03.10.2024, 15:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.10.2024, 15:12 przez Millie Moody.)
Leżała na nim słuchając w milczeniu, zasłuchana w chlupot wody, otoczona mulistym powietrzem, brudna dnem z którego wyłonił się Duch. Sama wtapiała się w w trawę, każde brzęczenie, każdy turkot przeciskanej między źdźbłami żukowej kuli, każda świst wypełniał miarowy puls, hipnotyzujący puls tego miejsca.
- Przeraża mnie pustka... – szeptała za nim słowo po słowie, niczym słowa przysięgi wyciągajac się za dotykiem chłodnych wodorostów, które wplatały się w jej włosy. Ziemia i woda, stateczne, bezpieczne, chłodne, żywioły tak im obce, tak bardzo przez nich upragnione. – Samotne życie, gdzie nie ma nikogo, a pustka pożera cię od środka, nie ważne jak bardzo próbujesz ją zapełnić ona pochłania wszystko i wciąż się powiększa... – Łzy zeszkliły się w złotych oczach, ale dotyk trwał, a kolejne obietnice nawadniały jej duszę, dawały wypuścić korzenie. Wysunęła się bardziej, przeciągając jak drobna czarnofutra kotka, ufając procesowi zaplatania metafizycznych warkoczy, czując jak jej istnienie przenika przez wodę i ziemię, jak stają się jednym w objęciu natury.
A potem powiedział to, powiedział o ogniu, a przez ciało przeszedł mimowolny dreszcz i jak ślimak zwinęła się w sobie, zabierając głowę, zabierając ciepło turlającego się przed momentem po trawie ciała. Osłoniła głowę przyciskając zgięte kolana do piersi, drżąc spazmatycznie, nieustannie i chlipiąc gwałtownym szlochem.
– Nie ogień, proszę, błagam Stawie, nie ogień. Ogień pali Ziemię, zabiera z niej wszelkie życie, ogień gaśnie, pozostawiając tylko Czerń. – Huk płomieni dudnił nad nią, żar wypalanej w Kniei bruzdy, przeraźliwe krzyki ludzi, i Ciemność, pustka która wylazła z niej i pochłonęła jej ciało i duszę w niebyt.
Nieistnienie.
Niekochanie.
- Przeraża mnie pustka... – szeptała za nim słowo po słowie, niczym słowa przysięgi wyciągajac się za dotykiem chłodnych wodorostów, które wplatały się w jej włosy. Ziemia i woda, stateczne, bezpieczne, chłodne, żywioły tak im obce, tak bardzo przez nich upragnione. – Samotne życie, gdzie nie ma nikogo, a pustka pożera cię od środka, nie ważne jak bardzo próbujesz ją zapełnić ona pochłania wszystko i wciąż się powiększa... – Łzy zeszkliły się w złotych oczach, ale dotyk trwał, a kolejne obietnice nawadniały jej duszę, dawały wypuścić korzenie. Wysunęła się bardziej, przeciągając jak drobna czarnofutra kotka, ufając procesowi zaplatania metafizycznych warkoczy, czując jak jej istnienie przenika przez wodę i ziemię, jak stają się jednym w objęciu natury.
A potem powiedział to, powiedział o ogniu, a przez ciało przeszedł mimowolny dreszcz i jak ślimak zwinęła się w sobie, zabierając głowę, zabierając ciepło turlającego się przed momentem po trawie ciała. Osłoniła głowę przyciskając zgięte kolana do piersi, drżąc spazmatycznie, nieustannie i chlipiąc gwałtownym szlochem.
– Nie ogień, proszę, błagam Stawie, nie ogień. Ogień pali Ziemię, zabiera z niej wszelkie życie, ogień gaśnie, pozostawiając tylko Czerń. – Huk płomieni dudnił nad nią, żar wypalanej w Kniei bruzdy, przeraźliwe krzyki ludzi, i Ciemność, pustka która wylazła z niej i pochłonęła jej ciało i duszę w niebyt.
Nieistnienie.
Niekochanie.