Podziękował Dorze, Jonathanowi odpowiedział tak, żeby miał zagwozdkę, a do Clemensa się tylko uśmiechnął i podrapał się, szepcząc, że strasznie swędzi i zastanawia się, czy jednak nie ogolić się na nowo. Przez chwilę popatrzył na Millie, jakby chciał jej zasugerować, że czeka na odpowiedź, ale nie bardzo intensywnie, bo wyglądała bardzo nieswojo. Popatrzył po zebranych, bardzo nielicznych w gruncie rzeczy zebranych, chociaż przy odkrywaniu tajemnic posiadłości, był jeszcze pan Steward i... Morpheus nie mógł się doliczyć, nie chciał liczyć, ale zdawało mu się, że w Zakonie było więcej osób. Może się mylił? Może to również kwestia bezpieczeństwa, szeptanie informacji poza głównym stołem. Mądrze.
Zanotował w myśli kwestię Borginów. Koszmarne, wiedzieć i nie mieć dowodów. Koszmarne być na celowniku za samo nazwisko, podejrzenie. Wiedział, bo sam był w takim miejscu.
To był największy koszmar tej wojny. Gdy ludzie, których się znało i lubiło, byli skazywani na czarną otchłań podejrzliwości, tylko dlatego, że ich rodziny zadecydowały o konkretnej ścieżce. Wytyczyli szlaki, które prowadziły do potępienia. Nie wszyscy mieli tyle uporu i samozaparcia jak Jonathan i Charlotte. Niektórzy byli jak... Nie, nie chciał o tym myśleć. Nie przy wszystkich, nie gdy ktoś mu mógł wejść do głowy. Nawet jeżeli znał lepiej lub gorzej całą bandę zebraną przy stole, to paranoja zaczynała wkraplać się do jego krwiobiegu, tak jak obsesja i szaleństwo.
— Rodzina Avery zdaje się propagować tendencje pro-mugolskie, ale wiadomo, że są odstępstwa — stwierdził cicho. — Pracuję nad zacieśnieniem relacji z Ministrą, więc gdy będzie okazja, spróbuję wypytać, dlaczego to taka tajemnica.
Morpheus był dobry w eufemizmy. Chciał załatwić sobie awans i wpływy przez łóżko.