05.10.2024, 04:07 ✶
- Interesuje mnie wyłącznie ta jedna - odrzekł bez wahania, jednakże chwilę później zmarszczył brwi nad swoimi słowami, które wybrzmiały trochę inaczej niż to sobie wyobrażał, toteż czuł się w obowiązku naprostować ich wydźwięk. - Skoro to na względach jej córki mi zależy - uściślił.
Tak. Teraz to brzmiało zdecydowanie lepiej. Nie potrzebowali kolejnych niedomówień po solidnej porcji jaką raczyli się przez te ostatnie miesiące. Dotychczas miał na uwadze profesjonalne zachowanie względem pacjentów, aby utrzymać wysokie standardy i renomę. Teraz w tym przypadku to uległo zmianie, która musiała być nieodzowną częścią nowych planów Greengrassa. Nadal nie zamierzał spoufalać się z tymi ludźmi, choć Gerarda lubił jakby nieco bardziej, ale dla Geraldine był w stanie przejść do porządku dziennego z tym, że będzie oceniany już nie tylko pod kątem jakości usług, lecz również surowszym okiem - jako młody mężczyzna starający się o czystokrwistą pannę. Jennifer mogła go lubić, ale jakoś nie miał wątpliwości, że szybko mogło jej odbić na punkcie zachowywania się jak najprawdziwsza matrona rozważająca wszystkie za i przeciw tej transakcji.
Bowiem tego, że to była transakcja musieli być świadomi, nieprawdaż? W ich świecie nadal odbywało się to w staroświecki, przesadnie dostojny sposób i Ambroise nie wątpił, że jeśli starsza Yaxleyowa chciała sprawiać wrażenie w towarzystwie to miała puszyć się jak paw i teatralnie dawać ludziom do zrozumienia, że oto jej ród mógł podjąć ostateczną decyzję o czymś tak istotnym. Oto dawano jej możliwość bycia decyzyjną, nawet jeśli ta decyzja w istocie nie należała do niej. Jednakże dopóki miał ku temu dobre przeczucia, dopóty mógł pozwolić na stawianie się w pozornie niepewnej sytuacji. Co samo w sobie stanowiło dostateczny dowód na jego poważne intencje, ponieważ zazwyczaj nie dopuszczałby podobnej możliwości.
Był zbyt dumnym człowiekiem pełnym zdecydowania, buty a może nawet pychy. Nie pasowało mu, gdy ktoś traktował go jak nierównego sobie i nie miał problemu z tym, żeby od razu wyjaśnić, czemu to nie było dobre posunięcie. Wbrew pozorom nie zawsze i nie od razu siłowo. Takie rozwiązania zostawiał wyłącznie na swoje mniej jawne sprawki, gdzie nie musiał być opanowany i chłodny a wręcz to byłoby nierozważne, bo oznaczałoby okazywanie słabości. W oficjalnym towarzystwie potrafił zdeptać kogoś jednym wyniosłym spojrzeniem i odpowiednio dobranym słowem lub kilkoma, którym towarzyszył ozięble niewzruszony ton. Potrafił odejść i porzucić czczą rozmowę wyłącznie z uwagi na to jakie wrażenie by to zrobiło. Gdyby chciał, pewnie byłby w stanie w szybki sposób uciąć jakiekolwiek plotki, jakoby był na łasce potencjalnych teściów, bo w rzeczywistości w razie potrzeby posunąłby się do wzięcia tego, czego pragnął - w tym wypadku ślubu z ich córką, choć na ten moment nie wybiegał tak mocno do przodu.
Ani w myślach, ani w podejmowanych decyzjach. Na ten moment dopiero uczyli się siebie nawzajem. Schodzili z poprzednio obranej ścieżki, która okazała się być zaledwie przesmykiem między wrogością później ustępującą neutralności i przyjaźni a byciem dla siebie kimś znacznie więcej. Może to było dla niego nowe i niepewne, ale pragnął najpierw móc wypełnić nią swoje dni, adorować ją, może faktycznie na swój sposób o Geraldine zabiegać. Kupić ten wspólny domek nad morzem przy plaży. Dotrzeć się jakoś, przeżyć razem te błogie pierwsze chwile. Nieświadomie dopuszczał się myślenia również o tych gorszych, ale nie w zły sposób - chciał sobie wspólnie poradzić z trudnościami i wtedy... ...bardzo możliwe, że wtedy wytoczyć ostateczne działa w postaci bardziej oficjalnej rozmowy z Yaxleyem i tą faktyczną władczynią domu, co zdążył już zauważyć podczas wizyt tam.
To brzmiało rozsądnie i logicznie. Zwłaszcza jak na to, że jednocześnie czuł się nienasycony, rozkojarzony, może nawet rozmarzony (to ostatnie było dziwną, trochę niewygodną myślą). Podejmowanie pochopnych decyzji byłoby zgodne z jego naturą i stanem, w którym Ambroise się znajdował, ale to jedno było bardzo pewne. Nie chciał, żeby ich relacja wyglądała tak jak to często bywało - ustawka oparta na rodowych korzyściach koneksjowo-majątkowych. To było wykluczone. To również byłoby obdarciem ich obojga z godności, jakby nie byli prawdziwymi osobami a marionetkami w rękach głów rodzin.
- Wolałbym być czymś innym. Dużą grudką bezoaru. Butelką wywaru z kory dębu. Czymś przydatnym, bo diamentów najpewniej macie wiele - stwierdził wzruszywszy ramionami.
Literackie porównania ani przesadna skromność nie leżały w naturze Greengrassa, ale nie podzielał zamiłowania do tego typu błyskotek. Wolał być człowiekiem nader praktycznym. Jeśli ktoś miałby mu złożyć zawoalowany komplement odnośnie przydatności Ambroisa w swoim życiu to najszybciej byłoby przyrównać go do czegoś przydatnego - ziela dzięgla leczącego między innymi trujące ukąszenia lub belladonny wbrew powszechnej opinii nie tylko trującej, lecz także przydatnej w leczeniu skurczów i spazmów.
Nie był diamentem i chyba tak jak Geraldine wcale nie chciał nim być. Wolał, żeby doceniano go za coś głębszego. Tak jak on doceniał Yaxleyównę, choć wielokrotnie doprowadzała go do szewskiej pasji, aby później wywołać w nim pragnienie całowania tych pyskatych ust i zajęcia jej czymś innym.
- O czym wszystkim? Okresie godowym jeżozwierzy, który przypada właśnie na dzisiejszy wieczór? Ależ pamiętam - mimo to teraz był równie uparty co ona na samym początku ich wizyty nad wodą.
Nie łudził się. Miał skapitulować szybciej niż by wypadało. Wystarczyło, żeby dała mu do zrozumienia, że rozważa powrót do domu (być może wkrótce ich własnego) i nudzi ją ta pogawędka o rybach. Miał żenująco słabą wolę, ale w żadnym razie nie czuł się z tym źle. Wręcz przeciwnie. Przynosiło to bardzo zachęcające skutki, sprowadzając ich rozmowę z powrotem na właściwsze tory.
- Zwłaszcza te na komodzie przy drzwiach. Te wylatują od razu - musiał dodać coś od siebie.
Jakiś warunek do spełnienia, choć byli znowu bardzo zgodni w tym, że należało pozbyć się tych bibelotów rodem z niewinnie wyglądającej najgorszej półki sklepu na Nokturnie. Te marynarskie miśki mogły mieć duszę a to go akurat trochę przerażało. Miały bardzo żywe i błyszczące szklane oczka nietypowe dla porcelanowych figurek w domach mugoli. A tak przynajmniej sądził Ambroise, bo naturalnie w żadnym takim innym domu nie był i niespecjalnie go ciągnęło.
Uważał, że niemagiczni powinni żyć we własnym świecie według swoich reguł i zasad, o ile te nie wpływałyby zbyt znacząco na świat magiczny, bowiem w innym wypadku to czarodzieje powinni mieć prawo głosu w sposób narzucający, niepodważalny. Ot. Czarodziejska dyktatura poparta większym naturalnym potencjałem. Natomiast póki to nie było konieczne, póty te dwa światy można było z powodzeniem rozdzielać a nielicznym prawdziwym talentom magicznym ujawniającym się pośród gorszej części mieszkańców Wielkiej Brytanii (nie społeczeństwa, ponieważ już ustalił, że należało mieć je dwa osobne) można było zaoferować czujne mentorstwo. Nie do przesady, ale postępowo dopuszczał mugolaków do udziału w magicznym życiu i obsadzania roli o niższym statusie społecznym. Nie był człowiekiem bez serca.
Szczególnie, że zdarzało mu się leczyć wyjątkowe przypadki ludzi spoza świata magii, którzy zrządzeniem losu natrafili na coś, co powinno być poza ich zasięgiem. Kupili od jakiegoś żartownisia diabelskie sidła albo eliksir pobudzający zamiast mugolskiej mikstury na kaszel. Bywało, że przysyłano im te przypadki do Munga a następnie po fakcie usuwano pamięć pacjentów. To utwierdzało Ambroisa w przekonaniu, że łączenie społeczeństw było niebezpieczne a walka o sprawę dyskryminacji mugolaków i charłaków - co najmniej pochopna.
Ilekroć mijał te miśki na komodzie i w różnych częściach domu, tylekroć odnosił wrażenie, że jest obserwowany. Przeklęte bibeloty mogły mieć w sobie coś, co nie powinno trafić poza magiczne półki. Z drugiej strony może Greengrass po prostu nie przepadał za słodyczą i marynarskimi ubrankami na stworzeniach, które nie powinny nosić ubrań? Zawsze niechętnie patrzył na personifikację rzeczy nieożywionych lub zwierząt. Co innego jego własne przekonania o życiu Kniei Godryka jako bytu i organizmu. Tu był niezaprzeczalnym hipokrytą czującym się z tym całkiem dobrze i na miejscu.
Bo to było co innego.
Miśki z morskim motywem to był już po prostu debilizm wskazujący na to, że właściciele chatki nigdy nie widzieli niedźwiedzia na własne oczy. Inaczej nie uważaliby tego za tak urocze, żeby ułożyć wokół tego motyw całego domu.
- Jeśli właśnie tego chcesz to go dostaniemy. Koniec. Kropka - brzmiał na przekonanego o powodzeniu tej transakcji, o ile tylko to naprawdę było to, czego Geraldine chce.
A odnosił wrażenie, że to już mają ustalone. Może domek wymagał remontu, bo choć wewnątrz był pachnący i wysprzątany to z zewnątrz widział swoje dni świetności. Farba była spęczniała od ciągłej nadmorskiej wilgoci a tam, gdzie nie napuchła wielkimi bąblami, tam z kolei łuszczyła się w wielkich schodzących płatach. Na dachu było gniazdo - zapewne mew, bo rano strasznie hałasowały i darły mordy. A ogród był zarośnięty dziką nadmorską roślinnością i mimo sporych rozmiarów nie był w stanie pomieścić nic prócz dwóch krzeseł ze stolikiem na chybotliwym, przeżartym wodą i zgnilizną tarasie.
Lecz nawet w tym stanie to rzeczywiście mogło być ich miejsce. On również był w stanie to sobie wyobrazić. Doprowadzenie domku do porządku brzmiało bardziej jak rozrywka i wyzwanie niż jak przeszkoda i przykra konieczność. Mogli tu wiele zdziałać. Przekonała go do tego w zaledwie kilku słowach. Czyżby robił się miękki i gliniasto formowalny w rękach Geraldine? Teraz mu to nie przeszkadzało. Czuł się dobrze z tym jak układają im się negocjacje.
- Obietnica brzmi lepiej - skwitował tym bardziej, że groźby zazwyczaj na niego nie działały.
Nie zaliczyłby razów, kiedy robił coś wyłącznie przez to, że mu grożono konsekwencjami. Geraldine była podobna. Dobrze to wiedział, ona również - musiała być świadoma tego, że to prośbą nie groźbą można było na niego lepiej wpłynąć. W innym wypadku lubił pchać palce do kontaktu i pewnie odmrażałby sobie uszy na złość matce, gdyby jakąś miał. Miał wyłącznie dziesięć lat starszą macochę i tak się składało, że najgorszą złośliwością, jaką mógł dla niej mieć było po prostu egzystowanie. Wystarczyło, że bywał w posiadłości, został uznany przez ojca jeszcze przed ślubem Evelyn z Thomasem, no i mógł potencjalnie zagrozić pozycji ich jedynego dziecka, które nieszczęśliwie (przynajmniej dla rodu) było dziewczyną. Tak. Dzięki temu był solą w oku macochy i czerpał z tego niemałą satysfakcję, nie będąc zmuszony odmrażać sobie jakichkolwiek części ciała.
Choć było mu kurwa zimno - mimo przywyknięcia do temperatury morza, powoli odczuwał, że temperatura nie sprzyja wczesnym kąpielom. Mimo to wciąż się wygłupiał, obserwując reakcje ukochanej. Przynajmniej do momentu, w którym z jej posiniałych ust padły słowa o chłodzie.
- Wracajmy do domu. Napalimy morskim drewnem w kominku, gdzieś tam jakieś było, wypijemy coś ciepłego i zobaczysz, że zaraz będzie lepiej - stwierdził poważniej podpływając do niej na tyle, na ile to było możliwe, po czym wyciągając ku niej ramię, żeby wspólnie wyjść z wody. - Ogrzejemy się w try miga - zapewnił, tym razem nie kryjąc lekkiej dwuznaczności w słowach.
Całkiem subtelnej jak na to, jaki widok mu sobą prezentowała. Nawet jako mokra panna z fioletowymi ustami. Nachylił się, żeby je ogrzać pocałunkiem.
Tak. Teraz to brzmiało zdecydowanie lepiej. Nie potrzebowali kolejnych niedomówień po solidnej porcji jaką raczyli się przez te ostatnie miesiące. Dotychczas miał na uwadze profesjonalne zachowanie względem pacjentów, aby utrzymać wysokie standardy i renomę. Teraz w tym przypadku to uległo zmianie, która musiała być nieodzowną częścią nowych planów Greengrassa. Nadal nie zamierzał spoufalać się z tymi ludźmi, choć Gerarda lubił jakby nieco bardziej, ale dla Geraldine był w stanie przejść do porządku dziennego z tym, że będzie oceniany już nie tylko pod kątem jakości usług, lecz również surowszym okiem - jako młody mężczyzna starający się o czystokrwistą pannę. Jennifer mogła go lubić, ale jakoś nie miał wątpliwości, że szybko mogło jej odbić na punkcie zachowywania się jak najprawdziwsza matrona rozważająca wszystkie za i przeciw tej transakcji.
Bowiem tego, że to była transakcja musieli być świadomi, nieprawdaż? W ich świecie nadal odbywało się to w staroświecki, przesadnie dostojny sposób i Ambroise nie wątpił, że jeśli starsza Yaxleyowa chciała sprawiać wrażenie w towarzystwie to miała puszyć się jak paw i teatralnie dawać ludziom do zrozumienia, że oto jej ród mógł podjąć ostateczną decyzję o czymś tak istotnym. Oto dawano jej możliwość bycia decyzyjną, nawet jeśli ta decyzja w istocie nie należała do niej. Jednakże dopóki miał ku temu dobre przeczucia, dopóty mógł pozwolić na stawianie się w pozornie niepewnej sytuacji. Co samo w sobie stanowiło dostateczny dowód na jego poważne intencje, ponieważ zazwyczaj nie dopuszczałby podobnej możliwości.
Był zbyt dumnym człowiekiem pełnym zdecydowania, buty a może nawet pychy. Nie pasowało mu, gdy ktoś traktował go jak nierównego sobie i nie miał problemu z tym, żeby od razu wyjaśnić, czemu to nie było dobre posunięcie. Wbrew pozorom nie zawsze i nie od razu siłowo. Takie rozwiązania zostawiał wyłącznie na swoje mniej jawne sprawki, gdzie nie musiał być opanowany i chłodny a wręcz to byłoby nierozważne, bo oznaczałoby okazywanie słabości. W oficjalnym towarzystwie potrafił zdeptać kogoś jednym wyniosłym spojrzeniem i odpowiednio dobranym słowem lub kilkoma, którym towarzyszył ozięble niewzruszony ton. Potrafił odejść i porzucić czczą rozmowę wyłącznie z uwagi na to jakie wrażenie by to zrobiło. Gdyby chciał, pewnie byłby w stanie w szybki sposób uciąć jakiekolwiek plotki, jakoby był na łasce potencjalnych teściów, bo w rzeczywistości w razie potrzeby posunąłby się do wzięcia tego, czego pragnął - w tym wypadku ślubu z ich córką, choć na ten moment nie wybiegał tak mocno do przodu.
Ani w myślach, ani w podejmowanych decyzjach. Na ten moment dopiero uczyli się siebie nawzajem. Schodzili z poprzednio obranej ścieżki, która okazała się być zaledwie przesmykiem między wrogością później ustępującą neutralności i przyjaźni a byciem dla siebie kimś znacznie więcej. Może to było dla niego nowe i niepewne, ale pragnął najpierw móc wypełnić nią swoje dni, adorować ją, może faktycznie na swój sposób o Geraldine zabiegać. Kupić ten wspólny domek nad morzem przy plaży. Dotrzeć się jakoś, przeżyć razem te błogie pierwsze chwile. Nieświadomie dopuszczał się myślenia również o tych gorszych, ale nie w zły sposób - chciał sobie wspólnie poradzić z trudnościami i wtedy... ...bardzo możliwe, że wtedy wytoczyć ostateczne działa w postaci bardziej oficjalnej rozmowy z Yaxleyem i tą faktyczną władczynią domu, co zdążył już zauważyć podczas wizyt tam.
To brzmiało rozsądnie i logicznie. Zwłaszcza jak na to, że jednocześnie czuł się nienasycony, rozkojarzony, może nawet rozmarzony (to ostatnie było dziwną, trochę niewygodną myślą). Podejmowanie pochopnych decyzji byłoby zgodne z jego naturą i stanem, w którym Ambroise się znajdował, ale to jedno było bardzo pewne. Nie chciał, żeby ich relacja wyglądała tak jak to często bywało - ustawka oparta na rodowych korzyściach koneksjowo-majątkowych. To było wykluczone. To również byłoby obdarciem ich obojga z godności, jakby nie byli prawdziwymi osobami a marionetkami w rękach głów rodzin.
- Wolałbym być czymś innym. Dużą grudką bezoaru. Butelką wywaru z kory dębu. Czymś przydatnym, bo diamentów najpewniej macie wiele - stwierdził wzruszywszy ramionami.
Literackie porównania ani przesadna skromność nie leżały w naturze Greengrassa, ale nie podzielał zamiłowania do tego typu błyskotek. Wolał być człowiekiem nader praktycznym. Jeśli ktoś miałby mu złożyć zawoalowany komplement odnośnie przydatności Ambroisa w swoim życiu to najszybciej byłoby przyrównać go do czegoś przydatnego - ziela dzięgla leczącego między innymi trujące ukąszenia lub belladonny wbrew powszechnej opinii nie tylko trującej, lecz także przydatnej w leczeniu skurczów i spazmów.
Nie był diamentem i chyba tak jak Geraldine wcale nie chciał nim być. Wolał, żeby doceniano go za coś głębszego. Tak jak on doceniał Yaxleyównę, choć wielokrotnie doprowadzała go do szewskiej pasji, aby później wywołać w nim pragnienie całowania tych pyskatych ust i zajęcia jej czymś innym.
- O czym wszystkim? Okresie godowym jeżozwierzy, który przypada właśnie na dzisiejszy wieczór? Ależ pamiętam - mimo to teraz był równie uparty co ona na samym początku ich wizyty nad wodą.
Nie łudził się. Miał skapitulować szybciej niż by wypadało. Wystarczyło, żeby dała mu do zrozumienia, że rozważa powrót do domu (być może wkrótce ich własnego) i nudzi ją ta pogawędka o rybach. Miał żenująco słabą wolę, ale w żadnym razie nie czuł się z tym źle. Wręcz przeciwnie. Przynosiło to bardzo zachęcające skutki, sprowadzając ich rozmowę z powrotem na właściwsze tory.
- Zwłaszcza te na komodzie przy drzwiach. Te wylatują od razu - musiał dodać coś od siebie.
Jakiś warunek do spełnienia, choć byli znowu bardzo zgodni w tym, że należało pozbyć się tych bibelotów rodem z niewinnie wyglądającej najgorszej półki sklepu na Nokturnie. Te marynarskie miśki mogły mieć duszę a to go akurat trochę przerażało. Miały bardzo żywe i błyszczące szklane oczka nietypowe dla porcelanowych figurek w domach mugoli. A tak przynajmniej sądził Ambroise, bo naturalnie w żadnym takim innym domu nie był i niespecjalnie go ciągnęło.
Uważał, że niemagiczni powinni żyć we własnym świecie według swoich reguł i zasad, o ile te nie wpływałyby zbyt znacząco na świat magiczny, bowiem w innym wypadku to czarodzieje powinni mieć prawo głosu w sposób narzucający, niepodważalny. Ot. Czarodziejska dyktatura poparta większym naturalnym potencjałem. Natomiast póki to nie było konieczne, póty te dwa światy można było z powodzeniem rozdzielać a nielicznym prawdziwym talentom magicznym ujawniającym się pośród gorszej części mieszkańców Wielkiej Brytanii (nie społeczeństwa, ponieważ już ustalił, że należało mieć je dwa osobne) można było zaoferować czujne mentorstwo. Nie do przesady, ale postępowo dopuszczał mugolaków do udziału w magicznym życiu i obsadzania roli o niższym statusie społecznym. Nie był człowiekiem bez serca.
Szczególnie, że zdarzało mu się leczyć wyjątkowe przypadki ludzi spoza świata magii, którzy zrządzeniem losu natrafili na coś, co powinno być poza ich zasięgiem. Kupili od jakiegoś żartownisia diabelskie sidła albo eliksir pobudzający zamiast mugolskiej mikstury na kaszel. Bywało, że przysyłano im te przypadki do Munga a następnie po fakcie usuwano pamięć pacjentów. To utwierdzało Ambroisa w przekonaniu, że łączenie społeczeństw było niebezpieczne a walka o sprawę dyskryminacji mugolaków i charłaków - co najmniej pochopna.
Ilekroć mijał te miśki na komodzie i w różnych częściach domu, tylekroć odnosił wrażenie, że jest obserwowany. Przeklęte bibeloty mogły mieć w sobie coś, co nie powinno trafić poza magiczne półki. Z drugiej strony może Greengrass po prostu nie przepadał za słodyczą i marynarskimi ubrankami na stworzeniach, które nie powinny nosić ubrań? Zawsze niechętnie patrzył na personifikację rzeczy nieożywionych lub zwierząt. Co innego jego własne przekonania o życiu Kniei Godryka jako bytu i organizmu. Tu był niezaprzeczalnym hipokrytą czującym się z tym całkiem dobrze i na miejscu.
Bo to było co innego.
Miśki z morskim motywem to był już po prostu debilizm wskazujący na to, że właściciele chatki nigdy nie widzieli niedźwiedzia na własne oczy. Inaczej nie uważaliby tego za tak urocze, żeby ułożyć wokół tego motyw całego domu.
- Jeśli właśnie tego chcesz to go dostaniemy. Koniec. Kropka - brzmiał na przekonanego o powodzeniu tej transakcji, o ile tylko to naprawdę było to, czego Geraldine chce.
A odnosił wrażenie, że to już mają ustalone. Może domek wymagał remontu, bo choć wewnątrz był pachnący i wysprzątany to z zewnątrz widział swoje dni świetności. Farba była spęczniała od ciągłej nadmorskiej wilgoci a tam, gdzie nie napuchła wielkimi bąblami, tam z kolei łuszczyła się w wielkich schodzących płatach. Na dachu było gniazdo - zapewne mew, bo rano strasznie hałasowały i darły mordy. A ogród był zarośnięty dziką nadmorską roślinnością i mimo sporych rozmiarów nie był w stanie pomieścić nic prócz dwóch krzeseł ze stolikiem na chybotliwym, przeżartym wodą i zgnilizną tarasie.
Lecz nawet w tym stanie to rzeczywiście mogło być ich miejsce. On również był w stanie to sobie wyobrazić. Doprowadzenie domku do porządku brzmiało bardziej jak rozrywka i wyzwanie niż jak przeszkoda i przykra konieczność. Mogli tu wiele zdziałać. Przekonała go do tego w zaledwie kilku słowach. Czyżby robił się miękki i gliniasto formowalny w rękach Geraldine? Teraz mu to nie przeszkadzało. Czuł się dobrze z tym jak układają im się negocjacje.
- Obietnica brzmi lepiej - skwitował tym bardziej, że groźby zazwyczaj na niego nie działały.
Nie zaliczyłby razów, kiedy robił coś wyłącznie przez to, że mu grożono konsekwencjami. Geraldine była podobna. Dobrze to wiedział, ona również - musiała być świadoma tego, że to prośbą nie groźbą można było na niego lepiej wpłynąć. W innym wypadku lubił pchać palce do kontaktu i pewnie odmrażałby sobie uszy na złość matce, gdyby jakąś miał. Miał wyłącznie dziesięć lat starszą macochę i tak się składało, że najgorszą złośliwością, jaką mógł dla niej mieć było po prostu egzystowanie. Wystarczyło, że bywał w posiadłości, został uznany przez ojca jeszcze przed ślubem Evelyn z Thomasem, no i mógł potencjalnie zagrozić pozycji ich jedynego dziecka, które nieszczęśliwie (przynajmniej dla rodu) było dziewczyną. Tak. Dzięki temu był solą w oku macochy i czerpał z tego niemałą satysfakcję, nie będąc zmuszony odmrażać sobie jakichkolwiek części ciała.
Choć było mu kurwa zimno - mimo przywyknięcia do temperatury morza, powoli odczuwał, że temperatura nie sprzyja wczesnym kąpielom. Mimo to wciąż się wygłupiał, obserwując reakcje ukochanej. Przynajmniej do momentu, w którym z jej posiniałych ust padły słowa o chłodzie.
- Wracajmy do domu. Napalimy morskim drewnem w kominku, gdzieś tam jakieś było, wypijemy coś ciepłego i zobaczysz, że zaraz będzie lepiej - stwierdził poważniej podpływając do niej na tyle, na ile to było możliwe, po czym wyciągając ku niej ramię, żeby wspólnie wyjść z wody. - Ogrzejemy się w try miga - zapewnił, tym razem nie kryjąc lekkiej dwuznaczności w słowach.
Całkiem subtelnej jak na to, jaki widok mu sobą prezentowała. Nawet jako mokra panna z fioletowymi ustami. Nachylił się, żeby je ogrzać pocałunkiem.