02.10.2024, 21:49 ✶
Zakasłał od tłumionego, rozgoryczonego śmiechu. Ponownie powiedziała coś, w co nie mógł uwierzyć.
- Nie, skoro wciągasz w to wszystkich po drodze - zaprzeczył, nie ukrywając tego, że jej słowa wydały mu się co najmniej przesadne.
Sama mówiła o tych wszystkich, których wciągnęła w swoje bagno. O przyjaciołach i członkach rodziny. O bracie wampirze, który atakował ludzi. O małej myszce Kimi przygarniętej pod dach, która widocznie już dusiła się w tamtym domu, skoro niemal nigdy jej tam nie było. O przebojach z Thoranem. O... ...no, o wszystkim. Ambroise jej to teraz wytykał.
- Wyśmienicie - kiwnął głową a jego nowy ulubiony komentarz w ich rozmowach wybrzmiał bardziej jak obelga niż potwierdzenie, że mają zgodność.
- Ta. Na pewno zostawi nas w spokoju, gdy będziemy w niego napierdalać zaklęciami - w gniewie szybko robił się sarkastyczny i wulgarny, może nie zawsze do przesady, ale obracanie się w gronie różnych osób nie pomagało.
Zresztą przed kim jak przed kim, ale przed Geraldine długo starał się nie zakładać maski. Odkąd doszli do tego przełomowego momentu, kiedy przestali obracać się w obrębie niedopowiedzeń i podtekstów Ambroise prawie do samego końca się przed nią odsłonił. Może zdarzało mu się wznosić mury między nimi. Szczególnie wtedy, kiedy znikała na długie dni i nie wiedział, gdzie wtedy była. W takich chwilach otaczał się swoją skorupą, ale pękała szybko. Często szybciej niż to byłoby logiczne, bo nie umiał zbyt długo odpychać od siebie ukochanej.
Zazwyczaj po prostu kwitował to paroma głębokimi wdechami, niekiedy jakimś rozgoryczonym komentarzem, ale czekał na nią dokładnie tak jak ona na niego. Starał się rozumieć. Po każdej takiej kłótni próbował coś zmienić, naprawić, uporządkować. Chciał być dla niej człowiekiem, na którego zasługiwała. Bezpieczną przystanią, opoką. Kimś, kto w pewnym momencie życia zaczął podejmować bardziej zdecydowane kroki.
Okrutne, że właśnie wtedy zaczęło się psuć. Nie podczas ich ognistych kłótni ani rozstań. Nie przez trudności życiowe, które byli w stanie pokonać. Tylko przez jego własne prywatne demony. Zaczęło się niewinnie. Ale kiedy tak nie było? W jego przypadku była to myśl zbieżna z tym, o czym ona również myślała, choć nigdy nie miał okazji się tego dowiedzieć. Czuł się zdenerwowany, ale podekscytowany wizją tego, co wydawało mu się naturalną koleją rzeczy w tak długim i wbrew pozorom całkiem udanym (zwłaszcza jak na ich wybuchowe charaktery) związku.
Planował się oświadczyć. Pół życia zarzekał się, że będzie inaczej, ale tym razem przyszło to bez zastanowienia. Nie musiał tego analizować. Chciał tego sam z siebie. Wbrew temu, co wyrzucił w ich kłótni lodowatym, brutalnym głosem - nie od razu zaczął dusić się w ich powolnej idylli. Było na tyle dobrze, że on też poczuł się bezpiecznie. A potem trafił na pierścionek.
Ten jebany pierścionek był zapalnikiem i przyczyną ruiny, choć powinien stanowić symbol przymierza a także jego miłości.
Zamiast tego posłał Greengrassa w wirującą spiralę, która ostatecznie doprowadziła ich do tego, że stali tu przeciwko sobie a nie obok siebie. Jeszcze większą ironią było to, że nadal go miał. Nie pozbył się tego. Chyba po prostu lubił macerować się w bólu.
Zresztą ta dyskusja była tego idealnym potwierdzeniem. Tak samo jak angaż w polowanie na doppelgangera u boku Geraldine.
- Tak. Chyba to było naszym największym problemem - przyznał ze złością, żeby dopiec jej tak samo jak ona dopiekła jemu.
Mogli się w tym razem macerować, skoro już przyszła i postanowiła wylać na niego swoje gorzkie żale. Mogli się nimi wzajemnie spić jak tanim, ohydnym alkoholem. Na oko Ambroisa przypominającym metanol, bo oboje przy okazji ślepli od gniewu.
- Możliwe. Mów co tam sobie chcesz - machnął ręką któryś raz z rzędu w tej rozmowie, ale nie było to jego ostatnie słowo.
Wręcz przeciwnie. Nie odpuszczał. Lepiej by było, żeby umiał to zrobić zanim zapędził się zbyt daleko, dostrzegając to nazbyt późno i brnąc jeszcze dalej, bo coś go do tego podkusiło. Nie chciał widzieć tego wyrazu u Riny. Nie u niej. Nie nigdy. Nie chciał dostrzec, że jeśli skrzywdził ją swoimi decyzjami rok wcześniej to teraz znowu to zrobił. Powtórzył to, jakby chciał przypieczętować swoje decyzje. Z tym, że w głębi duszy wcale tego nie pragnął. Próbował wmawiać sobie co innego, ale gdzieś tam pod skórą wcale nie chciał widzieć jej łez, płytkiego, przyspieszonego oddechu. Nie chciał znów łamać jej serca.
Bez słowa uniósł rękę w kierunku twarzy chcąc dotknąć piekącego policzka, ale zatrzymując ją w połowie drogi. Bolało. Skóra go paliła, ból pulsował na twarzy, ale nic z tym nie zrobił. Zastygł w miejscu, wpatrując się w nią ze zdziwieniem. Nie - z szokiem wypisanym zarówno w oczach, jak i na ustach, których kąciki powoli, bardzo powoli uniósł. Zrobił to prawie bezwiednie. Zdecydowanie nie po to, żeby dolewać oliwy do ognia ani już nie po to, żeby ranić Geraldine. Wraz z bólem przyszło otrzeźwienie. Wraz z otrzeźwieniem pełna świadomość tego, co powiedział i zrobił. Ambroise uśmiechał się z jednej bardzo błahej przyczyny.
Bo się kurwa nienawidził.
To mógłby być naprawdę przykry wniosek przynoszący rozgoryczenie i przejmujące otępienie a także rozlewający się i duszący ciężar na piersi. Wszystko by na to wskazywało, bo tak na podobny rezultat rozumowania zareagowałaby większość osób. No właśnie, ale nie Greengrass, który widocznie właśnie tego potrzebował. To było ponure, spaczone myślenie zagubionego człowieka, ale w tej całej ich kłótni szukał czegoś jeszcze aniżeli wyłącznie potwierdzenia, że coś nadal było między nimi. Podświadomie doszukiwał się pretekstu, żeby nie zmięknąć i nie powiedzieć czegoś, co być może znowu pchnęłoby go ku desperackiemu orbitowaniu wokół Geraldine. Bo nawet w tym całym chłodzie, nieprzystępności, twardości czy uporze przy podjętych decyzjach był boleśnie świadomy tego, że nadal ją kocha.
Potrzebował pretekstu nie do tego, żeby spróbować wciągnąć ją z powrotem do swojego życia (a może siebie w jej?), bo gdyby tylko sobie na to pozwolił to znalazłby dosłownie cokolwiek. Z Thoranem i ryzykowną akcją włącznie. Lecz nie o to mu chodziło, bo nie tu leżał problem. Ambroise Greengrass desperacko poszukiwał pretekstu do tego, żeby przypomnieć sobie jak zły dla niej był i jak bardzo niszczył jej życie swoją obecnością. Chciał przekonać się, że nie powinien a nie, że powinien. Potrzebował wewnętrznego jadowitego głosiku karmiącego go wątpliwościami i bólem, więc najwidoczniej zrobił wszystko, żeby go usłyszeć. Dostał to czego chciał.
Uderzyła go a on się uśmiechnął, bo wiedział, że na to zasłużył, że tym samym potwierdziła i przypieczętowała wszystkie słowa, które ku niej skierował. Szczególnie te traktujące o tym, że takiej osoby nie powinno się kochać. Nie przeszło mu przez myśl, że miały podwójny wydźwięk, choć podświadomie je tak sformułował. Był zaparty - najwidoczniej również w dążeniu do własnej destrukcji.
Zazwyczaj nie pokazywał tego na zewnątrz. Sprawiał bardzo dobre pozory. Zachowywał się bez zarzutu. Przynajmniej we wszystkich oficjalnych sytuacjach i w miękkim świetle dnia. W miejscach takich jak to i w sytuacjach, które wzbudzały w nim najgłębsze uczucia zachowywał się inaczej. Jak już kiedyś stwierdził. Był swoim własnym, prywatnym widmem i najgorszym wrogiem.
- Rina, ja - zamilkł, zatrzymując się tuż obok niej z ręką zatrzymaną gdzieś w połowie drogi w kierunku jej łopatek.
Nawet nie do końca pamiętał jak ruszył się ze swojej nory. Chyba zresztą miał odpowiedź na nurtującą kwestię. Nie wpadł w sieć pająka. On tym pająkiem był. Przymknął na moment oczy, zaciskając usta i otwierając je niemal w tej samej chwili, żeby nabrać głęboki wdech. Mimo to czuł się przyduszony własnymi uczuciami i sekretami, w które zbyt mocno się zagłębił.
- Przepraszam - wyszeptał, opuszczając rękę, bo i tak nie chciała, żeby ją dotykał.
A więc po prostu cofnął się w tył, mimowolnie przysiadając na jednym z dwóch schodków i ruchem dłoni ociężale przetarł powieki. Niemal nigdy nie przepraszał. Nie w taki sposób, ale tym razem nie miał żadnej innej możliwości. Nie widział nic, co mógłby zrobić, żeby odkupić nowe winy. No, poza jednym, ale na to mieli jeszcze kilka, może kilkanaście dni.
- To nie tak. Nic z tego nie jest tak, ale - co miał niby powiedzieć? Lepiej było milczeć, nie był dobry w słowach, kiedy chwilę wcześniej zrobił coś, przez co po raz pierwszy w życiu stał się świadkiem... ...przyczyną jej przejmującego płaczu. - Znienawidź mnie, proszę - to było chyba to, co mogła zrobić.
Powinna go znienawidzić. Tak było najlepiej. A on odsunie się od niej, gdy tylko dokończą sprawy.
- Nie, skoro wciągasz w to wszystkich po drodze - zaprzeczył, nie ukrywając tego, że jej słowa wydały mu się co najmniej przesadne.
Sama mówiła o tych wszystkich, których wciągnęła w swoje bagno. O przyjaciołach i członkach rodziny. O bracie wampirze, który atakował ludzi. O małej myszce Kimi przygarniętej pod dach, która widocznie już dusiła się w tamtym domu, skoro niemal nigdy jej tam nie było. O przebojach z Thoranem. O... ...no, o wszystkim. Ambroise jej to teraz wytykał.
- Wyśmienicie - kiwnął głową a jego nowy ulubiony komentarz w ich rozmowach wybrzmiał bardziej jak obelga niż potwierdzenie, że mają zgodność.
- Ta. Na pewno zostawi nas w spokoju, gdy będziemy w niego napierdalać zaklęciami - w gniewie szybko robił się sarkastyczny i wulgarny, może nie zawsze do przesady, ale obracanie się w gronie różnych osób nie pomagało.
Zresztą przed kim jak przed kim, ale przed Geraldine długo starał się nie zakładać maski. Odkąd doszli do tego przełomowego momentu, kiedy przestali obracać się w obrębie niedopowiedzeń i podtekstów Ambroise prawie do samego końca się przed nią odsłonił. Może zdarzało mu się wznosić mury między nimi. Szczególnie wtedy, kiedy znikała na długie dni i nie wiedział, gdzie wtedy była. W takich chwilach otaczał się swoją skorupą, ale pękała szybko. Często szybciej niż to byłoby logiczne, bo nie umiał zbyt długo odpychać od siebie ukochanej.
Zazwyczaj po prostu kwitował to paroma głębokimi wdechami, niekiedy jakimś rozgoryczonym komentarzem, ale czekał na nią dokładnie tak jak ona na niego. Starał się rozumieć. Po każdej takiej kłótni próbował coś zmienić, naprawić, uporządkować. Chciał być dla niej człowiekiem, na którego zasługiwała. Bezpieczną przystanią, opoką. Kimś, kto w pewnym momencie życia zaczął podejmować bardziej zdecydowane kroki.
Okrutne, że właśnie wtedy zaczęło się psuć. Nie podczas ich ognistych kłótni ani rozstań. Nie przez trudności życiowe, które byli w stanie pokonać. Tylko przez jego własne prywatne demony. Zaczęło się niewinnie. Ale kiedy tak nie było? W jego przypadku była to myśl zbieżna z tym, o czym ona również myślała, choć nigdy nie miał okazji się tego dowiedzieć. Czuł się zdenerwowany, ale podekscytowany wizją tego, co wydawało mu się naturalną koleją rzeczy w tak długim i wbrew pozorom całkiem udanym (zwłaszcza jak na ich wybuchowe charaktery) związku.
Planował się oświadczyć. Pół życia zarzekał się, że będzie inaczej, ale tym razem przyszło to bez zastanowienia. Nie musiał tego analizować. Chciał tego sam z siebie. Wbrew temu, co wyrzucił w ich kłótni lodowatym, brutalnym głosem - nie od razu zaczął dusić się w ich powolnej idylli. Było na tyle dobrze, że on też poczuł się bezpiecznie. A potem trafił na pierścionek.
Ten jebany pierścionek był zapalnikiem i przyczyną ruiny, choć powinien stanowić symbol przymierza a także jego miłości.
Zamiast tego posłał Greengrassa w wirującą spiralę, która ostatecznie doprowadziła ich do tego, że stali tu przeciwko sobie a nie obok siebie. Jeszcze większą ironią było to, że nadal go miał. Nie pozbył się tego. Chyba po prostu lubił macerować się w bólu.
Zresztą ta dyskusja była tego idealnym potwierdzeniem. Tak samo jak angaż w polowanie na doppelgangera u boku Geraldine.
- Tak. Chyba to było naszym największym problemem - przyznał ze złością, żeby dopiec jej tak samo jak ona dopiekła jemu.
Mogli się w tym razem macerować, skoro już przyszła i postanowiła wylać na niego swoje gorzkie żale. Mogli się nimi wzajemnie spić jak tanim, ohydnym alkoholem. Na oko Ambroisa przypominającym metanol, bo oboje przy okazji ślepli od gniewu.
- Możliwe. Mów co tam sobie chcesz - machnął ręką któryś raz z rzędu w tej rozmowie, ale nie było to jego ostatnie słowo.
Wręcz przeciwnie. Nie odpuszczał. Lepiej by było, żeby umiał to zrobić zanim zapędził się zbyt daleko, dostrzegając to nazbyt późno i brnąc jeszcze dalej, bo coś go do tego podkusiło. Nie chciał widzieć tego wyrazu u Riny. Nie u niej. Nie nigdy. Nie chciał dostrzec, że jeśli skrzywdził ją swoimi decyzjami rok wcześniej to teraz znowu to zrobił. Powtórzył to, jakby chciał przypieczętować swoje decyzje. Z tym, że w głębi duszy wcale tego nie pragnął. Próbował wmawiać sobie co innego, ale gdzieś tam pod skórą wcale nie chciał widzieć jej łez, płytkiego, przyspieszonego oddechu. Nie chciał znów łamać jej serca.
Bez słowa uniósł rękę w kierunku twarzy chcąc dotknąć piekącego policzka, ale zatrzymując ją w połowie drogi. Bolało. Skóra go paliła, ból pulsował na twarzy, ale nic z tym nie zrobił. Zastygł w miejscu, wpatrując się w nią ze zdziwieniem. Nie - z szokiem wypisanym zarówno w oczach, jak i na ustach, których kąciki powoli, bardzo powoli uniósł. Zrobił to prawie bezwiednie. Zdecydowanie nie po to, żeby dolewać oliwy do ognia ani już nie po to, żeby ranić Geraldine. Wraz z bólem przyszło otrzeźwienie. Wraz z otrzeźwieniem pełna świadomość tego, co powiedział i zrobił. Ambroise uśmiechał się z jednej bardzo błahej przyczyny.
Bo się kurwa nienawidził.
To mógłby być naprawdę przykry wniosek przynoszący rozgoryczenie i przejmujące otępienie a także rozlewający się i duszący ciężar na piersi. Wszystko by na to wskazywało, bo tak na podobny rezultat rozumowania zareagowałaby większość osób. No właśnie, ale nie Greengrass, który widocznie właśnie tego potrzebował. To było ponure, spaczone myślenie zagubionego człowieka, ale w tej całej ich kłótni szukał czegoś jeszcze aniżeli wyłącznie potwierdzenia, że coś nadal było między nimi. Podświadomie doszukiwał się pretekstu, żeby nie zmięknąć i nie powiedzieć czegoś, co być może znowu pchnęłoby go ku desperackiemu orbitowaniu wokół Geraldine. Bo nawet w tym całym chłodzie, nieprzystępności, twardości czy uporze przy podjętych decyzjach był boleśnie świadomy tego, że nadal ją kocha.
Potrzebował pretekstu nie do tego, żeby spróbować wciągnąć ją z powrotem do swojego życia (a może siebie w jej?), bo gdyby tylko sobie na to pozwolił to znalazłby dosłownie cokolwiek. Z Thoranem i ryzykowną akcją włącznie. Lecz nie o to mu chodziło, bo nie tu leżał problem. Ambroise Greengrass desperacko poszukiwał pretekstu do tego, żeby przypomnieć sobie jak zły dla niej był i jak bardzo niszczył jej życie swoją obecnością. Chciał przekonać się, że nie powinien a nie, że powinien. Potrzebował wewnętrznego jadowitego głosiku karmiącego go wątpliwościami i bólem, więc najwidoczniej zrobił wszystko, żeby go usłyszeć. Dostał to czego chciał.
Uderzyła go a on się uśmiechnął, bo wiedział, że na to zasłużył, że tym samym potwierdziła i przypieczętowała wszystkie słowa, które ku niej skierował. Szczególnie te traktujące o tym, że takiej osoby nie powinno się kochać. Nie przeszło mu przez myśl, że miały podwójny wydźwięk, choć podświadomie je tak sformułował. Był zaparty - najwidoczniej również w dążeniu do własnej destrukcji.
Zazwyczaj nie pokazywał tego na zewnątrz. Sprawiał bardzo dobre pozory. Zachowywał się bez zarzutu. Przynajmniej we wszystkich oficjalnych sytuacjach i w miękkim świetle dnia. W miejscach takich jak to i w sytuacjach, które wzbudzały w nim najgłębsze uczucia zachowywał się inaczej. Jak już kiedyś stwierdził. Był swoim własnym, prywatnym widmem i najgorszym wrogiem.
- Rina, ja - zamilkł, zatrzymując się tuż obok niej z ręką zatrzymaną gdzieś w połowie drogi w kierunku jej łopatek.
Nawet nie do końca pamiętał jak ruszył się ze swojej nory. Chyba zresztą miał odpowiedź na nurtującą kwestię. Nie wpadł w sieć pająka. On tym pająkiem był. Przymknął na moment oczy, zaciskając usta i otwierając je niemal w tej samej chwili, żeby nabrać głęboki wdech. Mimo to czuł się przyduszony własnymi uczuciami i sekretami, w które zbyt mocno się zagłębił.
- Przepraszam - wyszeptał, opuszczając rękę, bo i tak nie chciała, żeby ją dotykał.
A więc po prostu cofnął się w tył, mimowolnie przysiadając na jednym z dwóch schodków i ruchem dłoni ociężale przetarł powieki. Niemal nigdy nie przepraszał. Nie w taki sposób, ale tym razem nie miał żadnej innej możliwości. Nie widział nic, co mógłby zrobić, żeby odkupić nowe winy. No, poza jednym, ale na to mieli jeszcze kilka, może kilkanaście dni.
- To nie tak. Nic z tego nie jest tak, ale - co miał niby powiedzieć? Lepiej było milczeć, nie był dobry w słowach, kiedy chwilę wcześniej zrobił coś, przez co po raz pierwszy w życiu stał się świadkiem... ...przyczyną jej przejmującego płaczu. - Znienawidź mnie, proszę - to było chyba to, co mogła zrobić.
Powinna go znienawidzić. Tak było najlepiej. A on odsunie się od niej, gdy tylko dokończą sprawy.