Morpheus stał przy barze, kieliszek w dłoni ciążył mu bardziej niż zwykle. Wokół siebie słyszał śmiechy, muzyka tańczyła w czarno-czerwonym powietrzu, a on czuł, jak dźwięki odbijają się od jego serca jak od zimnego kamienia. Ślub, dzień pełen miłości, pełen obietnic, taki który przekraczał kwestie obowiązku, bo oboje młodych po turbulencjach życiowych, dla niego jest teraz jak sztylet, delikatnie wsuwany między żebra. I widok jego. Najpiękniejsza pieszczota.
Patrzył na zakochaną parę, na ich splecione dłonie, na światło w ich oczach. Ich szczęście było jak ogień, który przypomina mu o jego własnej stracie, o pustce, która wypełnia go jak niekończący się cień. Kieliszek uniósł się do ust, a gorzki smak alkoholu stał się jedynym towarzyszem tej chwili klęski. Myśli krążyły tylko wokół niego, tego, którego serce od niego odeszło, tego, którego miłość była jego światłem, a teraz stała się tylko wspomnieniem, aż nadmiernie wyraźnym. Bo był tutaj, po drugiej stronie sali. Uciekł od niego. Znów.
Tego wieczoru nie był Cesarzem, nawet jeżeli nad jego czołem lśniła tiara przyozdobiona diamentami, ułożonymi w dwie kukułki, trzymające w dziobie krwawy rubin wielkości przepiórczego jajka. Ten diadem wcześniej nosiła jego matka, a od lat zdobił jedynie półkę w skarbcu, wyłożoną aksamitem. Symbol władzy nie Longbottomów, a Slughornów, ale o tym nigdy nikt nie pamiętał, w końcu jego matka tak długo była Godrykową Longbottom i spoczywała w mauzoleum rodziny swojego męża, u boku córki, a teraz również i syna. Nie był też Posejdonem, odzianym w morskie fale, dowodzący legionem trytonów. Na jego piersi krwawił się haft kwiatów i owoców granatu, wyszywany kamieniami o tej samej nazwie, tryskała z niego fontanna krwi, płaszcz na jedno ramie, który spływał łagodnym wodospadem po plecach. Hades. Jego serce krwawiło, jak jego ubranie. Przepowiednia dla samego siebie, której się nie spodziewał.
Tego wieczoru Morpheus opróżniał cały Dwór Kielichów, aby zaczerwienione oczy zrzucono na nadmiar alkoholu, bo był po prostu Głupcem. Nie, chciałby mieć radość z życia tępego idioty, świeżość, chęć do drogi, bez względu na to, co ona przyniesie. Jego perspektywa jednak nie należała do wielkich arkan. W gruncie rzeczy przecież złamane serce to nic takiego. To tylko dziewiątka mieczy. Jakże chciał, aby się odwróciła, lecz ona, jak zaklęta w kamieniu, trwała prosto. Spotkanie Vakela bez tarczy, bez uprzedzenia, w tak wartkim strumieniu czasu i możliwości, gdy świat go przytłaczał swoim istnieniem, było jak sypanie cukru na rany, zapraszając kruki do uczty.
I jeden przysiadł obok niego, blado czarny, słodki głos, którego nie rozpoznał na samym początku, ale chwilę później już tak. I pragnienie, by zostać kimś, nie tylko skorupą oczekiwań i zadań, kulą śniącą przepowiednie, gdy było to przydatne, odkładaną na bok, zupełnie jak jego tiara. Równie dobrze mogli odciąć mu głowę i postawić w skarbcu, aby ożywiać go tylko, aby dowiedzieć się o woli bogów.
Wiedział, że jest niesprawiedliwy dla Antoniusza, dla Jonathana, dla Charlotte i wszystkich, którzy byli przy nim, tylko dlatego, że nie mógł powiedzieć, że on należy do niego.
Nachylił się do Melpoménē. Przy niej wyglądał na wysokiego, przy niej kurze łapki i szpakowatość przywodziły na myśl ojcostwo. Brwi mężczyzny najpierw zmarszczyły się gwałtownie, szybko jednak rozluźniły się, gdy wysłuchał szybko wypowiadanych słów do ucha, które drgnęły w powietrzu, niedostępne dla Alexandra.
Cóż mogą powiedzieć potępieni potępionym?
Objął ją ramieniem, po ojcowsku, naśladując swojego ojca, swojego brata, w tych gestach. I znad ramienia spojrzał na Alexandra, miękko, spojrzeniem rozmytym od alkoholu. Ale przecież tak wyglądał Morpheus, gdy patrzył w przyszłość. Co więc zobaczył, gdy tak turmaliny przeznaczenia zawisły w powietrzu, jak groźba, jak obietnica, słowa zawieszone nad ramieniem ptaszyny, tak podobnej do ojca, tak niepodobnej. A on tak desperacko potrzebował roli do odegrania, że nie pytał dlaczego, po co, w co grają. On miał Lyssę, więc czemu miałby sobie odmówić córki, złotookiej, jak jej matka, czarnowłosej, jak on, córki zwinnej jak ptaszyna podniebna. Córki bardziej udanej, niż połowicznie porzucona wydmuszka.
Morpheus czuje się jak cień na tle cudzej radości, jakby nie pasował do tego miejsca, do tej chwili. On i Mildred oboje nie pasowali do układanki weselnej. Ale już tu byli. Dwoje... Nie, troje, również Alexander, wygnańcy ze swoich snów.
Może właśnie dlatego zamiast zimnej nienawiści, spojrzenie Morpheusa spływało gęstym syropem opiekuńczości, nie jak rodzic, który ratuje ukochane dziecko od okrutnika, lecz jak ojciec, który rozdziela dwójkę swoich dzieci, które nie mogą dojść do zgody i wyrzucają z siebie niezgodę wobec świata w gwałtownych wybuchach.
Bo przed Vakelem mógł rozedrzeć swoje ciało, jak opętany patolog, dokonujący własnej sekcji zwłok, rozcinając od obojczyka do lędźwi, wyrzucając z siebie pulsujące tkanki i organy, ale oni? Oni potrzebowali tarczy przed światem.
Już widział, że Millie jest taka sama, jak on. Czy taki sam mógł być i Aleksander? Tak właśnie sądził Morpheus.