08.10.2024, 16:53 ✶
Widownia, z Calanthe, Severine, Lorraine i Baldwinem.
Unikając pytania Severine, wciąż patrzył na scenę. Szczególny gest Baldwina prędko odciągnął jego uwagę od kłaniającego się Oleandra - gdy dłoń kuzyna spoczęła na karku Lorraine, po jego ciele przebiegł dreszcz ostrego obrzydzenia, skrywanego za pustym uśmiechem. Wisceralnie poczuł lepkość palców niedomytego poety na swojej własnej szyi.
Odwrócił wzrok ku Calanthe, wciąż skupionej na bracie. Dobre kilka sekund wpatrywał się dekolt jej bladoróżowej sukni. Nie przejmował się bladością jej gładkiej skóry ani delikatnym zarysem skrytych pod nią obojczyków, nie obchodziły go jej drobne, miękkie piersi - widział tylko chabrowy szafir w centrum naszyjnika z białego złota, który podarował jej wraz z zaproszeniem na dzisiejsze wydarzenie. Baldwin mógł obłapiać Lorraine, mógł zalecać się do niej i zajmować jej uwagę, ale wiedział, że to na Calanthe tak naprawdę mu zależało. Ona jednak należała dzisiaj do Desmonda - kupił jej atencję własnym bogactwem, a nienawidził wyrzucać pieniędzy w błoto.
Gdy jego oczy wróciły do sceny, Baldwin pokonał już połowę drogi do krzeseł na widowni. Z Lorraine na rękach. Zmarszczył brwi w źle skrywanym zdziwieniu, śledząc uważnie mimikę starszej kuzynki. Nie wyglądała jednak na zaniepokojoną.
– Istotnie. Wszyscy jesteśmy. Z ciebie dumni – znudzonym tonem przytaknął słowom Lorraine, uśmiechając się uprzejmie. – Ten występ. To było bardzo odważne z twojej strony.
Starając się nie skrzywić ze wstydu, zaśmiał się sucho po kolejnej wypowiedzi półwiły.
– Dziękuję bardzo. Za komplement. – Wolałby go nie usłyszeć, nawet mimo tego, że zupełnie umknęła mu ukryta w nim kąśliwość. – Oczywiście. Wszystko. To zasługa Oleandra. Nie jestem dobry z transmutacji. Więc. Sam podjął wszystkie decyzje.
Czuł pewną ulgę, zrzuciwszy całą odpowiedzialność na przyjaciela, który wiedział, że lepiej poradzi sobie z podciągnięciem tej czarującej pogawędki.
Wreszcie przeniósł uwagę na Calanthe; jego zimne spojrzenie wbite w jej błękitne oczy, jego umysł tłumiący idiotyczną frustrację.
– Calanthe. Kuzynko – zaczął, ostrożnie wplatając palce w jej kruchą dłoń. – Na pewno zdążyło ci zaschną w gardle chodź. Napijemy się wina.
Już czuł na języku cierpkość ciężkich tanin i palący posmak etanolu. To tęskne pragnienie tak świetnie komponowało się z uczuciami, których doświadczył, gdy obserwował tę wynicowaną, plugawą dżentelmenerię i tę męskość, z jaką Baldwin adorował swoją siostrę. Wiedział, że sam nie potrafiłby zachować się tak wobec Mayi, za bardzo jej nienawidził, i wiedział, że nie mógłby zachować się tak wobec Oleandra, bo nie był on kobietą.
– Znajdziemy ci przekąskę równie słodką. Co twoje lico.
Nie chciał, żeby Baldwin zabrał ją teraz od niego. Nie zasługiwał na przyjemność jej obecności, z resztą miał jej za dużo na co dzień.
Unikając pytania Severine, wciąż patrzył na scenę. Szczególny gest Baldwina prędko odciągnął jego uwagę od kłaniającego się Oleandra - gdy dłoń kuzyna spoczęła na karku Lorraine, po jego ciele przebiegł dreszcz ostrego obrzydzenia, skrywanego za pustym uśmiechem. Wisceralnie poczuł lepkość palców niedomytego poety na swojej własnej szyi.
Odwrócił wzrok ku Calanthe, wciąż skupionej na bracie. Dobre kilka sekund wpatrywał się dekolt jej bladoróżowej sukni. Nie przejmował się bladością jej gładkiej skóry ani delikatnym zarysem skrytych pod nią obojczyków, nie obchodziły go jej drobne, miękkie piersi - widział tylko chabrowy szafir w centrum naszyjnika z białego złota, który podarował jej wraz z zaproszeniem na dzisiejsze wydarzenie. Baldwin mógł obłapiać Lorraine, mógł zalecać się do niej i zajmować jej uwagę, ale wiedział, że to na Calanthe tak naprawdę mu zależało. Ona jednak należała dzisiaj do Desmonda - kupił jej atencję własnym bogactwem, a nienawidził wyrzucać pieniędzy w błoto.
Gdy jego oczy wróciły do sceny, Baldwin pokonał już połowę drogi do krzeseł na widowni. Z Lorraine na rękach. Zmarszczył brwi w źle skrywanym zdziwieniu, śledząc uważnie mimikę starszej kuzynki. Nie wyglądała jednak na zaniepokojoną.
– Istotnie. Wszyscy jesteśmy. Z ciebie dumni – znudzonym tonem przytaknął słowom Lorraine, uśmiechając się uprzejmie. – Ten występ. To było bardzo odważne z twojej strony.
Starając się nie skrzywić ze wstydu, zaśmiał się sucho po kolejnej wypowiedzi półwiły.
– Dziękuję bardzo. Za komplement. – Wolałby go nie usłyszeć, nawet mimo tego, że zupełnie umknęła mu ukryta w nim kąśliwość. – Oczywiście. Wszystko. To zasługa Oleandra. Nie jestem dobry z transmutacji. Więc. Sam podjął wszystkie decyzje.
Czuł pewną ulgę, zrzuciwszy całą odpowiedzialność na przyjaciela, który wiedział, że lepiej poradzi sobie z podciągnięciem tej czarującej pogawędki.
Wreszcie przeniósł uwagę na Calanthe; jego zimne spojrzenie wbite w jej błękitne oczy, jego umysł tłumiący idiotyczną frustrację.
– Calanthe. Kuzynko – zaczął, ostrożnie wplatając palce w jej kruchą dłoń. – Na pewno zdążyło ci zaschną w gardle chodź. Napijemy się wina.
Już czuł na języku cierpkość ciężkich tanin i palący posmak etanolu. To tęskne pragnienie tak świetnie komponowało się z uczuciami, których doświadczył, gdy obserwował tę wynicowaną, plugawą dżentelmenerię i tę męskość, z jaką Baldwin adorował swoją siostrę. Wiedział, że sam nie potrafiłby zachować się tak wobec Mayi, za bardzo jej nienawidził, i wiedział, że nie mógłby zachować się tak wobec Oleandra, bo nie był on kobietą.
– Znajdziemy ci przekąskę równie słodką. Co twoje lico.
Nie chciał, żeby Baldwin zabrał ją teraz od niego. Nie zasługiwał na przyjemność jej obecności, z resztą miał jej za dużo na co dzień.