03.10.2024, 23:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2024, 09:24 przez Desmond Malfoy.)
Beznamiętnym wzrokiem śledził ruchy kuzyna, tracąc uprzejmy uśmiech, który prezentował wcześniej witającym się wzajemnie gościom. Pośpiesznie zerknął na siedzącą po jego lewicy Calanthe i skupił się na scenie, starając się wyglądać na urzeczonego. Przewrotna, pełna emocji deklamacja Baldwina z każdym zdaniem jawiła mu się jako coraz bardziej meandryczna zagadka, której nie był w stanie rozwikłać wystarczająco szybko, nawet nie przez wypity alkohol, lecz przez wrodzony antytalent literacki. Gdyby był trzeźwiejszy, tylko trudniej byłoby mu przeżyć ten ewent, byłby teraz znacznie bardziej zestresowany swoją ignorancją. Obecnie dryfował przez czas z miałkim uśmiechem, układając w głowie przyzwoitą interpretację, o której mógłby później udawać, że dyskutuje.
Rozkład... kolosalnego wraku? Czyżby opowiadał właśnie o moralnej degradacji obecnego społeczeństwa? Klaskając, krzywił się lekko, myśląc o gorzkiej ironii faktu, że nad degeneracją rozpaczał właśnie degenerat. Jakkolwiek skręcało go żołądku, gdy starał się powstrzymać od rozgrzebywania wspomnień zawodu, który sam sprawił swojemu Ojcu, to przynajmniej nie żył w tak obmierzły, hańbiący nazwisko rodowe sposób, w jaki żył Baldwin.
Znaczącą ulgę przyniósł mu występ Rity Kelly, który był spokojny, pogodny i tematyczny. Słyszał delikatność, pewną kobiecą wątłość w jej grze; pozwoliła mu się ona odprężyć i poczuć zaklętą melodię, mającą przenieść go na dwór elfów. Jakkolwiek kojarzył ten utwór w wersji orkiestrowej i wiedział, że ograniczenie go do fortepianu odbierało mu intensywności, to wiedział, że właśnie tego teraz potrzebował.
Wpatrzony tępo w krawędź fortepianiu, słuchał oszałamiającego technicznie występu Lorraine. Dopiero po chwili zorientował się, że naprawdę dawno nie słyszał, jak grała. Niepokój i fascynująca intensywność utworu zmusiła go do odcięcia się od reszty bodźców - muzyka niespodziewanie pochłonęła go na to kilka minut, w których przeżył smutek, lękliwą radość i przejmujące poczucie straty, nigdy nie doświadczonych przez niego samego. Patrzył, jak półwiła krzyżuje ręce, czując, że chciałby wrócić do tego snu, który nigdy nie należał do niego.
Kiedy na scenę wkroczył Oleander, z uprzejmym uśmiechem powiódł po nim wzrokiem i raz jeszcze poczuł tęsknotę - tym razem za drinkiem. Zesztywniał; wiedział, że przyjaciel poprzedził swoją grę wyjaśnieniem specjalnie dla niego. Było to tak samo miłe, jak niepokojące. We wstydzie przeżywał kolejne fale burzliwych emocji sonaty, która zaskakująco dobrze pasowała do tego, co mógł sobie wyobrażać o Oleandrze. Ale czy faktycznie chciał to robić? Czy do niego należała ta decyzja?
- Uh - burknął, gdy dotyk Severine wyrwał go z zadumy. Wbił zaskakująco wrogie spojrzenie w oczy kobiety, nie śmiąc jednak wyrwać dłoni z jej uścisku. Bał się, że ktoś może zauważyć jego raptowny ruch. Sięgnął wzrokiem do siedzącej niedaleko Beatrice Crouch, zestresowany. "Czego chcesz? - nie miał odwagi zapytać. Czy widać było po nim za dużo? Czy dlatego chciała sprawdzić, jak się czuje? Czy wyliczała właśnie jego tętno?
Ostatnie pasaże cichnącego utworu przeżywał wraz z zapamiętałymi próbami przywrócenia się do porządku, do niewzruszonego spokoju. To już był koniec? Czuł frustrację, której się nie spodziewał, gdy grzecznie nagradzał Oleandra owacjami. Pomyślał, że po tym ewencie będą musieli dokończyć to na własną rękę, cokolwiek miałoby to oznaczać.
Dziwaczną przemowę prowadzącej skwitował ciężkim westchnięciem. W swoim zmęczeniu nie czuł się gotowy na starcie z powolnym upadkiem społeczeństwa. Może jednak występ Baldwina zgadzał się z tematem tego wydarzenia, nawet jeśli nie kojarzył się z elfim dworem? Z perspektywy czasu patrzył na jego monolog z goryczą.
Rozkład... kolosalnego wraku? Czyżby opowiadał właśnie o moralnej degradacji obecnego społeczeństwa? Klaskając, krzywił się lekko, myśląc o gorzkiej ironii faktu, że nad degeneracją rozpaczał właśnie degenerat. Jakkolwiek skręcało go żołądku, gdy starał się powstrzymać od rozgrzebywania wspomnień zawodu, który sam sprawił swojemu Ojcu, to przynajmniej nie żył w tak obmierzły, hańbiący nazwisko rodowe sposób, w jaki żył Baldwin.
Znaczącą ulgę przyniósł mu występ Rity Kelly, który był spokojny, pogodny i tematyczny. Słyszał delikatność, pewną kobiecą wątłość w jej grze; pozwoliła mu się ona odprężyć i poczuć zaklętą melodię, mającą przenieść go na dwór elfów. Jakkolwiek kojarzył ten utwór w wersji orkiestrowej i wiedział, że ograniczenie go do fortepianu odbierało mu intensywności, to wiedział, że właśnie tego teraz potrzebował.
Wpatrzony tępo w krawędź fortepianiu, słuchał oszałamiającego technicznie występu Lorraine. Dopiero po chwili zorientował się, że naprawdę dawno nie słyszał, jak grała. Niepokój i fascynująca intensywność utworu zmusiła go do odcięcia się od reszty bodźców - muzyka niespodziewanie pochłonęła go na to kilka minut, w których przeżył smutek, lękliwą radość i przejmujące poczucie straty, nigdy nie doświadczonych przez niego samego. Patrzył, jak półwiła krzyżuje ręce, czując, że chciałby wrócić do tego snu, który nigdy nie należał do niego.
Kiedy na scenę wkroczył Oleander, z uprzejmym uśmiechem powiódł po nim wzrokiem i raz jeszcze poczuł tęsknotę - tym razem za drinkiem. Zesztywniał; wiedział, że przyjaciel poprzedził swoją grę wyjaśnieniem specjalnie dla niego. Było to tak samo miłe, jak niepokojące. We wstydzie przeżywał kolejne fale burzliwych emocji sonaty, która zaskakująco dobrze pasowała do tego, co mógł sobie wyobrażać o Oleandrze. Ale czy faktycznie chciał to robić? Czy do niego należała ta decyzja?
- Uh - burknął, gdy dotyk Severine wyrwał go z zadumy. Wbił zaskakująco wrogie spojrzenie w oczy kobiety, nie śmiąc jednak wyrwać dłoni z jej uścisku. Bał się, że ktoś może zauważyć jego raptowny ruch. Sięgnął wzrokiem do siedzącej niedaleko Beatrice Crouch, zestresowany. "Czego chcesz? - nie miał odwagi zapytać. Czy widać było po nim za dużo? Czy dlatego chciała sprawdzić, jak się czuje? Czy wyliczała właśnie jego tętno?
Ostatnie pasaże cichnącego utworu przeżywał wraz z zapamiętałymi próbami przywrócenia się do porządku, do niewzruszonego spokoju. To już był koniec? Czuł frustrację, której się nie spodziewał, gdy grzecznie nagradzał Oleandra owacjami. Pomyślał, że po tym ewencie będą musieli dokończyć to na własną rękę, cokolwiek miałoby to oznaczać.
Dziwaczną przemowę prowadzącej skwitował ciężkim westchnięciem. W swoim zmęczeniu nie czuł się gotowy na starcie z powolnym upadkiem społeczeństwa. Może jednak występ Baldwina zgadzał się z tematem tego wydarzenia, nawet jeśli nie kojarzył się z elfim dworem? Z perspektywy czasu patrzył na jego monolog z goryczą.