02.10.2024, 23:01 ✶
- Cholera, masz rację - rzucił w pierwszym odruchu, bo rzeczywiście zabrzmiało to tak, jakby Thomas miał rację, jednak zaledwie dwie czy trzy sekundy później Ambroise zmarszczył brzmi. - Czekaj, ile właściwie rozumieją takie dzieci? - Spytał, oczekując mniej więcej jakiejś sensownie brzmiącej odpowiedzi.
Oczywiście. Nie zamierzał nagle zacząć przeklinać przy dziecku, nawet jeśli miał się dowiedzieć, że tak właściwie było to całkiem obojętne. W żadnym razie nie bagatelizował małych czarownic i tego, że mogły uczyć się szybciej od innych dzieci. Tak właściwie to byłby skłonny uwierzyć w prawdopodobieństwo podłapania od niego jakiegoś pochopnie wypowiedzianego słowa lub co gorsza uczynienia z niego pierwszej wypowiedzi małej Mabel.
- O nie nie, podziękuję. Masz jakieś miejsce tam u siebie, nie? - Zaprotestował przesadnie.
Nie ma co, Nora z pewnością ucieszyłaby się z tego faktu (szczególnie, gdyby to słowo brzmiało bimbały) i to na tyle, że aż upiekłaby mu kilka tacek swoich lukrecjowo-anyżkowych ciastek w podzięce. A potem najpewniej własnoręcznie wepchnęłaby mu je prosto do gardła. Albo przez najbliższe lata znajdowałby malutkie, ostre okruszki w swoim łóżku, wewnątrz ubrań i dosłownie wszędzie, gdzie nie powinno ich być. Nie. Faktycznie nie warto było ryzykować.
Poza tym nie musiał ryzykować czymś, o czym wiedział, że było ryzykowne. Wkońcu jego wiedza o młodych ludziach była raczej pełna dziur wypełnionych podstawowymi informacjami w stylu nie da się z nimi grać w karty ani tym bardziej w gargulki, bo prędzej zaczną je sobie wsadzać do ust i się uduszą. I tak mógł popełnić wiele błędów wychowawczych, szczególnie nie na swoim dziecku.
Przesadzał. Tak. Jasne. Zawodowo kompletnie nie specjalizował się w pediatrii i całe szczęście nie miał do czynienia z wieloma podtrutymi szkrabami a w pomocy dzieciom, które zjadły jakieś niezidentyfikowane rośliny zazwyczaj wyręczała go jakaś inna uzdrowicielka. Jednakże nie był aż takim ignorantem. Po prostu średnio umiał się odnaleźć w towarzystwie maluchów. Parsknął niepoważnie na sugestię, że miałoby być inaczej, machając ręką.
- No. Powiedzmy, że mam jakąś Mary-Loo w swoim porcie - wzruszył ramionami, uśmiechając się pod nosem. - Ma naprawdę niezłe... ...wiesz, co - konspiracyjnie zniżając głos, jedną ręką zabawił się w wymowne kalambury, po czym nieznacznie odrzucił głowę w tył, kwitując to krótkim śmiechem.
Cichym, żeby nie rozjuszyć Mabel, bo chyba mogła niedługo zasnąć. Taką miał przynajmniej nadzieję. Wbrew sugestiom Figga, kompletnie nie czuł się w roli potencjalnego ojca. Raczej to wykluczał.
Oczywiście, nie powiedziałby też, że nie dalej jak cztery godziny temu przeszedł się z Mabel po wszystkich częściach domu potencjalnie dostępnych dla jej małych rączek i nóżek, profilaktycznie przestawiając co nieco na wyższe półki a nawet pokuszając się o to, żeby zneutralizować jedną roślinę, którą uważał za podejrzaną. Jasne, ryzykował przy tym ochrzanem, ale wolał go zebrać niż mieć wyrzuty o to, że czegoś niedopilnował. Odnotował sobie też w głowie, żeby odkupić sztukę kwiatka domowego, ale zamieniając go na coś jednoznacznie kompletnie nieszkodliwego, może nawet jadalnego.
Chyba nie przyznałby się do tego, ale powoli udzielało mu się bycie madką. Zamiast tego pokręcił głową z mieszanką kpiny i niedowierzania. Przynajmniej z początku, bo gdy się głębiej zastanowił, spoważniał na moment.
- To ta. Przynajmniej powinna być, ale jeszcze jej nie uświadomiłem o moim podejściu do dzieci. To mi się akurat nie zmieniło - wykrzywił kącik ust w grymasie, po czym wzruszył ramionami. Najprościej było wzruszyć ramionami. - Chociaż ta pannica tutaj jest całkiem urocza. Nie przeczę. A teraz weź ją ode mnie, proszę - zażartował tak gładko, jakby przed chwilą wcale nie powiedział o niczym potencjalnie drażliwym.
Potrafił rozpoznać droczenie się i w żadnym razie nie miał zamiaru być panem marudą pogromcą uśmiechów dzieci. Wręcz przeciwnie, skoro spędził ostatnie godziny na robieniu wszystkiego, żeby zadowolić tę małą wybredną istotę. Gdyby nie to, że był pewien swojego pochodzenia to mógłby pokusić się o stwierdzenie, że swój wysublimowany gust odziedziczyła gdzieś tam po nim. No, ale cóż. Kto z kim przystawał i tak dalej. Może miał tu trochę swojego wpływu. Byleby nie na słownictwo Mabel i miało być dobrze.
- Jest bardziej twoja niż moja. Ma nawet taki sam kartoflany nos - stwierdził, rozprostowując nogi i wygodniej rozsiadając się w fotelu. - Oby poczucie rytmu odziedziczyła po Norze - dodał jeszcze z uniesionymi brwiami podziwiając te podrygi, bo to był naprawdę interesujący widok.
Szczególnie, że przez chwilę naprawdę nie sądził, że zaraz znowu znajdzie się w położeniu sprzed chwili. Zdecydowanie poczuł się zbyt pewnie a tu... Cholera. Nie chciał odkryć powołania do bycia niańką.
- Wyśmienicie - pokręcił głową, wyciągając ręce, żeby z powrotem przejąć małą. - Bawimy się przednio, ale jeszcze nie pija piwa ani nie jest przekonana do gry w karty, więc mamy ograniczone możliwości wyboru rozrywek - odrzekł, powstrzymując westchnienie i nawet nie protestując przeciwko ponownemu rozbujaniu małej na kolanach.
Tym razem już bez śpiewów. Nie to, żeby się jakoś przesadnie krępował, ale po tylu godzinach trochę wysiadało mu gardło. Miał nadzieję, że Mabel mu to daruje.
- Co tak późno? Jakieś zobowiązania w dalekich portach? - Zasugerował głównie po to, żeby odwzajemnić wcześniejsze dogryzki, choć również po prostu cieszył się na okoliczność rozmowy.
Oczywiście. Nie zamierzał nagle zacząć przeklinać przy dziecku, nawet jeśli miał się dowiedzieć, że tak właściwie było to całkiem obojętne. W żadnym razie nie bagatelizował małych czarownic i tego, że mogły uczyć się szybciej od innych dzieci. Tak właściwie to byłby skłonny uwierzyć w prawdopodobieństwo podłapania od niego jakiegoś pochopnie wypowiedzianego słowa lub co gorsza uczynienia z niego pierwszej wypowiedzi małej Mabel.
- O nie nie, podziękuję. Masz jakieś miejsce tam u siebie, nie? - Zaprotestował przesadnie.
Nie ma co, Nora z pewnością ucieszyłaby się z tego faktu (szczególnie, gdyby to słowo brzmiało bimbały) i to na tyle, że aż upiekłaby mu kilka tacek swoich lukrecjowo-anyżkowych ciastek w podzięce. A potem najpewniej własnoręcznie wepchnęłaby mu je prosto do gardła. Albo przez najbliższe lata znajdowałby malutkie, ostre okruszki w swoim łóżku, wewnątrz ubrań i dosłownie wszędzie, gdzie nie powinno ich być. Nie. Faktycznie nie warto było ryzykować.
Poza tym nie musiał ryzykować czymś, o czym wiedział, że było ryzykowne. Wkońcu jego wiedza o młodych ludziach była raczej pełna dziur wypełnionych podstawowymi informacjami w stylu nie da się z nimi grać w karty ani tym bardziej w gargulki, bo prędzej zaczną je sobie wsadzać do ust i się uduszą. I tak mógł popełnić wiele błędów wychowawczych, szczególnie nie na swoim dziecku.
Przesadzał. Tak. Jasne. Zawodowo kompletnie nie specjalizował się w pediatrii i całe szczęście nie miał do czynienia z wieloma podtrutymi szkrabami a w pomocy dzieciom, które zjadły jakieś niezidentyfikowane rośliny zazwyczaj wyręczała go jakaś inna uzdrowicielka. Jednakże nie był aż takim ignorantem. Po prostu średnio umiał się odnaleźć w towarzystwie maluchów. Parsknął niepoważnie na sugestię, że miałoby być inaczej, machając ręką.
- No. Powiedzmy, że mam jakąś Mary-Loo w swoim porcie - wzruszył ramionami, uśmiechając się pod nosem. - Ma naprawdę niezłe... ...wiesz, co - konspiracyjnie zniżając głos, jedną ręką zabawił się w wymowne kalambury, po czym nieznacznie odrzucił głowę w tył, kwitując to krótkim śmiechem.
Cichym, żeby nie rozjuszyć Mabel, bo chyba mogła niedługo zasnąć. Taką miał przynajmniej nadzieję. Wbrew sugestiom Figga, kompletnie nie czuł się w roli potencjalnego ojca. Raczej to wykluczał.
Oczywiście, nie powiedziałby też, że nie dalej jak cztery godziny temu przeszedł się z Mabel po wszystkich częściach domu potencjalnie dostępnych dla jej małych rączek i nóżek, profilaktycznie przestawiając co nieco na wyższe półki a nawet pokuszając się o to, żeby zneutralizować jedną roślinę, którą uważał za podejrzaną. Jasne, ryzykował przy tym ochrzanem, ale wolał go zebrać niż mieć wyrzuty o to, że czegoś niedopilnował. Odnotował sobie też w głowie, żeby odkupić sztukę kwiatka domowego, ale zamieniając go na coś jednoznacznie kompletnie nieszkodliwego, może nawet jadalnego.
Chyba nie przyznałby się do tego, ale powoli udzielało mu się bycie madką. Zamiast tego pokręcił głową z mieszanką kpiny i niedowierzania. Przynajmniej z początku, bo gdy się głębiej zastanowił, spoważniał na moment.
- To ta. Przynajmniej powinna być, ale jeszcze jej nie uświadomiłem o moim podejściu do dzieci. To mi się akurat nie zmieniło - wykrzywił kącik ust w grymasie, po czym wzruszył ramionami. Najprościej było wzruszyć ramionami. - Chociaż ta pannica tutaj jest całkiem urocza. Nie przeczę. A teraz weź ją ode mnie, proszę - zażartował tak gładko, jakby przed chwilą wcale nie powiedział o niczym potencjalnie drażliwym.
Potrafił rozpoznać droczenie się i w żadnym razie nie miał zamiaru być panem marudą pogromcą uśmiechów dzieci. Wręcz przeciwnie, skoro spędził ostatnie godziny na robieniu wszystkiego, żeby zadowolić tę małą wybredną istotę. Gdyby nie to, że był pewien swojego pochodzenia to mógłby pokusić się o stwierdzenie, że swój wysublimowany gust odziedziczyła gdzieś tam po nim. No, ale cóż. Kto z kim przystawał i tak dalej. Może miał tu trochę swojego wpływu. Byleby nie na słownictwo Mabel i miało być dobrze.
- Jest bardziej twoja niż moja. Ma nawet taki sam kartoflany nos - stwierdził, rozprostowując nogi i wygodniej rozsiadając się w fotelu. - Oby poczucie rytmu odziedziczyła po Norze - dodał jeszcze z uniesionymi brwiami podziwiając te podrygi, bo to był naprawdę interesujący widok.
Szczególnie, że przez chwilę naprawdę nie sądził, że zaraz znowu znajdzie się w położeniu sprzed chwili. Zdecydowanie poczuł się zbyt pewnie a tu... Cholera. Nie chciał odkryć powołania do bycia niańką.
- Wyśmienicie - pokręcił głową, wyciągając ręce, żeby z powrotem przejąć małą. - Bawimy się przednio, ale jeszcze nie pija piwa ani nie jest przekonana do gry w karty, więc mamy ograniczone możliwości wyboru rozrywek - odrzekł, powstrzymując westchnienie i nawet nie protestując przeciwko ponownemu rozbujaniu małej na kolanach.
Tym razem już bez śpiewów. Nie to, żeby się jakoś przesadnie krępował, ale po tylu godzinach trochę wysiadało mu gardło. Miał nadzieję, że Mabel mu to daruje.
- Co tak późno? Jakieś zobowiązania w dalekich portach? - Zasugerował głównie po to, żeby odwzajemnić wcześniejsze dogryzki, choć również po prostu cieszył się na okoliczność rozmowy.