06.10.2024, 23:40 ✶
Nigdy nie życzyłaby sobie, aby Lorraine do tego przeklętego Degenhardta nic nie czuła, bo nie była zwolennikiem wypowiadania pobożnych życzeń, które nie miały prawa się spełnić. Ostała się w Maeve resztka realizmu i uziemienia; wiedziała, że pozbycie się niektórych nawyków dla wili byłoby niemożliwe. Nie byłaby w stanie nie czuć niczego, kiedy jej serce kipiało od uczuć, gdy przelewało się nieustannie niczym wypełniony po brzegi kielich. Chcąc uniknąć gorącej krwi zalewającej ją od środka, musiała dać upust temu, co się w niej kłębiło. Musiała mieć kogoś, na kogo swoje gorejące uczucia przeleje, aby samej się w nich nie utopić.
Po prostu marzyła, gniewnie, acz cicho, aby emocje, które Otto wywoływał w Raine były inne. Najlepiej podobne do tego, co sama Mewa czuła wobec tego parszywego rozpustnika, który snuł się po ulicach Nokturnu niczym makabryczna zaraza. Chciała, aby Lorraine dzieliła nienawiść wobec tego człowieka, która w mniemaniu Chang jak najbardziej mu się należała. Nie dlatego, że był mężczyzną; jego płeć była jedynie wisienką na torcie degrengolady, jaką sobą reprezentował.
Jeśli już musiała coś, co niego czuć, czemu nie mogło być to odium i obrzydzenie?
Maeve nie mogła usprawiedliwić dorosłego mężczyzny, który brał sobie skrzywdzone dziewczę jako kochankę. Nieważne, kto miałby nią być, nieważne, jak świetne mogła mieć powody, aby wpaść w sidła jego ramion. Było coś paskudnego w zachowaniu w pełni świadomego człowieka, który stawia się w roli dobrego samarytanina i wyciąga rękę do zagubionej, skrzywdzonej dziewczyny, oferując pomoc opiewającą we wszeteczny dotyk i mamiące, słodkie słówka. Obrzydzało Mewę do cna, kiedy ktoś pokroju Degenhardta stawiał się w jawnej pozycji siły, udawał wielkodusznego przewodnika, aby następnie wykorzystać kobietę, która desperacko potrzebuje kogoś, kto poprowadzi ją przez meandry życia. To jak karmić głodnego piołunem, jak dolewać spragnionemu trucizny do wody; uzależnił ją od siebie wizją zbawienia, które nigdy miało nie nadejść.
W końcu jak można odkupić swoje winy z pomocą kogoś, kogo nawet diabły przegoniły z piekła?
Lorraine mogła wmawiać jej bezustannie, na kolanach przekonywać, że wszystko wydarzyło się za obopólną zgodą, a ponadto się jej to podłe traktowanie należało. Maeve mogła jedynie prychnąć z pogardą w odpowiedzi i z miłości do ukochanej prosić bogów, aby nie splatali ze sobą ścieżek jej i Degenhardta, bo jeśli kiedyś go spotka na swojej drodze, to go gołymi rękoma rozpłata i powiesi za parszywe jelita tam, gdzie tego kurwiska miejsce - u pobliskiej latarni, na należne zmarnowanie i pośmiewisko. Ku przestrodze wszystkim tym chamom, bawidamkom i okrutnikom, którzy odważą się wykorzystać dobre serce Lorraine i choćby pomyśleć o tknięciu jej. Wszyscy bogowie jej świadkiem, że pośle każdego skurwiałego śmiałka tam, gdzie nawet demony boją się chadzać.
Owszem, Maeve wierzyła w dobre serce Raine, wbrew temu, co wiła próbowała wmówić sobie i wszystkim innym. I współczuła jej, całą sobą żałośnie współczuła, że zdeptano jej poczucie wartości do tego stopnia, że ktoś tak mierny jak Otto objawił się jej aniołem stróżem.
- Nie chcesz tego, co ja - odparła, ewidentnie nie zgadzając się z jej wizją świata. Nie umiała wyzbyć się złości, nie potrafiła odpuścić, więc się pewnie tak skończy, że nawet dla Lorraine będzie wredna. I będzie się potem za to biczować, nienawidzić własnego odbicia w lustrze, że śmiała się odezwać w ten sposób do niej. - Tak, chcesz być kochana i kochać. Szkoda, że każdego, kto będzie dla ciebie względnie miły - wykrzywiła usta w grymasie mówiąc to, a czoło zmarszczyło się w złości razem z nosem. Nie chciała nazywać Malfoy kurwą, choć miała szacunek do tego zawodu, bo kurwy przynajmniej dostawały zapłatę w zamian za swoje usługi. Natomiast Raine oddawała się degeneratom byle coś poczuć, a w nagrodę nie dostawała nic, nawet szacunku.
Dotyk wiły w tym momencie parzył, niczym rozżarzone piętno przyłożone do skóry. Z jednej strony chciała odsunąć twarz, oszczędzić sobie bólu, ale z drugiej niczego bardziej nie pragnęła niż być przez nią naznaczoną. Wszem wobec ogłaszać, że należy do Lorraine i tylko do Lorraine, że nikt nie ma prawa wejść pomiędzy ich dwójkę. Gorliwie dążyła do wizji świata, gdzie istnieją tylko one dwie, ale dopóki Malfoy nie będzie się chciała pozbyć demonów nawiedzających jej łóżko, będzie się z tym marzeniem czuła jak głupiec. Jak błazen, który naiwnie pozwala sobie przyprawiać rogi.
- Poszłabym za tobą do piekła i z powrotem, ale najbardziej chciałabym, żebyś przestała to piekło odwiedzać - wyznała rozpaczliwie, wypuszczając powietrze nosem we frustracji. Raine nie musiała jej mówić, że skoczyłaby dla niej z balustrady z uśmiechem na ustach, bo Maeve to wiedziała. Wiedziała, że zrobiłaby to dla każdego, kogo kocha. Ale ponieważ w tym gronie było tylu mącicieli, ta obietnica oddania wydawała się niezwykle pusta. - Co mi z twojej śmierci, Lorraine? Czy właśnie tak widzisz miłość? Myślisz, że nie będziesz kochana, dopóki nie wyrwiesz sobie bijącego jeszcze serca z piersi i nie oddasz drugiej osobie w ofierze? - Spojrzała na nią z boleścią w oczach, wyglądając jakby miała się zaraz ze złości rozpłakać. Maeve rzadko roniła łzy, dawała upust emocjom w inny sposób, żal przeistaczała w przemoc i wyrządzała ją tym, którym się to należało. Teraz należało się jednak przede wszystkim Lorraine, a nie zmusiłaby się za żadne skarby, aby na nią rękę podnieść. Gdyby to zrobiła, w następnej kolejności poszłaby sobie ją odrąbać.
- Też nie lubię, kiedy się kłócimy - zgodziła się z nią, choć w głosie zabrzmiała nuta przekąsu. - Tylko jak mam nie być na ciebie zła, kiedy serce masz jedno, a oferujesz je każdemu na swojej drodze? - Rzuciła w eter pytanie, a potem odsunęła się od Malfoy, by stanąć tuż obok i chwycić się barierki. Przechyliła się nad nią i spuściła głowę w dół, jakby chciała powstrzymać zalewającą ją krew od dosięgnięcia czaszki.
Po prostu marzyła, gniewnie, acz cicho, aby emocje, które Otto wywoływał w Raine były inne. Najlepiej podobne do tego, co sama Mewa czuła wobec tego parszywego rozpustnika, który snuł się po ulicach Nokturnu niczym makabryczna zaraza. Chciała, aby Lorraine dzieliła nienawiść wobec tego człowieka, która w mniemaniu Chang jak najbardziej mu się należała. Nie dlatego, że był mężczyzną; jego płeć była jedynie wisienką na torcie degrengolady, jaką sobą reprezentował.
Jeśli już musiała coś, co niego czuć, czemu nie mogło być to odium i obrzydzenie?
Maeve nie mogła usprawiedliwić dorosłego mężczyzny, który brał sobie skrzywdzone dziewczę jako kochankę. Nieważne, kto miałby nią być, nieważne, jak świetne mogła mieć powody, aby wpaść w sidła jego ramion. Było coś paskudnego w zachowaniu w pełni świadomego człowieka, który stawia się w roli dobrego samarytanina i wyciąga rękę do zagubionej, skrzywdzonej dziewczyny, oferując pomoc opiewającą we wszeteczny dotyk i mamiące, słodkie słówka. Obrzydzało Mewę do cna, kiedy ktoś pokroju Degenhardta stawiał się w jawnej pozycji siły, udawał wielkodusznego przewodnika, aby następnie wykorzystać kobietę, która desperacko potrzebuje kogoś, kto poprowadzi ją przez meandry życia. To jak karmić głodnego piołunem, jak dolewać spragnionemu trucizny do wody; uzależnił ją od siebie wizją zbawienia, które nigdy miało nie nadejść.
W końcu jak można odkupić swoje winy z pomocą kogoś, kogo nawet diabły przegoniły z piekła?
Lorraine mogła wmawiać jej bezustannie, na kolanach przekonywać, że wszystko wydarzyło się za obopólną zgodą, a ponadto się jej to podłe traktowanie należało. Maeve mogła jedynie prychnąć z pogardą w odpowiedzi i z miłości do ukochanej prosić bogów, aby nie splatali ze sobą ścieżek jej i Degenhardta, bo jeśli kiedyś go spotka na swojej drodze, to go gołymi rękoma rozpłata i powiesi za parszywe jelita tam, gdzie tego kurwiska miejsce - u pobliskiej latarni, na należne zmarnowanie i pośmiewisko. Ku przestrodze wszystkim tym chamom, bawidamkom i okrutnikom, którzy odważą się wykorzystać dobre serce Lorraine i choćby pomyśleć o tknięciu jej. Wszyscy bogowie jej świadkiem, że pośle każdego skurwiałego śmiałka tam, gdzie nawet demony boją się chadzać.
Owszem, Maeve wierzyła w dobre serce Raine, wbrew temu, co wiła próbowała wmówić sobie i wszystkim innym. I współczuła jej, całą sobą żałośnie współczuła, że zdeptano jej poczucie wartości do tego stopnia, że ktoś tak mierny jak Otto objawił się jej aniołem stróżem.
- Nie chcesz tego, co ja - odparła, ewidentnie nie zgadzając się z jej wizją świata. Nie umiała wyzbyć się złości, nie potrafiła odpuścić, więc się pewnie tak skończy, że nawet dla Lorraine będzie wredna. I będzie się potem za to biczować, nienawidzić własnego odbicia w lustrze, że śmiała się odezwać w ten sposób do niej. - Tak, chcesz być kochana i kochać. Szkoda, że każdego, kto będzie dla ciebie względnie miły - wykrzywiła usta w grymasie mówiąc to, a czoło zmarszczyło się w złości razem z nosem. Nie chciała nazywać Malfoy kurwą, choć miała szacunek do tego zawodu, bo kurwy przynajmniej dostawały zapłatę w zamian za swoje usługi. Natomiast Raine oddawała się degeneratom byle coś poczuć, a w nagrodę nie dostawała nic, nawet szacunku.
Dotyk wiły w tym momencie parzył, niczym rozżarzone piętno przyłożone do skóry. Z jednej strony chciała odsunąć twarz, oszczędzić sobie bólu, ale z drugiej niczego bardziej nie pragnęła niż być przez nią naznaczoną. Wszem wobec ogłaszać, że należy do Lorraine i tylko do Lorraine, że nikt nie ma prawa wejść pomiędzy ich dwójkę. Gorliwie dążyła do wizji świata, gdzie istnieją tylko one dwie, ale dopóki Malfoy nie będzie się chciała pozbyć demonów nawiedzających jej łóżko, będzie się z tym marzeniem czuła jak głupiec. Jak błazen, który naiwnie pozwala sobie przyprawiać rogi.
- Poszłabym za tobą do piekła i z powrotem, ale najbardziej chciałabym, żebyś przestała to piekło odwiedzać - wyznała rozpaczliwie, wypuszczając powietrze nosem we frustracji. Raine nie musiała jej mówić, że skoczyłaby dla niej z balustrady z uśmiechem na ustach, bo Maeve to wiedziała. Wiedziała, że zrobiłaby to dla każdego, kogo kocha. Ale ponieważ w tym gronie było tylu mącicieli, ta obietnica oddania wydawała się niezwykle pusta. - Co mi z twojej śmierci, Lorraine? Czy właśnie tak widzisz miłość? Myślisz, że nie będziesz kochana, dopóki nie wyrwiesz sobie bijącego jeszcze serca z piersi i nie oddasz drugiej osobie w ofierze? - Spojrzała na nią z boleścią w oczach, wyglądając jakby miała się zaraz ze złości rozpłakać. Maeve rzadko roniła łzy, dawała upust emocjom w inny sposób, żal przeistaczała w przemoc i wyrządzała ją tym, którym się to należało. Teraz należało się jednak przede wszystkim Lorraine, a nie zmusiłaby się za żadne skarby, aby na nią rękę podnieść. Gdyby to zrobiła, w następnej kolejności poszłaby sobie ją odrąbać.
- Też nie lubię, kiedy się kłócimy - zgodziła się z nią, choć w głosie zabrzmiała nuta przekąsu. - Tylko jak mam nie być na ciebie zła, kiedy serce masz jedno, a oferujesz je każdemu na swojej drodze? - Rzuciła w eter pytanie, a potem odsunęła się od Malfoy, by stanąć tuż obok i chwycić się barierki. Przechyliła się nad nią i spuściła głowę w dół, jakby chciała powstrzymać zalewającą ją krew od dosięgnięcia czaszki.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —