostrzec znajdującą się niżej Brennę Longbottom. Akurat Brennę Longbottom. Ze wszystkich czarodziei i czarodziejek, akurat Psuje z balu. I chociaż teraz miała kojący głos, to puszczenie się szczebli sporo kosztowało dziennikarkę. Jej lęk wysokości, nerwy a pewnie również czające się gdzieś w umyśle przekonanie, że skoro brygadzistka nie potrafiła upilnować gości na swoim balu to teraz na pewno nie da rady jej złapać, robiło swoje.
Pisnęła spadając w objęcia Brenny. W jej locie (całe szczęście, że dość krótkim i zamortyzowanym panną Longbottom) nie było nawet grama finezji, nie było też próby pomocy Brennie, bo Daisy zbyt się bała. I może nawet doceniłaby kota, to że nagle się uspokoił, ale decydując się na puszczenie szczebli, przestała o nim myśleć.
- J-ja mam l-lęk w-w-wysokości – wymamrotała, wczepiając się w brygadzistkę, jakby nagle ta stała się dla niej jakąś ostatnią ostoją bezpieczeństwa. Uratowała ją. Daisy nie zginęła. Nie złamała sobie nosa, ręki, karku, nie wpadła do kosza pełnego śmierdzących, rozkładających się śmieci. Walić pana Mruczkensa. Walić małe dziewczynki, które nie potrafiły upilnować swoich zwierzątek domowych.
Daisy czuła jak tłumiony strach rozlewał się po jej umyśle coraz bardziej. Ze zdenerwowania zaczęły trząść się jej ręce a zęby szczękać. Niby była już bezpieczna, ale strach jeszcze się w niej wzbierał. Nogi ciągle się pod nią uginały, ale miała to gdzieś. Mogła nawet usiąść obok worka pełnego nadgniłych marchewek, byle tylko znaleźć się tyłkiem na bezpiecznej ziemi.
I może przez to z mniejszym zaangażowaniem niż wszystko co do tej pory zrobiła, podała Pana Mruczkensa Brennie. Miała dość tego kota. Niech sobie ucieka do swojego kociego piekła, z którego się wcześniej wynurzył. Patrzyła zrezygnowana na poczynania kota i walczącą z nim brygadzistkę.
- A może ona krzywdzi tego kota i dlatego on się tak wyrywa? – zapytała wreszcie, a potem spojrzała na popiskującą dziewczynkę. – Co musiałaś mu zrobić, że aż tak nie chce do ciebie wrócić?
- Nic! – odpowiedziało dziecko. – To mój nowy kotek. Dopiero co go znalazłam!
Daisy odwróciła głowę, żeby nie było widać, że na jej twarzy pojawił się histeryczny uśmiech. No naprawdę? Naraziła swoje zdrowie i życie dla bezpańskiego, dzikiego kota? Gdzie była sprawiedliwość na tym świecie?