04.10.2024, 20:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2024, 20:09 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
No i Diabli, a tak właściwie to Diabli z Kosmosu wzięli w łeb jakiekolwiek gadki o prowadzeniu spokojnych negocjacji. Mógł się tego spodziewać, bo od samego początku domyślał się, że nie pójdzie im tak gładko i łatwo jak życzyła sobie tego młoda funkcjonariuszka. Drwale nie mieli wyjść z namiotu ze szkockimi czy tam irlandzkimi krakersami i pomarańczową oranżadą, którą poczęstowaliby ich na dzień dobry wyjaśniając im motywy zbrodni i podając na tacy ugodowe rozwiązania problemów do wyboru.
Nie. Tak właściwie to istniały naprawdę nikłe szanse na jakiekolwiek inne powitanie. Prawdopodobnie spodziewano się gości i dla rudzielców to była wyłącznie kwestia czasu, kiedy ktoś ponownie spróbuje się z nimi skonfrontować. Ambroise już raz przecież stanął z nimi oko w oko, co dawało dosyć jasny sygnał, że zostali zauważeni i nie mogli już dłużej dokonywać bezkarnej wycinki lasu. Przyspieszenie prac (na widok tak znacznych ilości drewna Greengrassowi skoczyła gula) wyłącznie dowodziło tego, że mieli poczucie gruntu palącego się pod nogami.
A co jak co, jeśli chodzi o zachowania ludzi w różnych dziwnych i stresujących sytuacjach to jako uzdrowiciel zdawał sobie sprawę, że spora część osób reagowała na to naturalnym odruchem walki lub ucieczki. Ci tutaj ewidentnie wybrali to pierwsze, choć tym samym wywołali u niego pewną konsternację. Raczej spodziewał się, że rzucą wszystko jak jest i postanowią wziąć nogi za pas. Czy to przy wykorzystaniu teleportacji, własnych krótkich i krzywych nóg, czy to mobilnych wrót kosmicznych piekieł, które mogły być gdzieś w pobliżu.
Niestety nie miał możliwości rozejrzenia się w ich poszukiwaniu. Został tchórzliwie zaatakowany od tyłu, kiedy to, na czym się skupiał było głównie z przodu. Traf chciał, że wyczuł obecność przeciwnika za plecami. Trzask gałązki, dziwne wrażenie, może nawet samego Ducha Kniei, który teoretycznie powinien chronić Greengrassów. Cholera wie, ale umknął przed zaklęciem rzucając swoje w kontrataku. Gdzieś tam przed nim również rozgrywała się podobna scena. Słyszał to, nawet jeśli wzrok miał skupiony na atakującym go mężczyźnie, który znów wystrzelił zaklęcie. Greengrass odskoczył w bok w ostatniej chwili unikając... ...kolejnego ogłuszacza. Najwidoczniej grali nieczysto, ale nie aż tak jakby mogli.
No cóż. Stanowiło to niewielkie pocieszenie w tej sytuacji. Szczególnie, że Ambroise nie wiedział o tym, co działo się u Brenny i czy udało jej się zgrabnie utrudnić drwalom wyjście.
Kiedy kolejna Drętwota! poleciała w jego stronę, raz jeszcze prawie go uderzając, zirytował się na tyle, że puścił dwie takie same odpowiedzi pod rząd przerywane niecenzuralnymi słowami.
Nie chciał zostawiać towarzyszki na pastwę losu, nawet jeśli radziła sobie bardzo dobrze bez jakiegokolwiek wsparcia. Nie chciał również zakrzyknąć do niej zza swoich krzaków, żeby nie dać pozostałym do zrozumienia, ile osób tak właściwie z nimi było.
Dopiero za drugim razem, kiedy zaklęcie nareszcie ugodziło jego ulubionego drwala, Greengrass upewnił się, że szaleniec miał trochę poleżeć sztywno i zaczął wycofywać się w stronę namiotu z uniesioną różdżką. Raczej w czas, bo związanie namiotu choć sprytne było też raczej krótkotrwałym rozwiązaniem. Zanim coś zrobił, spojrzał na Brennę. W końcu chyba współpracowali.
Był potargany bardziej niż zwykle, miał gałązki we włosach i na ubraniu i niemą kurwę na ustach, ale był skłonny do współdziałania, bo chciał to po prostu zakończyć.
Nie. Tak właściwie to istniały naprawdę nikłe szanse na jakiekolwiek inne powitanie. Prawdopodobnie spodziewano się gości i dla rudzielców to była wyłącznie kwestia czasu, kiedy ktoś ponownie spróbuje się z nimi skonfrontować. Ambroise już raz przecież stanął z nimi oko w oko, co dawało dosyć jasny sygnał, że zostali zauważeni i nie mogli już dłużej dokonywać bezkarnej wycinki lasu. Przyspieszenie prac (na widok tak znacznych ilości drewna Greengrassowi skoczyła gula) wyłącznie dowodziło tego, że mieli poczucie gruntu palącego się pod nogami.
A co jak co, jeśli chodzi o zachowania ludzi w różnych dziwnych i stresujących sytuacjach to jako uzdrowiciel zdawał sobie sprawę, że spora część osób reagowała na to naturalnym odruchem walki lub ucieczki. Ci tutaj ewidentnie wybrali to pierwsze, choć tym samym wywołali u niego pewną konsternację. Raczej spodziewał się, że rzucą wszystko jak jest i postanowią wziąć nogi za pas. Czy to przy wykorzystaniu teleportacji, własnych krótkich i krzywych nóg, czy to mobilnych wrót kosmicznych piekieł, które mogły być gdzieś w pobliżu.
Niestety nie miał możliwości rozejrzenia się w ich poszukiwaniu. Został tchórzliwie zaatakowany od tyłu, kiedy to, na czym się skupiał było głównie z przodu. Traf chciał, że wyczuł obecność przeciwnika za plecami. Trzask gałązki, dziwne wrażenie, może nawet samego Ducha Kniei, który teoretycznie powinien chronić Greengrassów. Cholera wie, ale umknął przed zaklęciem rzucając swoje w kontrataku. Gdzieś tam przed nim również rozgrywała się podobna scena. Słyszał to, nawet jeśli wzrok miał skupiony na atakującym go mężczyźnie, który znów wystrzelił zaklęcie. Greengrass odskoczył w bok w ostatniej chwili unikając... ...kolejnego ogłuszacza. Najwidoczniej grali nieczysto, ale nie aż tak jakby mogli.
No cóż. Stanowiło to niewielkie pocieszenie w tej sytuacji. Szczególnie, że Ambroise nie wiedział o tym, co działo się u Brenny i czy udało jej się zgrabnie utrudnić drwalom wyjście.
Kiedy kolejna Drętwota! poleciała w jego stronę, raz jeszcze prawie go uderzając, zirytował się na tyle, że puścił dwie takie same odpowiedzi pod rząd przerywane niecenzuralnymi słowami.
Rzut N 1d100 - 39
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!
Nie chciał zostawiać towarzyszki na pastwę losu, nawet jeśli radziła sobie bardzo dobrze bez jakiegokolwiek wsparcia. Nie chciał również zakrzyknąć do niej zza swoich krzaków, żeby nie dać pozostałym do zrozumienia, ile osób tak właściwie z nimi było.
Dopiero za drugim razem, kiedy zaklęcie nareszcie ugodziło jego ulubionego drwala, Greengrass upewnił się, że szaleniec miał trochę poleżeć sztywno i zaczął wycofywać się w stronę namiotu z uniesioną różdżką. Raczej w czas, bo związanie namiotu choć sprytne było też raczej krótkotrwałym rozwiązaniem. Zanim coś zrobił, spojrzał na Brennę. W końcu chyba współpracowali.
Był potargany bardziej niż zwykle, miał gałązki we włosach i na ubraniu i niemą kurwę na ustach, ale był skłonny do współdziałania, bo chciał to po prostu zakończyć.