Morpheus za to myślał o wizji aż za dużo. W paraboli pomiędzy co ma być, to będzie oraz jeżeli nic nie robię, przyłożę się do zniszczenia, więc próbuję zrobić wszystko na raz, Morpheus Longbottom doprowadzał się do szaleństwa. Może właśnie dlatego staż pracy w Departamencie Tajemnic nigdy nie był zbyt długi. Od zawsze żył na pożyczonym czasie i teraz miał wrażenie, że ten zaczyna go dościgać. Nawet nie fizycznie, a mentalnie. Gubił godziny, mylił czasoprzestrzenie, sypiał coraz gorzej.
Na szczęście fakt, że stanął na progu kamienicy Blustrode'ów, nie był niczym wyjątkowym. Zdarzało mu się przynosić różne pakunki o różnych porach dnia i nocy, dla swojego przełożonego, wiedział, że Brenna współpracowała z Atreusem w czymś, jakoś, nie znał szczegółów, ale wiadome było, że kolorowe szaty wieszcza nijak nie zaskoczą żadnego przechodnia, nawet jeżeli sprawa, z którą przychodził, ciążyła mu mocno na sercu i zdawała się jednocześnie czymś, co powinien szalenie chronić i czymś, o czym powinna dowiedzieć się publika. Szalka decyzji jeszcze nie opadła, bujając się na dwie strony, nie dając się zatrzymać. Potrzebował informacji od Florence. Sądził też, że również z jakiegoś innego źródła.
Ogień, widział go już wszędzie. Nawet na małej kartce, wysłanej mu na fałszywy adres, dla fałszywej Eurydyki, był kominek i dom i ogień. Może dlatego zatrzymał się najpierw kawałek od Praw Czasu, przypatrując się witrynie intensywnie, jakby chciał, aby mury stały się dla niego szklane, aby mógł zobaczyć... Na szczęście czas pchnął go ku bardziej rozsądnym działaniom, nim ktokolwiek zdążył go zauważyć.
— Również go wykonywałem, Florence i również miałem właśnie wtedy wizję. Byłem sam, osunąłem się na posadzkę. Gdy się wybudziłem, wszystkie świece i ogień rytualny zgasły, chociaż w momencie zesłania wizji, płonęły żywo — objaśnił, wlewając do swojej herbaty śmietanki i mieszając srebrną łyżeczką w filiżance przód-tył, tak, aby nie stuknąć i nie wzbudzić w porcelanie dźwięku. Nawet jeżeli wybrał swobodny, pastelowy turkus dla swoich szat magicznych, to pod tą swobodą był spięty, w oczekiwaniu na to, aż uzdrowicielka opisze swoją epifanię. Nie chciał jej podpowiadać, tworzyć fałszywych wspomnień wizji, nadpisywać swoich wrażeń, bo wiedział, że to się zdarzało. Siła sugestii.
— Opowiedz mi o swojej wizji — poprosił. Wyjął zza pazuchy swój notatnik i zaczął coś pisać, pismem runicznym, aby nie było aż tak łatwe do rozczytania. Nagłówek, data. Nie chciał stracić żadnego detalu, a ufał bardziej papierowi, niż fragmentom z myślodsiewni.