04.10.2024, 23:11 ✶
Zmrużył oczy kręcąc przy tym głową, ale nie ruszając się z miejsca, bo Geraldine postanowiła go wyprzedzić. Najwidoczniej błyskawicznie wybaczyła bratu, podczas gdy on już nie był w kręgu jej zainteresowania. Wyśmienicie. Właśnie tak powinno być. Dzięki temu mógł pielęgnować swoje rozgoryczenie jak coraz silniejszą roślinkę. Dajmy na to takie diabelskie sidła oplatające mu pierś.
- Rzeczywiście. Psy są wierniejsze ludziom, którzy się nimi opiekują - skwitował pogardliwie prawie wypluwając z siebie te słowa.
Mocne słowa jak na kogoś, kto wielokrotnie gryzł karmiącą go rękę i zrywał się z metaforycznego łańcucha aż wreszcie któregoś dnia zniknął na dobre. Mimo to nie wytykał sobie hipokryzji. On przynajmniej starał się dbać o Geraldine nawet stojąc z boku. Nie życzył jej śmierci ani tym bardziej nie warczał jej tego prosto w twarz. To było obrzydliwie żałosne.
Niemal tak samo jak widok głodnego Yaxleya wpatrzonego w torebkę krwi na podłodze. W spojrzeniu wampira było coś wygłodniałego, ale już nie pierwotnego. Teraz patrzył na pożywienie jak biedne dziecko z Nokturnu wciskające nos w szybę piekarni i obsmarkujące taflę szkła. Niemalże się ślinił, co było dla Greengrassa jeszcze bardziej godne politowania. Z tym, że on nie czuł litości wobec tego, czym stał się jego były pacjent. Przyniesienie mu krwi nie było żalem spowodowanym marną egzystencją krwiopijcy.
Przynajmniej tego wieczoru nie czuł wobec niego nic poza wściekłością. Słabnącą - to prawda, ale na tyle silną, że potrzebował oddalić się zanim wampir wbije zęby w dziurę w torebce. Tego widoku by teraz nie zdzierżył. Z tą myślą zbliżył się do pozostałej dwójki i jednym zdecydowanym ruchem wyciągnął kółek z piersi Astarotha, który odrzucił na podłogę w drodze do wyjścia. Nie cackał się. Wiedział pod jakim kątem ciągnąć, żeby nie poczynić większej krzywdy.
- Zrób coś dla świata i znajdź sobie inną norę - rzucił na odchodne stojąc już w drzwiach.
Tym razem wyjątkowo się nie żegnał. Nie widział takiej potrzeby w przypadku Astarotha a Geraldine też przestała interesować się jego obecnością, więc po prostu postanowił zawinąć się z mieszkania. Zrobił wszystko, co mógł. Zadbał o to, żeby wampir mógł się nasycić, więc nie czuł niepokoju o kobietę.
Natomiast jeśli wcześniej planowali kontynuować rozmowę z baru to Ambroise teraz już nie miał na to nawet najmniejszej ochoty. Był zły. Nie - był podminowany i urażony tym, co doprowadziło do tej sytuacji a także tym, że Yaxleyówna postanowiła zacząć go ignorować na rzecz swojego krwiopijczego brata. Jasne, nie mógł jej mieć tego za złe, ale miał. Przynajmniej w tym momencie.
Poprawił ciemną cienką pelerynę, którą narzucił na siebie z racji chłodniejszego wieczoru po czym obrócił się na pięcie i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Bez huku ani trzasku. Cicho, ale zdecydowanym pociągnięciem za klamkę, która zaskoczyła z powrotem na właściwe miejsce. Całe szczęście nie rozjebali drzwi, choć niewątpliwie byli blisko. Konsolki nie żałował, nawet jeśli to on ją kiedyś kupił. Teraz to był już tylko bezduszny mebel, którego mogła pozbyć się bez wyrzutów sumienia.
- Rzeczywiście. Psy są wierniejsze ludziom, którzy się nimi opiekują - skwitował pogardliwie prawie wypluwając z siebie te słowa.
Mocne słowa jak na kogoś, kto wielokrotnie gryzł karmiącą go rękę i zrywał się z metaforycznego łańcucha aż wreszcie któregoś dnia zniknął na dobre. Mimo to nie wytykał sobie hipokryzji. On przynajmniej starał się dbać o Geraldine nawet stojąc z boku. Nie życzył jej śmierci ani tym bardziej nie warczał jej tego prosto w twarz. To było obrzydliwie żałosne.
Niemal tak samo jak widok głodnego Yaxleya wpatrzonego w torebkę krwi na podłodze. W spojrzeniu wampira było coś wygłodniałego, ale już nie pierwotnego. Teraz patrzył na pożywienie jak biedne dziecko z Nokturnu wciskające nos w szybę piekarni i obsmarkujące taflę szkła. Niemalże się ślinił, co było dla Greengrassa jeszcze bardziej godne politowania. Z tym, że on nie czuł litości wobec tego, czym stał się jego były pacjent. Przyniesienie mu krwi nie było żalem spowodowanym marną egzystencją krwiopijcy.
Przynajmniej tego wieczoru nie czuł wobec niego nic poza wściekłością. Słabnącą - to prawda, ale na tyle silną, że potrzebował oddalić się zanim wampir wbije zęby w dziurę w torebce. Tego widoku by teraz nie zdzierżył. Z tą myślą zbliżył się do pozostałej dwójki i jednym zdecydowanym ruchem wyciągnął kółek z piersi Astarotha, który odrzucił na podłogę w drodze do wyjścia. Nie cackał się. Wiedział pod jakim kątem ciągnąć, żeby nie poczynić większej krzywdy.
- Zrób coś dla świata i znajdź sobie inną norę - rzucił na odchodne stojąc już w drzwiach.
Tym razem wyjątkowo się nie żegnał. Nie widział takiej potrzeby w przypadku Astarotha a Geraldine też przestała interesować się jego obecnością, więc po prostu postanowił zawinąć się z mieszkania. Zrobił wszystko, co mógł. Zadbał o to, żeby wampir mógł się nasycić, więc nie czuł niepokoju o kobietę.
Natomiast jeśli wcześniej planowali kontynuować rozmowę z baru to Ambroise teraz już nie miał na to nawet najmniejszej ochoty. Był zły. Nie - był podminowany i urażony tym, co doprowadziło do tej sytuacji a także tym, że Yaxleyówna postanowiła zacząć go ignorować na rzecz swojego krwiopijczego brata. Jasne, nie mógł jej mieć tego za złe, ale miał. Przynajmniej w tym momencie.
Poprawił ciemną cienką pelerynę, którą narzucił na siebie z racji chłodniejszego wieczoru po czym obrócił się na pięcie i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Bez huku ani trzasku. Cicho, ale zdecydowanym pociągnięciem za klamkę, która zaskoczyła z powrotem na właściwe miejsce. Całe szczęście nie rozjebali drzwi, choć niewątpliwie byli blisko. Konsolki nie żałował, nawet jeśli to on ją kiedyś kupił. Teraz to był już tylko bezduszny mebel, którego mogła pozbyć się bez wyrzutów sumienia.
Postać opuszcza sesję