• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas

[okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
06.10.2024, 05:54  ✶  
Nie zmieniając wyrazu twarzy ponownie wzruszył ramionami. Nie to, żeby nie przejmował się wizją gniewu Nory dotykającej go bardziej niż by tego chciał. Zezłoszczona siostra Thomasa potrafiła być naprawdę niespodziewanie przerażającym widokiem. Całe szczęście nie musiał przekonywać się o tym na własnej skórze. Jak do tej pory było między nimi na tyle w porządku, że najwidoczniej nie widziała problemu z powierzeniem mu swojego dziecka. Ambroise sam by sobie nie powierzył żadnego dzieciaka. To chyba było spore zaufanie.
- W Lecznicy Dusz mają o mnie średnią opinię, chyba jestem na cenzurowanym - odpowiedział krótko, jakby tam rzeczywiście mogło być coś, o czym nie należało mówić głośno.
W rzeczywistości nie miał niemal żadnych związków z tamtym miejscem, bo to inne oddziały (szczególnie klątwy i urazy pozaklęciowe) przyjmowały do siebie potencjalnych wariatów. U nich bywały głównie zatrucia, niestrawności, czasem osobliwe przypadki wyrastania roślin na ciele. Średnia ilość wariatów - zarówno pośród pacjentów jak i uzdrowicieli. Jedynie o przytomności umysłowej stażystów miewał czasem wątpliwą opinię.
Z nim samym nie zawsze było najlepiej, ale żeby sugerowano mu tak dużą niepoczytalność jaką mógłby być mezalians z mugolaczką? Litości. Za bardzo lubił swoją względnie nieposzlakowaną opinię, żeby ryzykować wydziedziczeniem. Tym bardziej, że byłoby dokładnie tak jak to trafnie wnioskował Thomas. Macosze Ambroisa wystarczyłoby cokolwiek podobnego, żeby chciała spróbować pozbyć się go.
- Poszukiwaczka przygód z rodziny łowców - skwitował z wywróceniem gałek ocznych, po czym douściślił wyłącznie po to, żeby podkreślić absurd sytuacyjny. - To nawet lepsze niż związek z mugolaczką czy choćby tą nieszczęsną hybrydą skrzatki i centaura. Łowczyni magicznych zwierząt, Figg - brakowało w tym wyłącznie niepoważnego i pełnego niedowierzania ja pierdolę, świnie zaczęły latać bez magii.
Choćby chciał, nie przewidziałby czegoś takiego. Po pierwsze raczej zarzekał się, że stałe związki i romantyczne zobowiązania raczej nie są dla niego. Po drugie nie sądził, żeby kiedykolwiek był w stanie dogadać się z kimś, dla kogo flora była wyłącznie żarciem i ściółką dla zwierzyny. No, może okazjonalnym źródłem zarobku na składnikach do eliksirów. Tymczasem oni dogadywali się bez większych problemów. Jasne - z wieloma drobnymi tarciami, ale w gruncie rzeczy rozumieli się i swoje zbieżne cele niemalże bez słów. To samo w sobie stanowiło materiał na prześmiewczą sztukę, tymczasem Ambroise nie postawił kropki nad i.
- A matka to Borgin - zaznaczył znacząco, nawet jeśli wcale nie musiał tak robić.
Jego niechęć do Borginów była raczej powszechnie znana i z biegiem lat wcale nie uległa rozmyciu. Ambroise miał swoje przekonania. Nie był człowiekiem o najbardziej otwartym umyśle. Przynajmniej nie w powszechnym kontekście. Przez większość czasu patrzył z góry na ludzi, którzy nie pasowali mu do jego wizji świata i poczucia hierarchii, w której został wychowany.
Z powodzeniem mógł uchodzić za uosobienie tradycjonalistycznych czystokrwistych wartości i niespecjalnie mu to przeszkadzało. Wręcz nie usiłował się z tym przesadnie kryć, bo uważał, że nie powinien czuć się winny z powodu lepszego, czystszego magicznego pochodzenia, do czego ostatnio usiłowali nawoływać niektórzy postępowi czarodzieje.
Nie zgadzał się z tego typu poglądami o konieczności zatarcia wszelkich granic, natomiast w tym całym swoim zesztywnieniu miał luźniejsze pojęcie do konceptu wartościowania ludzi ze względu na czystość krwi niżeli otwarcie mógłby przyznać. Tak właściwie to sam nie do końca dopuszczał do siebie myśl, że jest całkiem niezłym hipokrytą, skoro jednocześnie upiera się przy społecznych hierarchiach i burzy je we własnych relacjach towarzyskich uznając niektórych za równiejszych niż innych.
Na przykład taki Thomas miał według niego nieszczęście urodzić się w konieczności podlegania określonym ramom społecznym, jednak w gruncie rzeczy był niemal tuż-tuż tak utalentowany magicznie, że z powodzeniem mógłby uchodzić za mniej czystego kompana o tylko trochę zbrukanej krwi. No, pewnych rzeczy nie dało się przeskoczyć. Tak czy inaczej Ambroise raczej starał się nie wchodzić na grząski grunt (a przynajmniej niezbyt często) zachowując pełną swobodę i ignorując fakt, że ich zażyła relacja trochę odznaczała się skazą na jego tradycjonalizmie. Bywał dogodnie ślepy, kiedy to było mu na rękę.
Wracając zaś do tych nieszczęsnych Borginów i ludzi tego pokroju, Greengrass miał już dużo sztywniejsze i bardziej ukierunkowane poglądy. Nie uważał się za najbardziej łagodnego i najczystszego człowieka. Wręcz przeciwnie, miał nonszalancką świadomość, że bywali na tym świecie ludzie chociażby tacy jak właśnie Figg, którzy w jednej myśli zrobili więcej dla dobra populacji niż on przez rok pracy w szpitalu. Natomiast Ambroise potrafił postawić granicę tam, gdzie wymagała tego zwykła ludzka empatia. Wielokrotnie testował, na co może sobie pozwolić, ale w pewnych przypadkach przestawał na długo przed przekroczeniem granicy.
Niestety nie mógł tego samego powiedzieć o niektórych innych czystokrwistych czarodziejach. Problem robił się tym bardziej znaczny, kiedy chodziło już o całe rody. A Borginowie kimś takim byli. Jasne, nie odmawiał im leczenia, ale nie popierał ich przekonań i posunięć. Nawet jeśli matka Geraldine zachowywała się wyłącznie jak stara wredna baba o przerośniętym ego to sam fakt, że była z takiego rodu czynił tę sytuację bardziej karykaturalną.
Oto on - człowiek szanujący przede wszystkim florę schodził się z kimś, kto rozumiał wyłącznie faunę. Zbierał sobie swoje upatrzone zioła, kiedy ona polowała na magiczne bestie. Może nie obok, ale ta wizja i tak go trochę bawiła. Wielokrotnie w zimnych słowach kwitował brawurowe posunięcia poszukiwaczy adrenaliny tymczasem nagle wszedł w świadomy związek z kimś, kto nie umiał wysiedzieć w miejscu bez małego polowania. No i jeszcze ta Jennifer Yaxley née Borgin. No cóż. Przynajmniej z wyglądu byli do siebie chociaż trochę zbliżeni. Nie niepokojąco jak rodzeństwo. To byłoby obrzydliwe, ale przynajmniej tutaj nie było między nimi aż tak znacznej dysproporcji.
Prócz tego ich rody względnie się dogadywały, choć nie pałały do siebie początkowym entuzjazmem. Korzyści płynące z posiadania uzdrowiciela niemalże w rodzinie była co prawda przyjmowana z entuzjazmem. Szczególnie, że już wcześniej leczył tamtych ludzi a teraz mogli mieć go bardziej na zawołanie i jeszcze nie do końca uczciwie go za to wynagradzać (czego on nie robił dla tej relacji), bo zaczynał być swoim ich chłopem. Natomiast w drugą stronę początkowo żywiono trochę rezerwy i wątpliwości, ale odkąd jego macocha zaczęła myśleć o zaletach w postaci możliwości wykopania Ambroisa zaczęła być znacznie łaskawsza. I chyba na pewno bardziej lubiła jego kobietę niż jego.
- Do domku gościnnego za płotem - odpowiedział z przekąsem, ale w gruncie rzeczy to miał o tym raczej zbliżone zdanie.
Nawet mając świadomość, że Evelyn chętnie zamieniłaby ten ładny biały plotek w wielki i wysoki mur niczym ten proponowany przez czystokrwistego kongresmena Adama Trumpeta w amerykańskim MACUSA. Z tym, że polityk usiłował zapobiec nielegalnej imigracji meksykańskich czarodziejów o wątpliwym pochodzeniu natomiast Evie miała wyłącznie jednego wroga. I był nim on. Z pewnością byłaby w stanie poświęcić kilka grządek, żeby zrobić z nim porządek.
Może nie tych warzywnych, ale na przykład należących do niego.
- Odkąd znasz się na kuchni? - Uniósł brew wymierzając kolejny całkiem rozbawiony cios. - Niby to ja przebywam tu za długo, ale ty najwidoczniej zmieniasz się w swoją siostrę. Upieczesz nam kajzerki, lukrowane ciastka i babkę ziemniaczaną?
Prawdę mówiąc to zaczynał robić się trochę głodny, bo z uwagi na małą nie miał czasu zjeść kolacji a kremówki z kuchni nie były zbyt dobrym źródłem odżywczym. Ponadto rozmawiali o rytuałach i ofiarach a kto nie robiłby się wtedy głodny? Przecież zawsze przed lub po wyprawiano ucztę, co nie? Nie?
- Yule to wyśmienity czas na złożenie ofiary. Tylko muszę znaleźć tu jakiś dogodny krater. Czy muszę to zrobić w jakimś Meksyku? - Spytał, bo przecież miał przed sobą eksperta od podobnych tematów.
Skoro już jego szczęście tak bardzo wymagało podobnych zabiegów (a przecież prawa Hogwartu mówiły jasno i były niepodważalne; że też kompletnie o nich zapomniał) to musiał je zrobić w najlepszy możliwy sposób. Potrzebował wskazówek, instrukcji, informacji. Choć Figgowie raczej nie byli najlepsi w ich przekazywaniu biorąc pod uwagę to, w jaki sposób Greengrassowi wepchnięto małą Mabel.
- Nie chciała jeść ciastek - odpowiedział na swoją obronę, jakby to było dla niego niezmiernie logiczne, że to córka Nory, powinna przepadać za ciastkami; resztą to były naprawdę dobre kremówki.
Sam jedną nie pogardził. Drugą również nie, bo coś mu się należało od życia za bycie darmową opiekunką do dzieci w nienormowanym czasie pracy. Co prawda sam się na to nieświadomie pisał, ale kiedy przyszło co do czego to musiał radzić sobie z sytuacją najlepiej jak to możliwe. Całe szczęście teraz oddał tę konieczność w inne ręce i mógł skupić się na próbach zrozumienia, niespodzianka, kolejnego Figga. A to on był ponoć skomplikowany.
- Pisali o tym w Proroku? - Spojrzał na niego marszcząc mięsień na policzku i mrużąc przy tym jedno oko, bo wyczuwał w tym jakiś kolejny wkręt.
To brzmiało niczym smocze łajno wyssane z palca przez kogoś, komu bardzo nudziło się podczas prac badawczych i archeologicznych. Ewentualnie przez jakiegoś niespełna rozumu pismaka, który nie nadawał się nawet do tworzenia artykułów dla mniej poczytnych szmatławców.
- Subskrybuję również Przegląd Miotlarski i Wieści zza Zasłony - skwitował wzruszeniem ramion, bo przecież nie zamierzał wypierać się faktów.
Większość jego prywatnej kolekcji zajmowały książki medyczne i zielarskie, miał stałe zlecenie na sowy przynoszące mu magazyny okołoherbologiczne, kilka czasopism sportowych dotyczących głównie gry w Quidditcha i tylko (nie aż) jedno pisemko dla ludzi pochłoniętych teoriami spiskowymi. Może nie był zbyt skory do czytania czegoś innego, ale od czasu do czasu sięgał również po Proroka Codziennego. Tak się składało, że ani razu nie natrafił tam na artykuł o czarodzieju, o którym mu opowiadał Thomas, więc Ambroise był raczej sceptyczny. Takie historie na pewno trafiłyby na okładki.
- Poza tym ja przynajmniej nie dostaję czasopism branżowych z plakatami seksownych acz utytłanych w piachu czarownic w bandażach. Kto jest twoją Mummy, Tom, naprawdę? - odgryzł się z trudem powstrzymując śmiech i utrzymując poważną, trochę sztywną minę.
Starał się nie poruszyć ani jednym mięśniem twarzy, natomiast wizja przyjaciela kolekcjonującego magiczne plakaty z przeklętymi, lecz nadal niesamowicie atrakcyjnymi czarownicami była trochę zbyt dobra, żeby nie drgały mu kąciki ust.
- Wydaje mi się, że mogłaby mieć naturalny talent. Jest całkiem żwawa jak na swój wiek - zawyrokował Greengrass, chociaż jeszcze przed chwilą sam przyznał, że nie ma zielonego pojęcia o rozwoju dzieci i o tym, co jest a co nie jest dla nich normą.
Zwyczajnie wydawało mu się, że jak najszybszy kontakt z miotłą mógł być bardzo korzystny dla Mabel. Jasne, nie mówili tutaj o prawdziwej gwieździe (a właściwie to Meteorze) miotlarskiego rynku a o czymś mniejszym i dostosowanym dla małych szkrabów, ale Ambroise mógł sobie wyobrazić tę małą czarownicę na miotle. Może nawet zanim zaczęłaby chodzić. Zgadza się. Nie miał pojęcia o dzieciach.
- Tak czy inaczej, Nora zabroniła przynoszenia takiego prezentu - wyjaśnił, bo naturalne mogłoby się wydawać, że w innym razie ta miotła już by tu gdzieś była.
Najpewniej w pokoju ze stertami innych prezentów a za to bez odpowiednich magicznych kufrów, żeby je pomieścić. Zresztą nie pozwoliłby pogiąć, połamać i uszkodzić delikatnych witek najwyższej jakości miotełki treningowej. Stąd jeszcze takiej nie zakupił. Stąd i z obawy przed dostaniem tą miotłą po łbie szybciej niż zdołałby się uchylić przed ciosem. Zadziwiające, że czuł respekt do drobnej kobiety o prawie czterdzieści centymetrów niższej od niego. Tak. To było osobliwe.
- Nareszcie - mruknął kiwając głową i starając się zniżyć głos tak, żeby nie zaszkodzić próbom utulenia małej do snu.
Mogli mieć znacznie większą swobodę w przypadku śpiącej dziewczynki niż z małą i kapryśną marudą, która wreszcie poddawała się chęci snu. Choć kiedy niemalże się rozbudziła, Greengrass poczuł niewielkie ukłucie paniki. Nie chciał więcej śpiewać.
- Uciekł - teraz go to bawiło, ale w następną pełnię spodziewał się kolejnej powtórki z rozrywki. Tym razem dwunastej. - Nie wiem czy chcę wiedzieć, o jakich stworach i przekleństwach mówisz. Chyba wolałbym spać spokojnie.
Zawsze instynktownie stronił od zapychania sobie głowy niepotrzebną wiedzą odnośnie magicznych bestii czy na tematy, które nie były dla niego częścią starej dobrej codzienności. Tak. Zgadza się. Bardzo chętnie czytał o teoriach spiskowych I wierzył w istnienie Diabłów z Kosmosu, które miały Przenośne Kosmiczne Wrota Piekieł, dzięki którym odwiedzały Ziemię w celu kradzieży cennych drzew z Kniei Godryka.
Natomiast raczej nie wnikał w rzeczy, które nie były mu na rękę. A obawa przed zapuszczaniem się do lasu wywołana przez wizję magicznych krwiożerczych bestii nie była w jego bingo na ten rok. Zresztą zamknął je już pół roku wcześniej, kiedy nawiązał swój osobliwy i osobliwie właściwy nawet nie romans a poważny związek.
- Za to pułapki czy ciekawe klątwy manualne... ...fizyczne?... ...materialne?... ...jak wy to tam nazywacie?... ...brzmią jak coś znacznie ciekawszego, o czym chętnie posłucham - zasugerował, jednocześnie mając nadzieję, że to mogło lepiej wpłynąć na sen małej Mabel aniżeli opowieści o mentalnie chorych kurołakach w kontraście że stworami rodem z najciemniejszych lasów.
- Mi to graj. Naprawdę - odrzekł gładko, bo w żadnym razie nie zamierzał się zarzekać, że chciał się mierzyć z każdą możliwą klątwą włączającą konieczność korzystania z pomocy zielarza.
Tak właściwie to byłoby to największym możliwym przekleństwem. Jasne. Dbał o dobro pacjenta, życzył większości z nich dobrze, ale bez przesady - niektóre klątwy powinny zostać częścią zakresu działań ich łamaczy a nie przepracowanych medyków.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (12304), Thomas Figg (7872)




Wiadomości w tym wątku
[okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.09.2024, 21:18
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 30.09.2024, 01:58
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.09.2024, 17:53
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 02.10.2024, 15:13
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.10.2024, 23:01
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 03.10.2024, 20:00
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.10.2024, 02:08
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 06.10.2024, 03:08
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024, 05:54
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 06.10.2024, 23:26
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.10.2024, 02:44
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 14.10.2024, 01:59
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.10.2024, 16:39
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 20.10.2024, 05:14
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.11.2024, 21:52
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 25.11.2024, 04:45

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa