06.10.2024, 00:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2024, 01:00 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- A więc postaram się zachowywać równowagę między jednym i drugim - zapewnił z uśmieszkiem błąkającym się po twarzy. - Za tę opiekę byłbym pewnie całkiem wdzięcznym robakiem. Natomiast szczerze mówiąc, wolałbym, żebyś jednak nie poprzestała na zamykaniu mnie w... ...robakarium?... ...tak to się nazywa?... ...tylko raczej spróbowała mnie odczarować - stwierdził, posyłając Geraldine przesadnie zawiedzione brakiem proaktywności spojrzenie.
Mimo to cieszył się z takiej a nie innej odpowiedzi. Było jasne, że mieli wobec siebie mniej więcej zbieżne oczekiwania i żadne z nich nie chciało przesadnie wybiegać w przyszłość. Może to brzmiało śmiesznie, gdyby wziąć pod uwagę wspólne plany zakupu nieruchomości i te pozostałe drobne detale, ale trochę mu ulżyło. Nie wiedział jak mógłby zareagować na przedwczesne deklaracje lub podpuszczanie go do tego samego. Pragnął jej, pożądał, chciał ułożyć sobie z nią życie, ale wszystko i tak działo się całkiem szybko. Jeszcze się nią nie nasycił. Wątpił, żeby to miało szybko ulec zmianie, ale większe deklaracje instynktownie pozostawiał na czas, kiedy dotrą się do siebie i ustalą własne zasady życia. To chyba było rozsądne.
- Znowu w piękny sposób nazywasz to, że nie minie kilka godzin i przestanę być zdeterminowany za to zacznę być apodyktyczny albo, co gorsza, zdesperowany? Wyczuwam w tym pewną znajomą sugestię - zauważył, bo sytuacja jak najbardziej pozwalała na to, żeby mógł poczepiać się słówek, które słyszał stosunkowo często odkąd zaczęli się ze sobą zadawać.
Nie to, żeby był jej dłużny. Również znajdował różne coraz bardziej wysublimowane i jak sądził trafnie uszczypliwe określenia na niektóre zachowania Geraldine. Tym samym nie obrażał jej a jedynie zaznaczał fakty. Nie była opryskliwa tylko zaczepna, była bojowa czy też konfrontacyjna. Tak samo jak nie nazywał jej mocną w gębie a na przykład rozdyskutowaną. Wielomiesięczne ślęczenie nad translacjami i słownikami przynosiło wiele inspiracji zaś ich małe spiny były dzięki temu ciekawsze, nawet odrobinę pozbawione znaczenia, dzięki czemu mogli je szybciej doprowadzać do końca. Przecież ostatecznie wcale nie chciał się z nią kłócić.
Teraz już tym bardziej, bo przez różowe okulary dostrzegał głównie same pozytywne zmiany. Jasne. Nie twierdził, że mieli przestać się sprzeczać. Oboje lubili zaznaczać swoją dominację i to nie miało się zbyt szybko zmienić. On sam zdecydowanie potrzebował czasu, żeby nauczyć się dochodzenia do kompromisów bez poczucia, że robi tym komuś łaskę albo tym bardziej, że to ktoś robi łaskę jemu. Ostatnie miesiące powoli uczyły Greengrassa cierpliwości, ale uwarunkowania rodzinne, charakteralne i sytuacyjne nie były czymś, co dało się tak po prostu odłożyć na półkę z niewłaściwymi zachowaniami. Tym samym Ambroise aktualnie próbował podejść do tego z innej strony: poprzez te absurdalne synonimy dla słów, które mogłyby zostać odebrane zbyt ostro.
Jak do tej pory to przynosiło raczej same pozytywne skutki. Szczególnie, że kiedy myślał o tym, co chce powiedzieć szukając dobrego określenia, często wpadał na coś, co brzmiało tak niedorzecznie, że reagował na to wewnętrznym śmiechem i odpuszczał komentarz. Nigdy nie sądził, że zacznie postępować właśnie w taki sposób, ale to chyba było częścią tej sztuki kompromisów i nie brania wszystkiego zbyt serio, której przez większość życia był mniej lub bardziej pozbawiony.
Dojrzewał do tego, żeby nie być człowiekiem patrzącym głównie na czubek własnego nosa? To mogłaby być całkiem dziwna myśl. Tym bardziej, że upierał się przy tym, że zawsze dbał o innych ludzi. Inaczej nie miałby przyjaciół. W tym wypadku chyba chodziło o coś innego - ten romantyczny aspekt życia, którego wcześniej nie dopuszczał do głosu. W tym momencie zaczynało zależeć mu na Geraldine w inny sposób niż to robił w stosunku do kogokolwiek innego.
Chciał jej szczęścia, bezpieczeństwa, uśmiechu na różanych ustach, ale też pełnowymiarowego zainteresowania, pożądliwej wzajemności, nagiego ciała przy swoim, deklaracji, że jest jego i niczyja inna. W tym wypadku bezkompromisowo mógł nazwać się bardziej zaborczym niż w innych przypadkach, kiedy wystarczał mu przelotny kontakt, list czy dwa, potwierdzenie, że wszystko jest w porządku. Czuł się nawet bardziej uwikłany niż wtedy, kiedy panowała między nimi gorzka niepewność. Z tą różnicą, że teraz nie czuł się z tym źle. Jedynie inaczej niż kiedykolwiek.
A to był dopiero sam początek. Już teraz starał się być kowalem swojego losu. Zbyt wiele pozostawili przypadkowi, który choć zadziałał na ich korzyść to długo mu to zajęło i niemal całkowicie się minęli. W tej chwili Ambroise nie chciał dłużej bazować na szczęśliwym trafie losu. Wystarczyło, że dwa razy im się powiodło - wtedy na przyjęciu i najwidoczniej teraz z trafnym wyborem domku, który sobie przywłaszczyli. Oboje byli zdecydowani, że to może być ich miejsce, więc należało je takowym uczynić.
- Myślisz, że może musimy je zostawić na miejscu do czasu oficjalnego oglądania pomieszczeń? Czy zwykłe zaklęcie konfundujące powinno wystarczyć w przypadku mugoli, do których to należy? - Skoro razem podejmowali poważne decyzje to pokusił się o zapytanie Geraldine o opinię zamiast tak po prostu zadecydować o rzuceniu czarów na tamtych ludzi, żeby osiągnąć sukces.
Standardowo raczej nie zawahałby się przed użyciem magii, gdy w grę wchodziły niemalże wyłącznie pozytywne efekty. Ambroise nie był specjalnie wyrozumiały w stosunku do ludzi, którzy mogli kręcić nosami na hojne oferty wyłącznie po to, żeby zobaczyć, na ile mogą zawyżyć cenę. A za taki element miał sezonowych mieszkańców turystycznych nadmorskich miejscowości. Zaklęcie czy dwa załatwiłyby sprawę bez konieczności wdawania się w dyskusje i zgrywania odpowiednio umiarkowanie zainteresowanego złożeniem oferty. Ani nie zdesperowanego, ani nie przesadnie wycofanego. Jeszcze nigdy nie musiał prowadzić negocjacji z przedstawicielami innej społeczności i choć z grubsza spodziewał się przebiegu sprawy to postanowił ustalić ruchy wspólnie. Jak cholernie dojrzały partner.
- Zgubiłem się mniej więcej w połowie - stwierdził bez większego zastanowienia, wzruszając skostniałymi ramionami. - Nie, żebym tak właściwie to się kiedykolwiek odnalazł po tym tam, ale nieistotne - tym razem ta uwaga brzmiała wyłącznie żartobliwie, choć może nie do końca taka była.
Greengrass tak naprawdę nigdy nie wspominał nic odnośnie swojej wewnętrznej reakcji na to, jak bardzo oboje pogubili się wtedy w tamtym miejscu. Sprawiał wrażenie, jakby to, że nie znaleźli żadnej sensownej odpowiedzi na pytania w żaden sposób się na nim nie odbiło. Wiele ułatwiało to, że nie mieli wcześniej żadnej bliskiej relacji, więc jakiekolwiek zmiany w jego podejściu i postępowaniu mogły pozostać niezauważone. I choć w tym wypadku żartowali o znacznie przyjemniejszych rzeczach to tak - zdecydowanie nie spodziewał się spodziewanego. Tego się chyba nauczył, wynosząc tę lekcję z tamtego przypadku. Tego, który jednocześnie był negatywny i pozytywny w konsekwencjach. Z pozytywów miał ją teraz przy sobie i tego zamierzał się trzymać. Być tą lepszą, nowszą wersją siebie. Partnerem. Nawet w dodatku całkiem wspierającym.
- Do usług - najpewniej wysuszyłby zęby w szerokim uśmiechu, gdyby nie to, że ryzykowałby wtedy powybijaniem ich sobie przez niekontrolowane dygotanie ciała.
Nie założenie na siebie wszystkich ubrań do końca najpewniej nie było zbyt dobrą decyzją, ale większa ilość piachu za kołnierzem raczej byłaby dla Ambroisa nie do przeżycia. W tym momencie nie przepadał za plażą. Tym bardziej, że nie mogli teleportować się z powrotem do wygodnego domu i wanny tylko musieli iść pod górę jak para tfu mugoli. Jasne. To mogło być całkiem zabawne, gdyby nie wszechogarniające zimno, od którego cały skostniał.
Kiedy Geraldine zaoferowała mu miejsce pod okryciem nie zastanawiał się zbyt długo. Normalnie raczej stwierdziłby, że powinna jak najbardziej się okutać a on miał dać sobie radę, ale tym razem energicznie pokiwał głową. Tym bardziej, że byli mniej więcej jednakowego wzrostu, więc żadne nie miało cierpieć katuszy i niewygody. To była niewątpliwa zaleta, szczególnie że Ambroise nigdy nie miał specjalnego problemu z wysokimi kobietami. Przeciwnie. Już jakiś czas wcześniej swobodnie stwierdził, że mogła nosić przy nim buty na obcasie, nawet takim niebotycznie wysokim, jeśli by sobie tego życzyła. Był pewny siebie. Nie miał kompleksów związanych ze swoim wzrostem. Poza tym to raczej miały być te nieliczne chwile, ponieważ oboje raczej preferowali wygodę - on bardziej elegancko-codzienną, ona trochę z większym pazurem. Strojenie się na wydarzenia towarzyskie nie było ich głównym problemem.
Za to podejście pod wiatr pod górę piachu już tak. Cholerne mugolskie rozwiązania.
Mimo to cieszył się z takiej a nie innej odpowiedzi. Było jasne, że mieli wobec siebie mniej więcej zbieżne oczekiwania i żadne z nich nie chciało przesadnie wybiegać w przyszłość. Może to brzmiało śmiesznie, gdyby wziąć pod uwagę wspólne plany zakupu nieruchomości i te pozostałe drobne detale, ale trochę mu ulżyło. Nie wiedział jak mógłby zareagować na przedwczesne deklaracje lub podpuszczanie go do tego samego. Pragnął jej, pożądał, chciał ułożyć sobie z nią życie, ale wszystko i tak działo się całkiem szybko. Jeszcze się nią nie nasycił. Wątpił, żeby to miało szybko ulec zmianie, ale większe deklaracje instynktownie pozostawiał na czas, kiedy dotrą się do siebie i ustalą własne zasady życia. To chyba było rozsądne.
- Znowu w piękny sposób nazywasz to, że nie minie kilka godzin i przestanę być zdeterminowany za to zacznę być apodyktyczny albo, co gorsza, zdesperowany? Wyczuwam w tym pewną znajomą sugestię - zauważył, bo sytuacja jak najbardziej pozwalała na to, żeby mógł poczepiać się słówek, które słyszał stosunkowo często odkąd zaczęli się ze sobą zadawać.
Nie to, żeby był jej dłużny. Również znajdował różne coraz bardziej wysublimowane i jak sądził trafnie uszczypliwe określenia na niektóre zachowania Geraldine. Tym samym nie obrażał jej a jedynie zaznaczał fakty. Nie była opryskliwa tylko zaczepna, była bojowa czy też konfrontacyjna. Tak samo jak nie nazywał jej mocną w gębie a na przykład rozdyskutowaną. Wielomiesięczne ślęczenie nad translacjami i słownikami przynosiło wiele inspiracji zaś ich małe spiny były dzięki temu ciekawsze, nawet odrobinę pozbawione znaczenia, dzięki czemu mogli je szybciej doprowadzać do końca. Przecież ostatecznie wcale nie chciał się z nią kłócić.
Teraz już tym bardziej, bo przez różowe okulary dostrzegał głównie same pozytywne zmiany. Jasne. Nie twierdził, że mieli przestać się sprzeczać. Oboje lubili zaznaczać swoją dominację i to nie miało się zbyt szybko zmienić. On sam zdecydowanie potrzebował czasu, żeby nauczyć się dochodzenia do kompromisów bez poczucia, że robi tym komuś łaskę albo tym bardziej, że to ktoś robi łaskę jemu. Ostatnie miesiące powoli uczyły Greengrassa cierpliwości, ale uwarunkowania rodzinne, charakteralne i sytuacyjne nie były czymś, co dało się tak po prostu odłożyć na półkę z niewłaściwymi zachowaniami. Tym samym Ambroise aktualnie próbował podejść do tego z innej strony: poprzez te absurdalne synonimy dla słów, które mogłyby zostać odebrane zbyt ostro.
Jak do tej pory to przynosiło raczej same pozytywne skutki. Szczególnie, że kiedy myślał o tym, co chce powiedzieć szukając dobrego określenia, często wpadał na coś, co brzmiało tak niedorzecznie, że reagował na to wewnętrznym śmiechem i odpuszczał komentarz. Nigdy nie sądził, że zacznie postępować właśnie w taki sposób, ale to chyba było częścią tej sztuki kompromisów i nie brania wszystkiego zbyt serio, której przez większość życia był mniej lub bardziej pozbawiony.
Dojrzewał do tego, żeby nie być człowiekiem patrzącym głównie na czubek własnego nosa? To mogłaby być całkiem dziwna myśl. Tym bardziej, że upierał się przy tym, że zawsze dbał o innych ludzi. Inaczej nie miałby przyjaciół. W tym wypadku chyba chodziło o coś innego - ten romantyczny aspekt życia, którego wcześniej nie dopuszczał do głosu. W tym momencie zaczynało zależeć mu na Geraldine w inny sposób niż to robił w stosunku do kogokolwiek innego.
Chciał jej szczęścia, bezpieczeństwa, uśmiechu na różanych ustach, ale też pełnowymiarowego zainteresowania, pożądliwej wzajemności, nagiego ciała przy swoim, deklaracji, że jest jego i niczyja inna. W tym wypadku bezkompromisowo mógł nazwać się bardziej zaborczym niż w innych przypadkach, kiedy wystarczał mu przelotny kontakt, list czy dwa, potwierdzenie, że wszystko jest w porządku. Czuł się nawet bardziej uwikłany niż wtedy, kiedy panowała między nimi gorzka niepewność. Z tą różnicą, że teraz nie czuł się z tym źle. Jedynie inaczej niż kiedykolwiek.
A to był dopiero sam początek. Już teraz starał się być kowalem swojego losu. Zbyt wiele pozostawili przypadkowi, który choć zadziałał na ich korzyść to długo mu to zajęło i niemal całkowicie się minęli. W tej chwili Ambroise nie chciał dłużej bazować na szczęśliwym trafie losu. Wystarczyło, że dwa razy im się powiodło - wtedy na przyjęciu i najwidoczniej teraz z trafnym wyborem domku, który sobie przywłaszczyli. Oboje byli zdecydowani, że to może być ich miejsce, więc należało je takowym uczynić.
- Myślisz, że może musimy je zostawić na miejscu do czasu oficjalnego oglądania pomieszczeń? Czy zwykłe zaklęcie konfundujące powinno wystarczyć w przypadku mugoli, do których to należy? - Skoro razem podejmowali poważne decyzje to pokusił się o zapytanie Geraldine o opinię zamiast tak po prostu zadecydować o rzuceniu czarów na tamtych ludzi, żeby osiągnąć sukces.
Standardowo raczej nie zawahałby się przed użyciem magii, gdy w grę wchodziły niemalże wyłącznie pozytywne efekty. Ambroise nie był specjalnie wyrozumiały w stosunku do ludzi, którzy mogli kręcić nosami na hojne oferty wyłącznie po to, żeby zobaczyć, na ile mogą zawyżyć cenę. A za taki element miał sezonowych mieszkańców turystycznych nadmorskich miejscowości. Zaklęcie czy dwa załatwiłyby sprawę bez konieczności wdawania się w dyskusje i zgrywania odpowiednio umiarkowanie zainteresowanego złożeniem oferty. Ani nie zdesperowanego, ani nie przesadnie wycofanego. Jeszcze nigdy nie musiał prowadzić negocjacji z przedstawicielami innej społeczności i choć z grubsza spodziewał się przebiegu sprawy to postanowił ustalić ruchy wspólnie. Jak cholernie dojrzały partner.
- Zgubiłem się mniej więcej w połowie - stwierdził bez większego zastanowienia, wzruszając skostniałymi ramionami. - Nie, żebym tak właściwie to się kiedykolwiek odnalazł po tym tam, ale nieistotne - tym razem ta uwaga brzmiała wyłącznie żartobliwie, choć może nie do końca taka była.
Greengrass tak naprawdę nigdy nie wspominał nic odnośnie swojej wewnętrznej reakcji na to, jak bardzo oboje pogubili się wtedy w tamtym miejscu. Sprawiał wrażenie, jakby to, że nie znaleźli żadnej sensownej odpowiedzi na pytania w żaden sposób się na nim nie odbiło. Wiele ułatwiało to, że nie mieli wcześniej żadnej bliskiej relacji, więc jakiekolwiek zmiany w jego podejściu i postępowaniu mogły pozostać niezauważone. I choć w tym wypadku żartowali o znacznie przyjemniejszych rzeczach to tak - zdecydowanie nie spodziewał się spodziewanego. Tego się chyba nauczył, wynosząc tę lekcję z tamtego przypadku. Tego, który jednocześnie był negatywny i pozytywny w konsekwencjach. Z pozytywów miał ją teraz przy sobie i tego zamierzał się trzymać. Być tą lepszą, nowszą wersją siebie. Partnerem. Nawet w dodatku całkiem wspierającym.
- Do usług - najpewniej wysuszyłby zęby w szerokim uśmiechu, gdyby nie to, że ryzykowałby wtedy powybijaniem ich sobie przez niekontrolowane dygotanie ciała.
Nie założenie na siebie wszystkich ubrań do końca najpewniej nie było zbyt dobrą decyzją, ale większa ilość piachu za kołnierzem raczej byłaby dla Ambroisa nie do przeżycia. W tym momencie nie przepadał za plażą. Tym bardziej, że nie mogli teleportować się z powrotem do wygodnego domu i wanny tylko musieli iść pod górę jak para tfu mugoli. Jasne. To mogło być całkiem zabawne, gdyby nie wszechogarniające zimno, od którego cały skostniał.
Kiedy Geraldine zaoferowała mu miejsce pod okryciem nie zastanawiał się zbyt długo. Normalnie raczej stwierdziłby, że powinna jak najbardziej się okutać a on miał dać sobie radę, ale tym razem energicznie pokiwał głową. Tym bardziej, że byli mniej więcej jednakowego wzrostu, więc żadne nie miało cierpieć katuszy i niewygody. To była niewątpliwa zaleta, szczególnie że Ambroise nigdy nie miał specjalnego problemu z wysokimi kobietami. Przeciwnie. Już jakiś czas wcześniej swobodnie stwierdził, że mogła nosić przy nim buty na obcasie, nawet takim niebotycznie wysokim, jeśli by sobie tego życzyła. Był pewny siebie. Nie miał kompleksów związanych ze swoim wzrostem. Poza tym to raczej miały być te nieliczne chwile, ponieważ oboje raczej preferowali wygodę - on bardziej elegancko-codzienną, ona trochę z większym pazurem. Strojenie się na wydarzenia towarzyskie nie było ich głównym problemem.
Za to podejście pod wiatr pod górę piachu już tak. Cholerne mugolskie rozwiązania.