- Niby tak, ale nie możesz pozowlić na to, żeby jakaś głupia baba Cię prześladywała, pamiętaj o tym.- Trochę jej się zrobiło przykro, że ktoś był w stanie gnębić Camerona, który dla niej był niczym bezbronny szczeniaczek, nie umiała zrozumieć, jakie ta osoba miała w tym wszystkim profity. Może sprawiało jej przyjemność dręczenie słabszych? Wood nie znosiła takich osób, wystarczy więc jeszcze jedna skarga Lupina, a weźmie sprawy w swoje ręce.
- Oczywiście Cami, jesteś jednnym z najsmaczniejszych kąsków, jakie przyszło mi kosztować.- Twarz miała poważną, nawet za bardzo, jak na nią. Wcale się z niego teraz nie nabijała. - Uważasz, że mam tyle doświadczenia, że mogę wystawiać takie certyfikaty jakości?- To chyba dobrze o niej świadczyło, skoro zdaniem Camiego była ekspertem w tej sprawie. Nie widziała w tym nic nieprzyzwoitego.
Wood miała trochę mniej pozytywne myśli od Camerona. Przyszło jej już niestety doświadczyć agresji Śmierciożerców w sklepie rodziców, zabili jedną z jej ulubionych pracownic. Nie było jej wtedy w sklepie, ale mogła być, było blisko, żeby i ona stała się ofiarą. Wtedy powiedziała sobie, że będzie z nimi walczyć, bez skrupułów, zamierzała się zaangażować, żeby nie pozwolić im się panoszyć po świecie. Pomagać osobom, które nie potrafiły radzić sobie samym. Heather wybrała stronę już dawno, nie zamierzała być bierna, tylko działać.
Ogromny uśmiech pojawił się na jej twarzy, kiedy usłyszała kolejne słowa przyjaciela, czerwone rumieńce zaczęły parzyć jej policzki. - Ach te Gryfonki... kto by się spodziewał, że one są takie cierpliwe, mówią, że wręcz przeciwnie.- Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Ten wieczór naprawdę był bardzo przyjemny, powodował, że problemy, które ostatnio pojawiały się co chwilę zniknęły gdzieś na dalszym planie.
- Wiem Słońce, nigdy mi się nie znudzicie, jesteście jedynym stałym elementem w moim życiu, a każdy potrzebuje kotwicy.- Zamierzała uświadomić Lupina, że się jej tak łatwo nie pozbędą. W tym momencie nie potrafiła sobie wyobrazić bez nich życia. Potrzebowała ich, aby jej zbytnio nie poniosło z tym jej temperamentem. Heather wiedziała, że ich relacja nie była typowa. Pewnie mało kto z zewnątrz byłby w stanie zrozumieć to, co ich łączyło. Wolała nie myślec o tym, jak będzie z czasem, bo robiło jej się przykro na samą myśl o tym, że kiedyś oich drogi się rozdzielą.
- KONIE, latające konie!- Zerwała się szybko z ławki. Szkoda było czasu, skoro gdzies tutaj Cameron widział takiego magicznego konia. - Prowadź mnie!- Czekała, aż przyjaciel stanie się jej przewodnikiem, w końcu to on pierwszy zauważył stworzenie. Wybrali się więc jeszcze w poszukiwanie latającego konia, pewnie go znaleźli, pooglądali z bliska i spędzili miło czas.