18.01.2023, 09:15 ✶
Może to źle, ale miała absolutnie w nosie, że na własne (już drugie…) zaręczyny ubrała się PO SWOJEMU, w to co lubi i wyglądała tak, jak chciała wyglądać, a nie tak, jak wyobrażała sobie to jej matka, ewidentnie zatrzymana w czasie jakieś trzydzieści lat temu, kiedy sama musiała się na swoje zaręczyny ubrać. Victoria do tej pory tańczyła dokładnie tak, jak jej zagrają, ale ten jeden raz tupnęła nóżką… Może dlatego, że ta sukienka to nie była wcale taka ważna, ale dla niej to brzmiało w głowie jak takie małe zwycięstwo, że chociaż jedna rzecz jest taka, jak by chciała.
No i przez to nie pasował ten kolor krawatu, ale to akurat dało się łatwo naprawić.
Czym to było dla niej? No też nie chciała. Ale przechodziła przez to drugi raz i już wiedziała, że to strach ma duże oczy i do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do myśli, że masz wyjść za kogoś, kogo nie lubisz. Ale Sauriela nawet lubiła, a to już był progres w stosunku do jej ostatniego narzeczeństwa. Rok temu była już na powrót wolną kobietą więc ile się nacieszyła tym stanem…? Niezbyt długo, ale to nic. Przynajmniej mieli czas, by choć odrobinę się poznać. I tego czasu nie zmarnowali. Nie było tak, że go nienawidziła, że nienawidziła tej chwili, miejsca, życia – nie. Rodzinę… Prędzej. Ale nie całą resztę. Czuła, że tak naprawdę mogła trafić znacznie gorzej i to mając na uwadze, że jej przyszły mąż jest wampirem. Jej oczy nie były wypełnione strachem – był tak samo duże i brązowe jak zawsze. Starały się być spokojne, ale zdenerwowanie mimo wszystko wlało się do jej serca. Prawie tak, jakby od tego miało zależeć jej życie… No a przecież miało.
Isabelle szybko zastąpiła swój grymas niezadowolenia uśmiechem i wróciła do rozmowy, która prowadziła z Erykiem. Alexander stał obok i uśmiechnął się niemalże zachęcająco do Victorii, a ona odwzajemniła uśmiech i odetchnęła. Spokojnie. Nie ma się przecież czym denerwować. W końcu znała jako tako mężczyznę, z którym miała zostać dzisiaj już oficjalnie zaręczona, gorzej przecież nie będzie, prawda? Na pewno będą mieli swoje problemy, ale wszystko da się rozwiązać rozmową, tak? Nie przysłuchiwała się co tam mówił Joseph do Sauriela, pewnie nawet i tak by do niej nie dotarł żaden sens, wiedziała tylko, że ją obserwują – ale tego się spodziewała. Nie wiedziała nawet, że w jakiś tam sposób mu się podoba, zupełnie o tym do tej pory nie myślała, bo w sumie najważniejsze było to, że nie patrzą na siebie z odrazą. Bogowie, żyć z kimś, na kogo nie możesz nawet patrzeć… nie wiedziała też, jakie miał rozterki, choć już dawno brała pod uwagę, że pewnie prędzej czy później dojdzie do tego, że jego łaknienie krwi wygra. Albo ciekawość. Ciekawość jego, albo jej.
Uniosła w górę głowę, kiedy Sauriel zatrzymał się obok niej. I uśmiechnęła się nawet lekko, chcąc dać mu trochę otuchy. I sobie również. Jej ciemne spojrzenie zjechało niżej, na ten nieszczęsny krawat, który tak go uciskał i denerwował. Ten sam, który tak bardzo nie pasował, bo miała na sobie co innego niż założyła jej matka. Sięgnęła po różdżkę (te magiczne kieszenie w ubraniach to prawdziwe cudo), machnęła lekko i kolor krawatu zmienił się płynnie w granatowy, idealnie taki, jaki kolor miała jej sukienka. Tak lepiej, prawda?
I o co była ta cała kłótnia, skoro wszystko można było naprawić od tak?
Jej ojciec lekko klepnal ją w ramię i odsunął się, podchodząc do żony. Chyba wszyscy byli już gotowi.
No i przez to nie pasował ten kolor krawatu, ale to akurat dało się łatwo naprawić.
Czym to było dla niej? No też nie chciała. Ale przechodziła przez to drugi raz i już wiedziała, że to strach ma duże oczy i do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do myśli, że masz wyjść za kogoś, kogo nie lubisz. Ale Sauriela nawet lubiła, a to już był progres w stosunku do jej ostatniego narzeczeństwa. Rok temu była już na powrót wolną kobietą więc ile się nacieszyła tym stanem…? Niezbyt długo, ale to nic. Przynajmniej mieli czas, by choć odrobinę się poznać. I tego czasu nie zmarnowali. Nie było tak, że go nienawidziła, że nienawidziła tej chwili, miejsca, życia – nie. Rodzinę… Prędzej. Ale nie całą resztę. Czuła, że tak naprawdę mogła trafić znacznie gorzej i to mając na uwadze, że jej przyszły mąż jest wampirem. Jej oczy nie były wypełnione strachem – był tak samo duże i brązowe jak zawsze. Starały się być spokojne, ale zdenerwowanie mimo wszystko wlało się do jej serca. Prawie tak, jakby od tego miało zależeć jej życie… No a przecież miało.
Isabelle szybko zastąpiła swój grymas niezadowolenia uśmiechem i wróciła do rozmowy, która prowadziła z Erykiem. Alexander stał obok i uśmiechnął się niemalże zachęcająco do Victorii, a ona odwzajemniła uśmiech i odetchnęła. Spokojnie. Nie ma się przecież czym denerwować. W końcu znała jako tako mężczyznę, z którym miała zostać dzisiaj już oficjalnie zaręczona, gorzej przecież nie będzie, prawda? Na pewno będą mieli swoje problemy, ale wszystko da się rozwiązać rozmową, tak? Nie przysłuchiwała się co tam mówił Joseph do Sauriela, pewnie nawet i tak by do niej nie dotarł żaden sens, wiedziała tylko, że ją obserwują – ale tego się spodziewała. Nie wiedziała nawet, że w jakiś tam sposób mu się podoba, zupełnie o tym do tej pory nie myślała, bo w sumie najważniejsze było to, że nie patrzą na siebie z odrazą. Bogowie, żyć z kimś, na kogo nie możesz nawet patrzeć… nie wiedziała też, jakie miał rozterki, choć już dawno brała pod uwagę, że pewnie prędzej czy później dojdzie do tego, że jego łaknienie krwi wygra. Albo ciekawość. Ciekawość jego, albo jej.
Uniosła w górę głowę, kiedy Sauriel zatrzymał się obok niej. I uśmiechnęła się nawet lekko, chcąc dać mu trochę otuchy. I sobie również. Jej ciemne spojrzenie zjechało niżej, na ten nieszczęsny krawat, który tak go uciskał i denerwował. Ten sam, który tak bardzo nie pasował, bo miała na sobie co innego niż założyła jej matka. Sięgnęła po różdżkę (te magiczne kieszenie w ubraniach to prawdziwe cudo), machnęła lekko i kolor krawatu zmienił się płynnie w granatowy, idealnie taki, jaki kolor miała jej sukienka. Tak lepiej, prawda?
I o co była ta cała kłótnia, skoro wszystko można było naprawić od tak?
Jej ojciec lekko klepnal ją w ramię i odsunął się, podchodząc do żony. Chyba wszyscy byli już gotowi.