03.10.2024, 11:36 ✶
Nie chciał siedzieć jak kołek na tych schodkach, ale nie mógł zmusić się do tego, żeby zostawić Geraldine samą sobie po tym wszystkim, co się stało. Nie umiał również stanąć blisko niej. Mimowolnie wybrał bezpieczny dystans, znów budując swoją skorupę. Przynajmniej zareagowała, odwróciła się ku niemu a on zignorował chęć, żeby tak po prostu wstać i złapać ją w ramiona. Miała tak smutne oczy. Jeszcze nigdy nie widział takiego smutku w jej niebieskich tęczówkach. Były jak dwa jeziora w zimowym deszczu.
- Wiem - stwierdził krótko, opuszczając wzrok na swoje buty, ale też niemal od razu znowu spojrzał w kierunku Geraldine.
Nie mógł być tchórzem. Nie był nim. Skoro doprowadził ją do tego stanu swoimi własnymi paskudnymi słowami to brał odpowiedzialność za to, co zrobił. Nie napawało go to pozytywnymi uczuciami, ale nie chciał tak kończyć ich konfrontacji. Szczególnie, że nie mogli tak po prostu zaprzestać kontaktów. Mieli jeszcze jedną wspólną sprawę do załatwienia. Dokładnie tę, od której rozpoczęli swoją zaognioną rozmowę. Tak, nadal świadomie łączył Astarotha z Thoranem. To nie miało się zmienić.
- Przykro mi. To nie miało tak wyglądać - odpowiedział całkowicie świadomy tego, że to również niewiele zmienia.
Było dużo za późno praktycznie na wszystko. Już rok temu. Nie dokładnie w momencie, w którym odszedł - to byłoby zbyt konkretne i zrozumiałe a w tym wszystkim nie było nic jasnego. Zbyt późno zaczęło być w jakimś nieokreślonym momencie wcześniej. Chwilę po tym jebanym pierścionku, bo on też nie od razu był symbolem zguby. Jak większość podstępnych, złym emocji - te tutaj również wkradły się niepostrzeżenie tylnymi drzwiami. Nie od razu dały o sobie znać. Było późno za późno jeszcze zanim Ambroise to zrozumiał i podjął swoją decyzję.
Tak. Może za nich oboje, ale nie pochopnie. Można było o tym powiedzieć prawie wszystko, lecz nie to, że kierowały nim tymczasowe emocje. To było coś innego. Nie podjął decyzji pod wpływem impulsu. Nie kłamał, kiedy mówił, że myślał o tym na długo zanim nadszedł ten tragiczny w skutkach dzień. Najpierw czuł to pod skórą, później zagnieździło się u niego w głowie i powoli przejęło życie Greengrassa.
Chciałby, żeby to było słowami wypowiedzianymi w gniewie, ale to nie była prawda. Męczył się przez kilka tygodni zanim odszedł. Usiłował z tym walczyć, toteż udawał, że wszystko jest w całkowitym porządku. Nie chciał burzyć ich idylli swoimi reakcjami na coś, co może mogło zniknąć tak szybko jak się pojawiło. Ale to nie zniknęło a wręcz się nasiliło. Tu również nie kłamał, kiedy wyrzucił w kierunku Geraldine konkretne stwierdzenie, choć wtedy w jego głowie było pytaniem.
Kto chciałby być z kimś takim?
Mimo to czuł teraz przygniatające wyrzuty sumienia, które coraz bardziej wypierały gniew, ale nie ból. Ból był zawsze. Tyle tylko, że w jego przypadku. Nie chciał tego widzieć u Geraldine. Nie po to się kiedyś odsunął, żeby dopadły ją teraz odroczone konsekwencje jego działań.
- Nie chcę tego zamykać w ten sposób - wbrew pozorom, to chyba były najszczersze słowa, które padły tego dnia z ust Greengrassa.
Całkiem spokojne, jeśli dało się tak powiedzieć o czymś wypowiedzianym w oprawie ciężkiego oddechu po niedawnej awanturze. Były powolne, przemyślane i zrozumiałe. Starał się dotrzeć do niej przez szloch i łzy, które wylewała. Chciał wyciągnąć rękę w kierunku kobiety, skłonić ją do tego, żeby usiadła obok i oparła mu głowę na ramieniu. Tak jak to wielokrotnie robili.
Ale tego nie zrobił. W dalszym ciągu trzymał sztywno ręce na kolanach. Przynajmniej na nią patrzył i nie odwracał wzroku. Nie napawał się widokiem tego, do czego ją doprowadził a jedynie karmił teraz własne demony. Ucztowały na poczuciu Greengrassa, że jest złym człowiekiem. Prawdopodobnie najgorszym, co przytrafiło się Yaxleyównie. Nie niemal najgorszym - najgorszym kropka. W przeciwieństwie do jakiegoś morderczego bytu, istoty żerującej na wspomnieniach i stanowiącej fizyczne zagrożenie, on - Ambroise zabrał jej znacznie więcej i w gorszy sposób, bo obiecując rzeczy, których nie mógł jej dać i wydzierając jej kawał serca.
Teraz to widział; ironiczne, nie? Przebił się przez skorupę lodu, przy okazji roztrzaskując to co w środku. Na drobne kawałeczki, które mogły zostać posklejane, ale nie przez jego niewprawną, niszczycielską rękę. To także było gorzkie. Miało wiele znaczeń, o których Ambroise nie chciał myśleć, ale i tak to robił. Wydarzenia z doppelgangerem trwały gdzieś przez ostatni rok - nie wiedział jak długo, ale wcześniej nie było tej istoty. Miał niemalże pewność, że nie było tego zagrożenia, gdy odchodził. Próbował tak sądzić, bo gdyby już się gdzieś czaiła na życie jego kobiety to odejście byłoby jeszcze gorsze w skutkach. A już nie było dobre. Wybierał wersję, w której widmowy Thoran odebrał jej rok. On? Wychodziło na to, że tej jesieni miało to być praktycznie osiem. Siedem lat niszczącego wpływu. Jeszcze siedem. To chyba czyniło z niego większego potwora.
- Mam wrażenie, że na to za późno, bo ona w tobie jest. Ta nienawiść - zaprzeczył, choć nie wątpił, że mogłaby mu wytknąć, że chuja wiedział, bo jej nie znał, co już nie tak dawno zrobiła.
Mimo to brzmiał na pewnego swoich słów. Przecież osobiście zasiał to ziarno w głowie Geraldine. Wystarczyło, żeby zaczęła je pielęgnować, skoro i tak nie byli w stanie całkowicie o sobie zapomnieć. W przeciwieństwie do tego, przy czym się upierali. Mogła nauczyć się go nienawidzić. Tak miało być lepiej.
- Wiem - stwierdził krótko, opuszczając wzrok na swoje buty, ale też niemal od razu znowu spojrzał w kierunku Geraldine.
Nie mógł być tchórzem. Nie był nim. Skoro doprowadził ją do tego stanu swoimi własnymi paskudnymi słowami to brał odpowiedzialność za to, co zrobił. Nie napawało go to pozytywnymi uczuciami, ale nie chciał tak kończyć ich konfrontacji. Szczególnie, że nie mogli tak po prostu zaprzestać kontaktów. Mieli jeszcze jedną wspólną sprawę do załatwienia. Dokładnie tę, od której rozpoczęli swoją zaognioną rozmowę. Tak, nadal świadomie łączył Astarotha z Thoranem. To nie miało się zmienić.
- Przykro mi. To nie miało tak wyglądać - odpowiedział całkowicie świadomy tego, że to również niewiele zmienia.
Było dużo za późno praktycznie na wszystko. Już rok temu. Nie dokładnie w momencie, w którym odszedł - to byłoby zbyt konkretne i zrozumiałe a w tym wszystkim nie było nic jasnego. Zbyt późno zaczęło być w jakimś nieokreślonym momencie wcześniej. Chwilę po tym jebanym pierścionku, bo on też nie od razu był symbolem zguby. Jak większość podstępnych, złym emocji - te tutaj również wkradły się niepostrzeżenie tylnymi drzwiami. Nie od razu dały o sobie znać. Było późno za późno jeszcze zanim Ambroise to zrozumiał i podjął swoją decyzję.
Tak. Może za nich oboje, ale nie pochopnie. Można było o tym powiedzieć prawie wszystko, lecz nie to, że kierowały nim tymczasowe emocje. To było coś innego. Nie podjął decyzji pod wpływem impulsu. Nie kłamał, kiedy mówił, że myślał o tym na długo zanim nadszedł ten tragiczny w skutkach dzień. Najpierw czuł to pod skórą, później zagnieździło się u niego w głowie i powoli przejęło życie Greengrassa.
Chciałby, żeby to było słowami wypowiedzianymi w gniewie, ale to nie była prawda. Męczył się przez kilka tygodni zanim odszedł. Usiłował z tym walczyć, toteż udawał, że wszystko jest w całkowitym porządku. Nie chciał burzyć ich idylli swoimi reakcjami na coś, co może mogło zniknąć tak szybko jak się pojawiło. Ale to nie zniknęło a wręcz się nasiliło. Tu również nie kłamał, kiedy wyrzucił w kierunku Geraldine konkretne stwierdzenie, choć wtedy w jego głowie było pytaniem.
Kto chciałby być z kimś takim?
Mimo to czuł teraz przygniatające wyrzuty sumienia, które coraz bardziej wypierały gniew, ale nie ból. Ból był zawsze. Tyle tylko, że w jego przypadku. Nie chciał tego widzieć u Geraldine. Nie po to się kiedyś odsunął, żeby dopadły ją teraz odroczone konsekwencje jego działań.
- Nie chcę tego zamykać w ten sposób - wbrew pozorom, to chyba były najszczersze słowa, które padły tego dnia z ust Greengrassa.
Całkiem spokojne, jeśli dało się tak powiedzieć o czymś wypowiedzianym w oprawie ciężkiego oddechu po niedawnej awanturze. Były powolne, przemyślane i zrozumiałe. Starał się dotrzeć do niej przez szloch i łzy, które wylewała. Chciał wyciągnąć rękę w kierunku kobiety, skłonić ją do tego, żeby usiadła obok i oparła mu głowę na ramieniu. Tak jak to wielokrotnie robili.
Ale tego nie zrobił. W dalszym ciągu trzymał sztywno ręce na kolanach. Przynajmniej na nią patrzył i nie odwracał wzroku. Nie napawał się widokiem tego, do czego ją doprowadził a jedynie karmił teraz własne demony. Ucztowały na poczuciu Greengrassa, że jest złym człowiekiem. Prawdopodobnie najgorszym, co przytrafiło się Yaxleyównie. Nie niemal najgorszym - najgorszym kropka. W przeciwieństwie do jakiegoś morderczego bytu, istoty żerującej na wspomnieniach i stanowiącej fizyczne zagrożenie, on - Ambroise zabrał jej znacznie więcej i w gorszy sposób, bo obiecując rzeczy, których nie mógł jej dać i wydzierając jej kawał serca.
Teraz to widział; ironiczne, nie? Przebił się przez skorupę lodu, przy okazji roztrzaskując to co w środku. Na drobne kawałeczki, które mogły zostać posklejane, ale nie przez jego niewprawną, niszczycielską rękę. To także było gorzkie. Miało wiele znaczeń, o których Ambroise nie chciał myśleć, ale i tak to robił. Wydarzenia z doppelgangerem trwały gdzieś przez ostatni rok - nie wiedział jak długo, ale wcześniej nie było tej istoty. Miał niemalże pewność, że nie było tego zagrożenia, gdy odchodził. Próbował tak sądzić, bo gdyby już się gdzieś czaiła na życie jego kobiety to odejście byłoby jeszcze gorsze w skutkach. A już nie było dobre. Wybierał wersję, w której widmowy Thoran odebrał jej rok. On? Wychodziło na to, że tej jesieni miało to być praktycznie osiem. Siedem lat niszczącego wpływu. Jeszcze siedem. To chyba czyniło z niego większego potwora.
- Mam wrażenie, że na to za późno, bo ona w tobie jest. Ta nienawiść - zaprzeczył, choć nie wątpił, że mogłaby mu wytknąć, że chuja wiedział, bo jej nie znał, co już nie tak dawno zrobiła.
Mimo to brzmiał na pewnego swoich słów. Przecież osobiście zasiał to ziarno w głowie Geraldine. Wystarczyło, żeby zaczęła je pielęgnować, skoro i tak nie byli w stanie całkowicie o sobie zapomnieć. W przeciwieństwie do tego, przy czym się upierali. Mogła nauczyć się go nienawidzić. Tak miało być lepiej.