04.10.2024, 18:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2024, 18:43 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nowe odkrycia zawsze były świetną okazją do zwołania spotkania Towarzystwa a on naturalnie pojawiał się niemal na każdym. Na palcach jednej ręki można było policzyć te dni, kiedy nie był obecny na spotkaniu, na które go zaproszono. Chcąc się pojawić, potrafił przewrócić grafik do góry nogami, choć w tym konkretnym przypadku wcale nie musiał tego na szczęście robić.
Stawił się idealnie na chwilę przed czasem, wymienił niezbędne uprzejmości z pozostałymi znanymi mu osobami. Jednych potraktował ciepłej i bardziej spoufalenie niż drugich, bo niewątpliwie ucieszył go widok zarówno Nory jak i Roselyn. W końcu obie traktował już niemalże jak własną rodzinę, choć tylko jedna z nich była faktycznie jego rodzoną siostrą.
Z Jonathanem również przywitał się całkiem ochoczo, choć niewątpliwie, kiedy nachylił się, żeby poklepać go po ramieniu (mieli w końcu całkiem towarzyską relację jako Mulciberowie po kądzieli) szepnął coś o milczącym zdrajcy, bo spodziewałby się, że kuzyn coś mu przedtem napomknie o swoim odkryciu, szczególnie że czasami ochoczo dyskutowali o podejściu Ministerstwa do magicznego handlu między innymi roślinami.
Zaraz potem wyprostował się i chłodniej powitał resztę osób, kulturalnie kiwając głową, zanim nie ruszyli za panią Abbott. Przez cały czas trzymał się z tyłu pozwalając staruszce i Norze na tych jej absurdalnych szpilkach narzucać tempo, którym szedł. Jednej nie wyprzedzał z wiadomej przyczyny. Drugiej zaś z kultury i z tego, że co rusz obdarzał ją nieco rozbawionym spojrzeniem, bo ten truchcik nie mógł się bez tego obyć.
Wchodząc do pomieszczenia nie zapiał z zachwytu ani nie skrzywił się na nietypowy zapach. Zamiast tego od razu skierował wzrok w stronę rośliny marszcząc brwi. To był jedyny wyraz jego zainteresowania. Zaraz przeniósł wzrok w kierunku Abbott i wsłuchał się w jej słowa.
Na dźwięk swojego nazwiska ponownie skłonił się w kierunku pozostałych uczestników, a gdy kobieta zakończyła wypowiedź i wydało się to naturalną koleją rzeczy wyposażył się w jeden zestaw do notowania spostrzeżeń. Tym bardziej, że w pierwszej chwili i tak stanął w pobliżu stołu. Co prawda miał również własny pergamin i swoje pióro, ale stwierdził, że te zapewniane przez Towarzystwo będą bardziej odpowiednie na taką okazję.
Następnie rozejrzał się po pomieszczeniu, żeby nie blokować ewentualnego przejścia i w naturalny sposób wybrał swoje wstępne miejsce. Wystarczyło przyjrzeć się osobom w pomieszczeniu.
Urquart nie wzbudzał w nim sympatii, szczególnie w takim wydaniu, w jakim zaprezentował się tego dnia. Było w nim coś, co od samego początku zniechęcało Greengrassa napawając go wstrętem do Cienia Abbott. Nie chodziło wyłącznie o trzymanie łapsk na finansach Towarzystwa, choć to samo w sobie mogłoby wystarczyć, żeby Ambroise uznał go za mendowatego. Sam nie wyrażał zbyt wielkiego entuzjazmu do tego, by stale podwyższać składki na coś, co w gruncie rzeczy miało być miejscem dla prawdziwych pasjonatów a nie zamożnych dupków bawiących się w herbologię. Zgadza się - jako zamożny dupek nie przepadał za innymi zamożnymi dupkami.
Hipokryzja? Być może, ale zielarstwo było dla niego jedną z nielicznych pasji, które był skłonny dzielić z naprawdę różnymi ludźmi. Nie do granic przesady, ale nie miał nic przeciwko odrobinie świeżej ambitnej krwi pośród starzejącego się grona zanim będzie ich można określić jako nudnych, starych tetryków i zdziwaczałe na punkcie roślin stare baby. Uczynienie z nich elity, do której ciężko było się wkupić mogło zabić to stowarzyszenie prędzej niż opary z jakiejkolwiek niezmiernie interesującej rośliny.
Przystając w dogodnym do obserwacji miejscu mimowolnie przesunął się w kierunku ofiary niepokojąco wężowego spojrzenia Urquarta. Nie stanął tuż obok Victorii, żeby dać jej przestrzeń, której ewidentnie poszukiwała, ale tak, żeby znaleźć się w zasięgu wzroku nielubianego członka stowarzyszenia i dać mu do zrozumienia, że dostrzegał to, jak mężczyzna wpatrywał się w kandydatkę do towarzystwa.
Na ten moment niemal zignorował chłód bijący od kobiety. Nie wymienił z nią uśmiechu ani spojrzenia, jedynie skinął głową na wejściu. Zaznaczając swoją obecność jako potencjalny sojusznik panny Lestrange skierował wzrok w kierunku najbardziej interesującego eksponatu w pomieszczeniu, starając się dostrzec jak najwięcej.
Nie zdecydował się odezwać ze swoimi spostrzeżeniami, jedynie kumulował wnioski do dyskusji, jaka miała się rozpocząć.
Wiedza o przyrodzie IV
Stawił się idealnie na chwilę przed czasem, wymienił niezbędne uprzejmości z pozostałymi znanymi mu osobami. Jednych potraktował ciepłej i bardziej spoufalenie niż drugich, bo niewątpliwie ucieszył go widok zarówno Nory jak i Roselyn. W końcu obie traktował już niemalże jak własną rodzinę, choć tylko jedna z nich była faktycznie jego rodzoną siostrą.
Z Jonathanem również przywitał się całkiem ochoczo, choć niewątpliwie, kiedy nachylił się, żeby poklepać go po ramieniu (mieli w końcu całkiem towarzyską relację jako Mulciberowie po kądzieli) szepnął coś o milczącym zdrajcy, bo spodziewałby się, że kuzyn coś mu przedtem napomknie o swoim odkryciu, szczególnie że czasami ochoczo dyskutowali o podejściu Ministerstwa do magicznego handlu między innymi roślinami.
Zaraz potem wyprostował się i chłodniej powitał resztę osób, kulturalnie kiwając głową, zanim nie ruszyli za panią Abbott. Przez cały czas trzymał się z tyłu pozwalając staruszce i Norze na tych jej absurdalnych szpilkach narzucać tempo, którym szedł. Jednej nie wyprzedzał z wiadomej przyczyny. Drugiej zaś z kultury i z tego, że co rusz obdarzał ją nieco rozbawionym spojrzeniem, bo ten truchcik nie mógł się bez tego obyć.
Wchodząc do pomieszczenia nie zapiał z zachwytu ani nie skrzywił się na nietypowy zapach. Zamiast tego od razu skierował wzrok w stronę rośliny marszcząc brwi. To był jedyny wyraz jego zainteresowania. Zaraz przeniósł wzrok w kierunku Abbott i wsłuchał się w jej słowa.
Na dźwięk swojego nazwiska ponownie skłonił się w kierunku pozostałych uczestników, a gdy kobieta zakończyła wypowiedź i wydało się to naturalną koleją rzeczy wyposażył się w jeden zestaw do notowania spostrzeżeń. Tym bardziej, że w pierwszej chwili i tak stanął w pobliżu stołu. Co prawda miał również własny pergamin i swoje pióro, ale stwierdził, że te zapewniane przez Towarzystwo będą bardziej odpowiednie na taką okazję.
Następnie rozejrzał się po pomieszczeniu, żeby nie blokować ewentualnego przejścia i w naturalny sposób wybrał swoje wstępne miejsce. Wystarczyło przyjrzeć się osobom w pomieszczeniu.
Urquart nie wzbudzał w nim sympatii, szczególnie w takim wydaniu, w jakim zaprezentował się tego dnia. Było w nim coś, co od samego początku zniechęcało Greengrassa napawając go wstrętem do Cienia Abbott. Nie chodziło wyłącznie o trzymanie łapsk na finansach Towarzystwa, choć to samo w sobie mogłoby wystarczyć, żeby Ambroise uznał go za mendowatego. Sam nie wyrażał zbyt wielkiego entuzjazmu do tego, by stale podwyższać składki na coś, co w gruncie rzeczy miało być miejscem dla prawdziwych pasjonatów a nie zamożnych dupków bawiących się w herbologię. Zgadza się - jako zamożny dupek nie przepadał za innymi zamożnymi dupkami.
Hipokryzja? Być może, ale zielarstwo było dla niego jedną z nielicznych pasji, które był skłonny dzielić z naprawdę różnymi ludźmi. Nie do granic przesady, ale nie miał nic przeciwko odrobinie świeżej ambitnej krwi pośród starzejącego się grona zanim będzie ich można określić jako nudnych, starych tetryków i zdziwaczałe na punkcie roślin stare baby. Uczynienie z nich elity, do której ciężko było się wkupić mogło zabić to stowarzyszenie prędzej niż opary z jakiejkolwiek niezmiernie interesującej rośliny.
Przystając w dogodnym do obserwacji miejscu mimowolnie przesunął się w kierunku ofiary niepokojąco wężowego spojrzenia Urquarta. Nie stanął tuż obok Victorii, żeby dać jej przestrzeń, której ewidentnie poszukiwała, ale tak, żeby znaleźć się w zasięgu wzroku nielubianego członka stowarzyszenia i dać mu do zrozumienia, że dostrzegał to, jak mężczyzna wpatrywał się w kandydatkę do towarzystwa.
Na ten moment niemal zignorował chłód bijący od kobiety. Nie wymienił z nią uśmiechu ani spojrzenia, jedynie skinął głową na wejściu. Zaznaczając swoją obecność jako potencjalny sojusznik panny Lestrange skierował wzrok w kierunku najbardziej interesującego eksponatu w pomieszczeniu, starając się dostrzec jak najwięcej.
Nie zdecydował się odezwać ze swoimi spostrzeżeniami, jedynie kumulował wnioski do dyskusji, jaka miała się rozpocząć.
Wiedza o przyrodzie IV
Rzut PO 1d100 - 51
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 41
Sukces!
Sukces!