06.10.2024, 17:48 ✶
To był taki moment, że lepiej było się do mnie, kurwa, nie odzywać. Oddychałem ciężko, może nawet lekko podchodząc pod stan paniki, ale żyłem. Wciąż miałem ten głupi uczuć szorstkiej cegły na rękach, ale przecisnąłem się. Tak, żyłem. Ściany chciały mnie zmiażdżyć, ale udało się. Nie było co przeżywać, ale jednak przerażone spojrzenie kierowałem pod stopy Kimberley, zaraz też na całe jej przerażone ciało, będąc tu tak na dobrą sprawę nieobecnym, bo w swojej głowie niezbyt wesoło kurwiłem. To były kurwy pełne przekleństwa dla jebanego losu albo też typa, który postanowił się na mnie uwziąć w ten podły sposób. Dorwę, chociażbym miał zmienić postać swą na niematerialną.
Powiedziałbym, że nawet nie próbowałem sobie wyobrazić uczucia miażdżenia, ale to byłoby kłamstwo. Wyobraźnię miałem bogatą, a niejednokrotnie ktoś chciał mi zgniatać pewne części ciała, to też ten nacisk nie był mi obcy. Teraz ściana również już mnie ściskała. Zamknęła się sekundę po tym jak z niej wyskoczyłem, więc w ostatecznym rozrachunku to było... kurewskie, tak. Kurewskie to nawet mało powiedziane.
Ale pstryk-pstryk! Działamy dalej. Trzeba było działać dalej. Dorwać paskudztwa, które zmusiły mnie do porannego biegania, wytężania umysłu i przeżywania koszmarów na nowo po nieprzespanej nocy. To wcale nie było lekkie. Wręcz przeciwnie - ciężkostrawne.
Ściany! Wszędzie te jebane, zgniatające mnie ściany!
Samo to wołało o pomstę. Może nie szanowałem swojego ciała, a moje życie z reguły wisiało na włosku, ale uznawałem to za cholernie niewdzięczną śmierć, w sensie bycie zmiażdżonym. Huh, nawet już przestałem lubić słowo miażdżyć. Przynajmniej dziś czy też bardziej urzędowo - w dniu dzisiejszym. Jutro? Zobaczymy. Może odwiedzę winiarnię Anthony’ego i mi przejdzie.
Kim chyba stwierdziła, że patrzę na nią z pogardą i nienawiścią, bo się zaczęła rozklejać jeszcze bardziej. Przeklęte koszmary. Nie tego teraz potrzebowaliśmy.
Cmoknąłem niezadowolony. Nie przepadałem za okazywaniem altruizmu w miejscach, cóż, publicznych. Z reguły też pozostawiałem te oznaki dla specjalnej grupy ludzi w moim życiu, skoncentrowanych głównie w moich sercu. Tak, miałem serce, gdyby ktoś dociekał. Zamierzałem dobrą wolę okazać względem Kimberley.
Zrobiłem krok w jej kierunku i wyciągnąłem do niej dłoń, kiedy Brenna poszła sobie sprawdzać tunel. Niech się rządzi. Odechciało mi się z nią sprzeczać, szczególnie że wiedziała lepiej. Na bank była kujonicą, której nikt nie lubił. Mydliła mi oczy, że było inaczej. Chyba że miała wszędzie fory przez nazwisko i przez to miała tendencję do rozpychania się ze swoją mądrością, hę? Cóż, niezależnie od powodu, lepiej było się skupić na przebiegłej Brennie niż na moim altruizmie.
- Wstawaj, Kimberley. Damy radę. Nie możemy się mazać, bo mamy śliczne mundurki BUMowców. Jeśli my nie będziemy twardzi, to kto będzie? - zapytałem ją całkiem delikatnym głosem, chcąc jej dodać otuchy. Taki był właśnie zamiar. Niech się cieszy, bo nieczęsto byłem miły dla obcych. Raczej zwykłem grozić albo sobie kpić. - I jeśli cię to pocieszy, wczoraj byłem w podobnej sytuacji, a potem całą noc śniły mi się ściany, jebane koszmary, jestem przez to kurewsko niewyspany i rozbity, ale ogarniam się i idę dalej. Tak trzeba - przyznałem krótko, ale bez tej nuty kpiny. Nawet się wzdrygnąłem dosyć realistycznie na te wyznania i wspomnienie o ścianach. Może nawet było to prawdziwe i się uzewnętrzniłem przed tą drobną pańcią. Cóż, wszelkie żarciki i głupie uśmieszki cofnąłem na etapie przełyku, więc teraz zalegały mi w żołądku, a niebawem może wyfruną przez mój tyłek, ale tymczasem... Czekałem z tą dłonią, aż w końcu się odsmarczy i ją złapie. Miałem swoje bicepsy, które przedkładałem nad naukę czarów, więc podniesienie jej było tylko kwestią jej zasranego wyboru. Couchem czy też mówcą motywacyjnym mógłbym być lepszym, ale nie mieliśmy czasu. Życie. Poza tym to Brenna tu dowodziła. Miała jeszcze fajniejszy mundurek na sobie. Nie taki kinderkowy.
- Doskonale! - odparłem do Brenny, puszczając Kimberley, o ile skorzystała z mojego wsparcia. Pewnie delikatnie poklepałem ją po ramieniu dla pocieszenia, dodania otuchy, wiary we własne możliwości może...? Cóż, niezależnie od efektu, postanowiłem znaleźć plusy w tej chujowej sytuacji.
- Nie mogę się doczekać kolejnych niespodzianek! - stwierdziłem, po czym w miarę cicho klasnąłem w dłonie. Z tym swoim pechem nie chciałem zbudzić nietoperzy. - Idziemy?
Z ciekawości rzucam na charyzmę w przemowie dla Kimberley. Ostateczną interpretację pozostawiam Tobie <3
Powiedziałbym, że nawet nie próbowałem sobie wyobrazić uczucia miażdżenia, ale to byłoby kłamstwo. Wyobraźnię miałem bogatą, a niejednokrotnie ktoś chciał mi zgniatać pewne części ciała, to też ten nacisk nie był mi obcy. Teraz ściana również już mnie ściskała. Zamknęła się sekundę po tym jak z niej wyskoczyłem, więc w ostatecznym rozrachunku to było... kurewskie, tak. Kurewskie to nawet mało powiedziane.
Ale pstryk-pstryk! Działamy dalej. Trzeba było działać dalej. Dorwać paskudztwa, które zmusiły mnie do porannego biegania, wytężania umysłu i przeżywania koszmarów na nowo po nieprzespanej nocy. To wcale nie było lekkie. Wręcz przeciwnie - ciężkostrawne.
Ściany! Wszędzie te jebane, zgniatające mnie ściany!
Samo to wołało o pomstę. Może nie szanowałem swojego ciała, a moje życie z reguły wisiało na włosku, ale uznawałem to za cholernie niewdzięczną śmierć, w sensie bycie zmiażdżonym. Huh, nawet już przestałem lubić słowo miażdżyć. Przynajmniej dziś czy też bardziej urzędowo - w dniu dzisiejszym. Jutro? Zobaczymy. Może odwiedzę winiarnię Anthony’ego i mi przejdzie.
Kim chyba stwierdziła, że patrzę na nią z pogardą i nienawiścią, bo się zaczęła rozklejać jeszcze bardziej. Przeklęte koszmary. Nie tego teraz potrzebowaliśmy.
Cmoknąłem niezadowolony. Nie przepadałem za okazywaniem altruizmu w miejscach, cóż, publicznych. Z reguły też pozostawiałem te oznaki dla specjalnej grupy ludzi w moim życiu, skoncentrowanych głównie w moich sercu. Tak, miałem serce, gdyby ktoś dociekał. Zamierzałem dobrą wolę okazać względem Kimberley.
Zrobiłem krok w jej kierunku i wyciągnąłem do niej dłoń, kiedy Brenna poszła sobie sprawdzać tunel. Niech się rządzi. Odechciało mi się z nią sprzeczać, szczególnie że wiedziała lepiej. Na bank była kujonicą, której nikt nie lubił. Mydliła mi oczy, że było inaczej. Chyba że miała wszędzie fory przez nazwisko i przez to miała tendencję do rozpychania się ze swoją mądrością, hę? Cóż, niezależnie od powodu, lepiej było się skupić na przebiegłej Brennie niż na moim altruizmie.
- Wstawaj, Kimberley. Damy radę. Nie możemy się mazać, bo mamy śliczne mundurki BUMowców. Jeśli my nie będziemy twardzi, to kto będzie? - zapytałem ją całkiem delikatnym głosem, chcąc jej dodać otuchy. Taki był właśnie zamiar. Niech się cieszy, bo nieczęsto byłem miły dla obcych. Raczej zwykłem grozić albo sobie kpić. - I jeśli cię to pocieszy, wczoraj byłem w podobnej sytuacji, a potem całą noc śniły mi się ściany, jebane koszmary, jestem przez to kurewsko niewyspany i rozbity, ale ogarniam się i idę dalej. Tak trzeba - przyznałem krótko, ale bez tej nuty kpiny. Nawet się wzdrygnąłem dosyć realistycznie na te wyznania i wspomnienie o ścianach. Może nawet było to prawdziwe i się uzewnętrzniłem przed tą drobną pańcią. Cóż, wszelkie żarciki i głupie uśmieszki cofnąłem na etapie przełyku, więc teraz zalegały mi w żołądku, a niebawem może wyfruną przez mój tyłek, ale tymczasem... Czekałem z tą dłonią, aż w końcu się odsmarczy i ją złapie. Miałem swoje bicepsy, które przedkładałem nad naukę czarów, więc podniesienie jej było tylko kwestią jej zasranego wyboru. Couchem czy też mówcą motywacyjnym mógłbym być lepszym, ale nie mieliśmy czasu. Życie. Poza tym to Brenna tu dowodziła. Miała jeszcze fajniejszy mundurek na sobie. Nie taki kinderkowy.
- Doskonale! - odparłem do Brenny, puszczając Kimberley, o ile skorzystała z mojego wsparcia. Pewnie delikatnie poklepałem ją po ramieniu dla pocieszenia, dodania otuchy, wiary we własne możliwości może...? Cóż, niezależnie od efektu, postanowiłem znaleźć plusy w tej chujowej sytuacji.
- Nie mogę się doczekać kolejnych niespodzianek! - stwierdziłem, po czym w miarę cicho klasnąłem w dłonie. Z tym swoim pechem nie chciałem zbudzić nietoperzy. - Idziemy?
Z ciekawości rzucam na charyzmę w przemowie dla Kimberley. Ostateczną interpretację pozostawiam Tobie <3
Rzut N 1d100 - 55
Sukces!
Sukces!