04.10.2024, 09:59 ✶
Z ust Greengrassa wydobyło się kaszlnięcie. Coś pomiędzy zakrztuszeniem się śliną, wyrazem niedowierzania a śmiechem.
- Ta, jasne - skwitował nie kryjąc sarkazmu i dumnie wypinając pierś, choć jedną z jego brwi uniosła się niepoważnie. - To dlatego, że jestem dżentelmenem - no, może tak, było w tym coś więcej niż czcze słowa.
W stosunku do niej nim był. Tak właściwie to nigdy nie robił niczego bez świadomości, że było to odwzajemnione. Z tym, że w przypadku Geraldine to wszystko odbywało się znacznie inaczej. Zupełnie, zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy wystarczała mu wyłącznie niewielka sugestia w postaci zaczepnego uśmiechu albo kilku flirciarskich słówek podszytych zaproszeniem na coś więcej niż tylko drinka. Pierwszy raz w życiu kwestionował wszystko, co dostrzegał. Analizował każde niedopowiedzenie.
W ciągu tych długich tygodni a nawet wręcz miesięcy zachowywał się nietypowo jak na siebie. Zastanawiał się nad znaczeniem wszystkiego, co razem robili i tego, co kryło się pod spojrzeniami i drobnymi gestami, które w innym przypadku kilka razy wystarczyłyby mu do podjęcia kroków. Nie chciał jej stracić przez pochopność i potraktowanie tego wszystkiego, co mieli tak jak to zwykł robić w przypadku nic nie znaczących flirtów. Teraz zdawał sobie sprawę z tego, że aż do przesady. Szczególnie, że nie omieszkała mu o tym przypomnieć już któryś raz, jakby nadal ją to bawiło.
- Wspaniale, że masz mnie za cnotliwego człowieka - posłał jej krzywy uśmiech. - Trzeba to będzie naprawić - co prawda jej sugestie były godne wszelkiej pobłażliwości, jaką miał w sobie Ambroise a także wywrócenia oczami, ale humor miał nienaganny.
Naganne było wyłącznie to, co sobie wobec niego teraz całkiem świadomie powzięła. Widział to w jej uśmiechu i w błyszczących oczach. Reagowała na jego dotyk równie mocno, co on na jej. Acz była też uparta, bardzo dobrze o tym wiedział. On również potrafił taki być. Mogli pogrywać tak do wieczora, wodząc się wzajemnie za nos i wyłącznie podkręcając napięcie. Tym razem przyjemniejsze, ale w dalszym ciągu raczej im niepotrzebne. Nie teraz, może później, kiedy odzyskają trochę straconego czasu. Być może wtedy będzie w stanie ciągnąć te zagrywki, teraz był na to stanowczo zbyt nienasycony.
- Mogę ci pokazać co najmniej kilkadziesiąt takich powodów - stwierdził zawadiacko, przenosząc się z muskania jej skóry czubkiem palców do zerwania malutkiego źdźbła trawy, którym połaskotał Geraldine.
Może dzięki zmianie miała zwrócić na niego większą uwagę niż na ryby (i tak wiedział, że nie patrzyła na żadne ryby, on też ich nie szukał).
- Chcę kupić chatkę? - Odbił pytanie chcąc dać jej do zrozumienia, że ta decyzja nie należy tak do końca do niego.
Zadziwiające, ale oddawał ją w jej ręce i nie miał z tym najmniejszego problemu. Niespecjalnie przeszkadzało mu przywłaszczenie sobie cudzej nieruchomości, bo właściciele i tak zdecydowanie nie bywali w niej poza sezonem. Kiedy wybrali czyjś domek na swoje tymczasowe lokum, meble były poprzykrywane białymi kapami a na większości nie zakrytych powierzchni osiadła warstwa kurzu.
Wewnątrz pachniało ładnie, ktoś - prawdopodobnie czyjaś żona lub matka zadbała o wysprzątanie całego budynku i wypełnienie go pachnącymi bibelotami (całą masą pachnących świec, torebeczek zapachowych, potpourri, pachnących misiów-marynarzy i tak dalej; pachnąco aż do omdlenia) ale w powietrzu unosił się też zapach braku wietrzenia pomieszczeń.
To był dobry znak. Jeden z głównych, dla których Ambroise postawił właśnie na ten konkretny domek. Szczególnie, że pamiętał go ze swoich wcześniejszych eskapad w okolice Whitby w Yorkshire.
Tylko raz czy dwa widział zapalone światła, co pasowało do tego, że w szafach wisiały samotne pozostawione relikty poprzedniej dekady. Nie znał się na mugolskiej modzie. Tak właściwie to na żadnej, bo przez całe życie nosił się tak samo - klasycznie, elegancko, praktycznie ponadczasowo. Natomiast nietrudno było zauważyć, że niektóre koszule i bluzki pamiętały inne czasy. O ile w ogóle opuściły w nich wnętrze szafy, bo z części należało zerwać metkę. Poza wyjedzeniem części prowiantu to była jedyna wyraźna ingerencja w nie swój domek, ale to także dało się zniwelować przy pomocy magii.
- Im więcej razy powtorzysz mugolska tym mniejsze szanse, że ją kupimy, bo w którymś momencie dotrze do mnie jakie to poświęcenie - ostrzegł, unosząc wzrok w kierunku nieba i kręcąc głową.
Tak czy inaczej zaraz posłał pytające spojrzenie w kierunku dziewczyny. To było bardzo proste. Chciałaby mieć chatkę, mogli mieć chatkę. Nie uważał tego za nic pochopnego ani nieprzemyślanego pod kątem rozwoju tej relacji. To nie tak, że się oświadczał. Było go stać na to, żeby nabyć sezonową nieruchomość tu lub gdzieś indziej, gdzie by sobie tego życzyła. Jasne - ją też, ale chodziło o gest. Prócz tego mieliby swoje stałe miejsce z daleka od magicznego świata. Nie stronił od niego, był jego dumną częścią, nie zamieniłby tego na stałe, ale czasami? Miło byłoby mieć miejsce z dala od pompatycznych wydarzeń towarzyskich, ciekawskich oczu i pilnowania się konwenansów.
- Nie ma tutaj ryb - stwierdził niemal od razu w jednej chwili z bardziej zdecydowanym wsunięciem dłoni pod koszulkę blondynki.
Niemalże bardziej jej ją podwinął, wodząc pożądliwym spojrzeniem po jej odsłoniętej skórze i zarysie piersi, kiedy Geraldine nieoczekiwanie poderwała się z koca. Zamrugał parokrotnie zaskoczony i zmuszony z powrotem oprzeć się na obu łokciach. Słowa o skrzydlatej ropusze obiły mu się o uszy, ale ich sens dotarł do niego trochę za późno, żeby od razu zareagował. Szczególnie, że była szybka i...
...wow...
...przez chwilę odniósł wrażenie, że mógłby być ropuchą. Skrzydlatą a nawet jednorogą. Byleby tylko móc obserwować wszystkie poczynania prowadzące do fali ciepła rozlewającej się po ciele. Bycie w tyle miało swoje niewątpliwe zalety.
Z drugiej strony był skory do rywalizacji. Szczególnie, jeśli to była taka rywalizacja. Z co najmniej minutowym opóźnieniem (ale za to jak szerokim uśmiechem) wreszcie zerwał się z koca, niemal od razu zostawiając gdzieś przy nim koszulę i spodnie, co dało mu pewną przewagę, bo nie musiał tego robić w biegu. Reszta rzeczy również szybko znalazła się na piachu.
- Powodzenia w byciu skrzydlatą ropuchą! - Roześmiał się, niemalże jak dziecko pokazując Geraldine język, kiedy niemalże ją wyminął.
W ostatniej chwili podejmując impulsywną decyzję, żeby złapać kobietę w pasie i po ostatnich dwóch krokach rzucić się z nią w lodowato zimną wodę, której temperatura wywołała u niego kolejny roześmiany acz niecenzuralny okrzyk, gdy tylko wynurzył się spod fali.
- Kurwa mać!
- Ta, jasne - skwitował nie kryjąc sarkazmu i dumnie wypinając pierś, choć jedną z jego brwi uniosła się niepoważnie. - To dlatego, że jestem dżentelmenem - no, może tak, było w tym coś więcej niż czcze słowa.
W stosunku do niej nim był. Tak właściwie to nigdy nie robił niczego bez świadomości, że było to odwzajemnione. Z tym, że w przypadku Geraldine to wszystko odbywało się znacznie inaczej. Zupełnie, zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy wystarczała mu wyłącznie niewielka sugestia w postaci zaczepnego uśmiechu albo kilku flirciarskich słówek podszytych zaproszeniem na coś więcej niż tylko drinka. Pierwszy raz w życiu kwestionował wszystko, co dostrzegał. Analizował każde niedopowiedzenie.
W ciągu tych długich tygodni a nawet wręcz miesięcy zachowywał się nietypowo jak na siebie. Zastanawiał się nad znaczeniem wszystkiego, co razem robili i tego, co kryło się pod spojrzeniami i drobnymi gestami, które w innym przypadku kilka razy wystarczyłyby mu do podjęcia kroków. Nie chciał jej stracić przez pochopność i potraktowanie tego wszystkiego, co mieli tak jak to zwykł robić w przypadku nic nie znaczących flirtów. Teraz zdawał sobie sprawę z tego, że aż do przesady. Szczególnie, że nie omieszkała mu o tym przypomnieć już któryś raz, jakby nadal ją to bawiło.
- Wspaniale, że masz mnie za cnotliwego człowieka - posłał jej krzywy uśmiech. - Trzeba to będzie naprawić - co prawda jej sugestie były godne wszelkiej pobłażliwości, jaką miał w sobie Ambroise a także wywrócenia oczami, ale humor miał nienaganny.
Naganne było wyłącznie to, co sobie wobec niego teraz całkiem świadomie powzięła. Widział to w jej uśmiechu i w błyszczących oczach. Reagowała na jego dotyk równie mocno, co on na jej. Acz była też uparta, bardzo dobrze o tym wiedział. On również potrafił taki być. Mogli pogrywać tak do wieczora, wodząc się wzajemnie za nos i wyłącznie podkręcając napięcie. Tym razem przyjemniejsze, ale w dalszym ciągu raczej im niepotrzebne. Nie teraz, może później, kiedy odzyskają trochę straconego czasu. Być może wtedy będzie w stanie ciągnąć te zagrywki, teraz był na to stanowczo zbyt nienasycony.
- Mogę ci pokazać co najmniej kilkadziesiąt takich powodów - stwierdził zawadiacko, przenosząc się z muskania jej skóry czubkiem palców do zerwania malutkiego źdźbła trawy, którym połaskotał Geraldine.
Może dzięki zmianie miała zwrócić na niego większą uwagę niż na ryby (i tak wiedział, że nie patrzyła na żadne ryby, on też ich nie szukał).
- Chcę kupić chatkę? - Odbił pytanie chcąc dać jej do zrozumienia, że ta decyzja nie należy tak do końca do niego.
Zadziwiające, ale oddawał ją w jej ręce i nie miał z tym najmniejszego problemu. Niespecjalnie przeszkadzało mu przywłaszczenie sobie cudzej nieruchomości, bo właściciele i tak zdecydowanie nie bywali w niej poza sezonem. Kiedy wybrali czyjś domek na swoje tymczasowe lokum, meble były poprzykrywane białymi kapami a na większości nie zakrytych powierzchni osiadła warstwa kurzu.
Wewnątrz pachniało ładnie, ktoś - prawdopodobnie czyjaś żona lub matka zadbała o wysprzątanie całego budynku i wypełnienie go pachnącymi bibelotami (całą masą pachnących świec, torebeczek zapachowych, potpourri, pachnących misiów-marynarzy i tak dalej; pachnąco aż do omdlenia) ale w powietrzu unosił się też zapach braku wietrzenia pomieszczeń.
To był dobry znak. Jeden z głównych, dla których Ambroise postawił właśnie na ten konkretny domek. Szczególnie, że pamiętał go ze swoich wcześniejszych eskapad w okolice Whitby w Yorkshire.
Tylko raz czy dwa widział zapalone światła, co pasowało do tego, że w szafach wisiały samotne pozostawione relikty poprzedniej dekady. Nie znał się na mugolskiej modzie. Tak właściwie to na żadnej, bo przez całe życie nosił się tak samo - klasycznie, elegancko, praktycznie ponadczasowo. Natomiast nietrudno było zauważyć, że niektóre koszule i bluzki pamiętały inne czasy. O ile w ogóle opuściły w nich wnętrze szafy, bo z części należało zerwać metkę. Poza wyjedzeniem części prowiantu to była jedyna wyraźna ingerencja w nie swój domek, ale to także dało się zniwelować przy pomocy magii.
- Im więcej razy powtorzysz mugolska tym mniejsze szanse, że ją kupimy, bo w którymś momencie dotrze do mnie jakie to poświęcenie - ostrzegł, unosząc wzrok w kierunku nieba i kręcąc głową.
Tak czy inaczej zaraz posłał pytające spojrzenie w kierunku dziewczyny. To było bardzo proste. Chciałaby mieć chatkę, mogli mieć chatkę. Nie uważał tego za nic pochopnego ani nieprzemyślanego pod kątem rozwoju tej relacji. To nie tak, że się oświadczał. Było go stać na to, żeby nabyć sezonową nieruchomość tu lub gdzieś indziej, gdzie by sobie tego życzyła. Jasne - ją też, ale chodziło o gest. Prócz tego mieliby swoje stałe miejsce z daleka od magicznego świata. Nie stronił od niego, był jego dumną częścią, nie zamieniłby tego na stałe, ale czasami? Miło byłoby mieć miejsce z dala od pompatycznych wydarzeń towarzyskich, ciekawskich oczu i pilnowania się konwenansów.
- Nie ma tutaj ryb - stwierdził niemal od razu w jednej chwili z bardziej zdecydowanym wsunięciem dłoni pod koszulkę blondynki.
Niemalże bardziej jej ją podwinął, wodząc pożądliwym spojrzeniem po jej odsłoniętej skórze i zarysie piersi, kiedy Geraldine nieoczekiwanie poderwała się z koca. Zamrugał parokrotnie zaskoczony i zmuszony z powrotem oprzeć się na obu łokciach. Słowa o skrzydlatej ropusze obiły mu się o uszy, ale ich sens dotarł do niego trochę za późno, żeby od razu zareagował. Szczególnie, że była szybka i...
...wow...
...przez chwilę odniósł wrażenie, że mógłby być ropuchą. Skrzydlatą a nawet jednorogą. Byleby tylko móc obserwować wszystkie poczynania prowadzące do fali ciepła rozlewającej się po ciele. Bycie w tyle miało swoje niewątpliwe zalety.
Z drugiej strony był skory do rywalizacji. Szczególnie, jeśli to była taka rywalizacja. Z co najmniej minutowym opóźnieniem (ale za to jak szerokim uśmiechem) wreszcie zerwał się z koca, niemal od razu zostawiając gdzieś przy nim koszulę i spodnie, co dało mu pewną przewagę, bo nie musiał tego robić w biegu. Reszta rzeczy również szybko znalazła się na piachu.
- Powodzenia w byciu skrzydlatą ropuchą! - Roześmiał się, niemalże jak dziecko pokazując Geraldine język, kiedy niemalże ją wyminął.
W ostatniej chwili podejmując impulsywną decyzję, żeby złapać kobietę w pasie i po ostatnich dwóch krokach rzucić się z nią w lodowato zimną wodę, której temperatura wywołała u niego kolejny roześmiany acz niecenzuralny okrzyk, gdy tylko wynurzył się spod fali.
- Kurwa mać!