05.10.2024, 13:18 ✶
"Wyspa” Artystów -> Widownia
Jego twarz pozostała posągowa, gdy ta brudna, szlamolubna dziw… Raphaela(?) go ucałowała w oba policzki. Może jedynie nieco bardziej zmrużył powieki; może przez ułamek sekundy jego ciało zesztywniało, gdy z trudem powstrzymał się od zrobienia kroku w tył.
Dlaczego tak krótko?
"Bo żadne z was i tak tego nie pojmie, więc na chuj strzępić sobie język?” pozostało niewypowiedziane. Krótkie, bezosobowe zapewnienie, że na pewno da znać, gdy będą coś wystawiali w Globie. Po jego trupie dostanie miejsce w pierwszym rzędzie.
W jednej dłoni trzymał bukiet jasnych kwiatów, z żalem odkrywając, że ktoś przezornie usunął z gałązek różanych wszystkie ciernie. Chciał zacisnąć na nich mocniej palce, poczuć spływającą w dół nadgarstków krew. Zabrudzić tą fałszywą czystość. Dlatego też nie patrzył na Lorraine, dalej w pamięci smakując dźwięk jaki wydobyła z porzuconego na scenie instrumentu. Tak martwego, gdy jej smukłe palce nie dotykały czarno-białych klawiszy.
Przesunął opuszkami palców po kręgosłupie kuzynki, muskając delikatny materiał jej sukienki. Czując jego fakturę. Słodkie iskry magii. Choć z pozoru kompletnie nieruchomo wsłuchiwał się w krótką wymianę zdań między tancerką, a Lorraine – ani na sekundę nie przerwał tej drobnej pieszczoty. Ruch tak naturalny, że chyba tylko stojący obok Oleander mógł zauważyć co Baldwin naprawdę robi. Przeczesał włosy Lorraine, po czym ułożył dłoń na jej karku. Nachylił się przy tym lekko.
- Byłby tobą zachwycony.- Szepnął jej do ucha, wręczając przy okazji do potrzymania swoje kwiaty.
Nie były dla niej. O nie. Nie dziś.
Nie czekając na jakąkolwiek zgodę czy reakcję, w szybkim, płynnym ruchu poderwał ją z ziemi w ramiona. Jedną dłoń zacisnął pod jej kolanami, drugą podsuwając pod plecy. Tak czy inaczej nie miała wyboru jak się go złapać, jeśli chciała mieć pewność, że nie spadnie. Baldwin siłaczem nie był żadnym, ale na szczęścia ona była lżejsza niż piórko.
Tym razem się nie teleportował. Jak gdyby nigdy nic, nie zwracając uwagi na rozplotkowaną widownię przeszedł ze swoją jasnowłosą nimfą przez wodę, która oddzielała ich od widowni. Bez słowa. Ale tym razem spojrzał na nią, jakby wierząc, że odnajdzie jego spojrzenie. Potrzebował jej.
Odstawił Lorraine na ziemię, dopiero gdy znaleźli się wśród bliskich. Wśród rodziny. Jedynej jaka w tym momencie miała dla Baldwina jakiekolwiek znaczenie, bo gdy tylko Calanthe znalazła się w zasięgu jego wzroku – pozbył się tej zblazowanej miny. Uśmiechnął się. Pojaśniał. Jak zawsze, gdy miał siostrę przy sobie.
- Desmond.- Skinął kuzynowi głową, niemal z wdzięcznością, że wybrał ją za osobę towarzyszącą. Pewnie gdyby nie to, Muza nie doczekałaby się jednego z artystów. Odebrał przy okazji od Lorraine swoje kwiaty. – Calanthe…- Wręczył bukiet siostrze, w pierwszej chwili nawet nie dostrzegając jej nowej błyskotki na szyi.
Jego panna Malfoy błyszczała jak najjaśniejsza z gwiazd, po cóż miałby się przejmować jakimś naszyjnikiem.- Moja miła, słodka siostrzyczko… Wierzę, że Desmond się tobą dobrze opiekował.- Położył mocny nacisk na czas przeszły. Był tu. Nie potrzebowała nikogo innego.- Chciałbym Ci coś pokazać. Coś zachwycającego.- Mruknął, całym sobą walcząc z pokusą ujęcia jej pod rękę i zabrania stąd. Gdzieś daleko..- Lustro twojej duszy.
Ach tak. Wernisaż.