Nie umiałaby podnieść różdżkę na Sauriela. Zmuszona do tego – broniłaby się, ale sama miałaby zaatakować? I wierzyła, że w jego przypadku było podobnie, że nie zrobiłby jej krzywdy. Te różdżki nie były więc potrzebne. Ba, Sauriel w ogóle swojej nie potrzebował, miał przecież swoje dłonie, które co najwyżej zaciskał z irytacji, ale w jej obecności nigdy żadne iskry w nią skierowane nie leciały – co najwyżej ogrzewał swoje ciało, by było jej przyjemniej… kiedyś. Bo teraz nie było takiej potrzeby. Różdżki można było więc odłożyć na szafkę, a później pomylić się przy zabieraniu swojej – takie były do siebie podobne…
– Wiem, jaka w tym jest ironia. Ale między innymi dlatego zaczęłam się uczyć oklumencji, bo znam to od drugiej strony… – a że zaczęła pracę w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym zaraz po szkole, to miała naprawdę dużo czasu, by tę umiejętność opanować…
A że nie wyglądała na swój wiek? Bezsenność odcisnęła swoje piętno, „upiększając” ją cieniami pod oczami, które maskowała kosmetykami i makijażem, a jak wiadomo – ten siłą rzeczy trochę postarzał. To, plus fakt, że nieczęsto się uśmiechała, a od maja było o to jeszcze trudniej, gdy do chłodu w obyciu doszedł jeszcze chłód ciała i możliwość, że niedługo umrze… zmartwienie z powodu Sauriela, który próbował się zabić, niepokój w domu, u Laurenta, Windermere ii… człowiek wyglądał jakby miał na karku więcej niż 27 lat. Nie pomagało też to, że Victoria schudła od czasu, w którym poznała się z Saurielem o kilka dobrych kilogramów, a wszystko to ze stresu. Teraz co prawda nie miała na sobie żadnej tapety, ale na jej twarzy widoczne było zmęczenie, które z pewnością nie odejmowało lat. Chociaż jak patrzyła na swoje odbicie w lustrze, to nigdy nie powiedziałaby, że wygląda staro.
Najgorszy nie był sam fakt tego, że coś zmusiło ją do działania wbrew własnej woli. To znaczy – to było okropne i czuła się wewnętrznie brudna, bo miała wrażenie, że zrobiła coś złego, coś co zbrukało jej dobre intencje i uczucia do innej osoby, tej samej, która teraz siedziała obok niej. Gorsza była jednak świadomość, że lata nauki oklumencji iii… nic. Nawet nie poczuła wtargnięcia. Jej umiejętności były więc na poziomie gówna, po raz kolejny, czuła się bezużyteczna, bo to nie tak miało być.
Przyglądał się jej, ona uniosła spojrzenie na niego, ale po chwili zrozumiała… I pokręciła głową. Wyrażenie „NAD Nokturnem” ją po prostu zmyliło, zaciekawiło, ale miał rację, że lepiej żeby nie wiedziała niektórych rzeczy. Nie to, że wykorzystałaby je przeciwko niemu, ale gdyby ktoś jednak włamał się do jej umysłu… Chociaż nie zamierzała na to pozwolić. Kiedy robili to ludzie, to czuła, nawet zwykłe skanowanie aury było przez nią wyczuwalne. A dobranie się do właściwego wspomnienia tez nie było takie proste, bo trzeba było wiedzieć co i kiedy w ogóle szukać. Przesunęła lekko rękę, szukając drugiej dłoni Sauriela. Chciała go dotknąć, lekko ścisnąć palce, dając znać, że rozumie i że jest w porządku, że nie musi nic mówić. Nie do końca była po drugiej stronie barykady – nawet nie wiedziała o jej istnieniu. Była po swojej stronie. Polując na jednych i pomagając drugim.
– Aaach… nie wiem. Szlajasz się po babeczkach z kotami? – a jednak się uśmiechnęła, bo doskonale wiedziała, że mówił o niej. Być może była to jego najbardziej uczciwa w życiu prawda i to taka, do której przychodziło się z ochotą. A mówiąc o kotach – Kwiatuszek wskoczył w końcu na fotel, a Luna krążyła dookoła, nie wiedząc do końca jak ma wskoczyć na tych swoich krótkich nóżkach i co rusz spadała i piszczała, bo chciała się znaleźć na górze. W końcu wykombinowała, że przecież może spróbować wskoczyć do doniczki, która stała na podłodze i stamtąd… Victoria obserwowała te zmagania bez komentarza. Drugi typ babeczek z kotami, to była Nora z Nory Nory. Do niej już nie chodził?
Uniosła wyżej brwi – nie odmówił? A to nowość. Ale to dobrze, dobrze. Wychodzenie do ludzi dobrze mu robiło, tak przynajmniej uważała.
– Widzisz? Powinieneś w siebie wierzyć – bo ileż to razy słyszała, że jest beznadziejny, i taki, śmaki i owaki. Nie był i przedstawiał sobą mnóstwo wartości, których nie dostrzegał, widząc tylko to, co złe. – Dobrze, więc czekam, instruktorze Rookwoodzie – dodała i zachichotała cicho.
Poduszka nie wylądowała na jego twarzy, odgonił jej rękę w bok, co skończyło się tym, że upuściła ją, a ta spadła na podłogę i miała teraz wolne obie ręce, i klęczała blisko niego. Mogła więc z powodzeniem przenieść dłonie na jego szyję i je zacisnąć… tyle że w głowie nie miała żadnego duszenia (które i tak by nie podziałało); po prostu gwałtownie objęła go w pasie i się mocno przytuliła, jakby brakowało jej tego, by poczuć, że ten zły sen już się skończył, że jest w domu i wszystko jest dobrze…
– Są momenty, które są naprawdę interesujące – te sprawy. Jak tropienie kłusowników współpracujących z czarnoksiężnikami, jak ucieczka przed smokiem, jak badanie sprawy mglistych mokradeł, jak topienie tych, którzy dopuścili do loterii z okazji Lammas czarnomagiczne przedmioty… Ale były tez takie, jak Beltane, jak Windermere, które kompletnie wywalało ją z kapci. Jak Perła Morza… choć to może dlatego, że tamtego dnia była w naprawdę okropnej kondycji psychicznej. Już jakiś czas temu zakiełkowała w niej myśl, że może jednak powinna zmienić departament na taki, który bardziej by odpowiadał jej potrzebom i w którym bardziej by się spełniała… – Kiedyś trafię z zawodem dla siebie. Może trzeba było posłuchać babci i pójść na ten staż do Munga – westchnęła, chociaż uzdrowicielstwo akurat ją nie kręciło.