07.10.2024, 02:05 ✶
- Szpitalne bingo - powtórzył po Basiliusie, choć prawdopodobnie nie powinien tego robić.
No cóż. Każdy uzdrowiciel miał swoje przywary i problemy wynikające z tych niechlubnych cech charakteru. W innym razie nie wybraliby takiej ścieżki zawodowej - bądź co bądź bardzo wyczerpującej, wyniszczającej fizycznie i mentalnie, utrudniającej nawiązywanie trwałych relacji poza szpitalem. Wbrew pozorom tu nie lądowali stabilni psychicznie opanowani ludzie tylko zawodowi desperaci umiejący zachować pozory w miejscu pracy.
- Bez tego byłoby... ...no, może nie nudno... ...nasi słuchacze zapewniają nam dużo rozrywki... ...ale byłoby nas mniej - skwitował.
Cóż. Ambroise był szczery. Jasne. Zachęcał kolegę do awansu natomiast spytany nie ukrywałby, że podwyżka względem obowiązków była niska a nawet nikła. Odpowiedzialność rosła równocześnie ze wzrostem bólu gardła, niewyspania i spadkiem wiary w młode pokolenie.
Zapomniał wół jak cielęciem był, bo przecież sam Greengrass nie był najłatwiejszym stażystą. W tym wypadku wygodnie pomijał ten fakt i szedł dalej narzekać jak to młodzi ludzie zaniżają i tak niskie standardy Munga.
Jeśli to możliwe to dodatkowo zaniżane również przez poziom pomocnych rodzin pacjentów. Mieli tego przykład tuż przed sobą. Półprzytomny i zieloniutki jak baranek z rzeżuchy na obchody Ostary.
- Wspaniale - skwitował powstrzymując się, żeby nie dodać odgrywa pan swoją jakże przydatną pantomimę, panie Lovegood, bo to zabrzmiałoby nieprofesjonalnie a on starał się być profesjonalny mimo zmęczenia. - Wobec tego zajmiemy się najpierw tą częścią. Zapewne spotkał pan lub ktoś z pańskiej rodziny całkiem nowego sprzedawcę gdzieś na Pokątnej. Elokwentnego i zaradnego młodego alchemika produkującego eliksiry ochronne w domu, aby oszczędzić na lokalu i tym samym zachować atrakcyjne ceny - nie musiał pytać czy jego przypuszczenia są zgodne z prawdą, ponieważ pacjent posłał mu spojrzenie świadczące o mieszanie zaskoczenia i podziwu nad zdolnościami Greengrassa.
Oczywiście. Bo przecież był jasnowidzem (bujda, bo widmowidzem jak już) a nie uzdrowicielem zmęczonym wybrykami człowieka, którego złapanie stanowiło problem dla Ministerstwa. Normalnie może poszedłby w zaparte z milczeniem na temat tego skąd posiadał tak wyczerpujące informacje, ale nie w tym momencie. Wykrzywił usta w odrobinę rozgoryczonym grymasie na kształt chłodnego uśmiechu, po czym wrócił wzrokiem do Basiliusa.
- Człowiek od kaktusów na głowie - wyjaśnił pokrótce sądząc, że nie musi dodawać wiele więcej.
O ile kaktusy wyrastające na czubkach głów pacjentów w różnych rozmiarach, kolorach i gatunkach bywały śmiesznym urozmaiceniem szpitalnej rutyny. Greengrass jeszcze nie dalej jak przedwczoraj wdał się w dyskusję z innym uzdrowicielem z oddziału o tym jak powinni odnotować w karcie pacjenta najświeższy przypadek kaktusa. Czy jako Digitostigma caput-medusae, czy jednak wersję Astrophytum caput-medusae, bo przypisanie tego egzemplarza było trochę kontrowersyjne nawet dla bardziej zaawansowanych botaników.
Ogólnie to był raczej śmieszny wybryk do szybkiego zneutralizowania przez kogoś kto się znał a mogli stawiać zakłady, jaki będzie następny kaktus. Natomiast tajemniczy sprzedawca zaczął w gorszy sposób psuć im szyki. Oferował podrabiane substancje o nieprzewidywalnych efektach. To było już niedopuszczalne.
- Podręczny eliksir zasilający - zawyrokował na początku brzmiąc, jakby nie był pewny zanim nie podkreślił znaczenia słów. - Znając styl tego człowieka, tak nazwał swój produkt: Podręczny Eliksir Zasilający. Na moje oko powinien przywracać siły witalne, ale nie zrobił nic takiego, więc wzmocniono go jeszcze - spojrzał w kierunku pacjenta, który już znów odpłynął w jakieś majaki; po czym powstrzymał westchnienie - najpewniej dwie inne podobne substancje z tego samego źródła. Wygląda na to, że coś mogło się wyzerować. Możliwe, że wystarczy samo Antidotum na Niepopularne Trucizny Hoppsa.
To mówiąc rozejrzał się w poszukiwaniu wolnego starszego stażysty, który i tak przysłuchiwał im się z ciekawością. Skinął do niego głową, posyłając go do składziku. Mogli mieć tu lepszy przypadek niż sądzili, o ile zaklęcia nie poczyniły trwalszych szkód a odtrutka miała zadziałać. Tego ostatniego był niemalże pewny.
No cóż. Każdy uzdrowiciel miał swoje przywary i problemy wynikające z tych niechlubnych cech charakteru. W innym razie nie wybraliby takiej ścieżki zawodowej - bądź co bądź bardzo wyczerpującej, wyniszczającej fizycznie i mentalnie, utrudniającej nawiązywanie trwałych relacji poza szpitalem. Wbrew pozorom tu nie lądowali stabilni psychicznie opanowani ludzie tylko zawodowi desperaci umiejący zachować pozory w miejscu pracy.
- Bez tego byłoby... ...no, może nie nudno... ...nasi słuchacze zapewniają nam dużo rozrywki... ...ale byłoby nas mniej - skwitował.
Cóż. Ambroise był szczery. Jasne. Zachęcał kolegę do awansu natomiast spytany nie ukrywałby, że podwyżka względem obowiązków była niska a nawet nikła. Odpowiedzialność rosła równocześnie ze wzrostem bólu gardła, niewyspania i spadkiem wiary w młode pokolenie.
Zapomniał wół jak cielęciem był, bo przecież sam Greengrass nie był najłatwiejszym stażystą. W tym wypadku wygodnie pomijał ten fakt i szedł dalej narzekać jak to młodzi ludzie zaniżają i tak niskie standardy Munga.
Jeśli to możliwe to dodatkowo zaniżane również przez poziom pomocnych rodzin pacjentów. Mieli tego przykład tuż przed sobą. Półprzytomny i zieloniutki jak baranek z rzeżuchy na obchody Ostary.
- Wspaniale - skwitował powstrzymując się, żeby nie dodać odgrywa pan swoją jakże przydatną pantomimę, panie Lovegood, bo to zabrzmiałoby nieprofesjonalnie a on starał się być profesjonalny mimo zmęczenia. - Wobec tego zajmiemy się najpierw tą częścią. Zapewne spotkał pan lub ktoś z pańskiej rodziny całkiem nowego sprzedawcę gdzieś na Pokątnej. Elokwentnego i zaradnego młodego alchemika produkującego eliksiry ochronne w domu, aby oszczędzić na lokalu i tym samym zachować atrakcyjne ceny - nie musiał pytać czy jego przypuszczenia są zgodne z prawdą, ponieważ pacjent posłał mu spojrzenie świadczące o mieszanie zaskoczenia i podziwu nad zdolnościami Greengrassa.
Oczywiście. Bo przecież był jasnowidzem (bujda, bo widmowidzem jak już) a nie uzdrowicielem zmęczonym wybrykami człowieka, którego złapanie stanowiło problem dla Ministerstwa. Normalnie może poszedłby w zaparte z milczeniem na temat tego skąd posiadał tak wyczerpujące informacje, ale nie w tym momencie. Wykrzywił usta w odrobinę rozgoryczonym grymasie na kształt chłodnego uśmiechu, po czym wrócił wzrokiem do Basiliusa.
- Człowiek od kaktusów na głowie - wyjaśnił pokrótce sądząc, że nie musi dodawać wiele więcej.
O ile kaktusy wyrastające na czubkach głów pacjentów w różnych rozmiarach, kolorach i gatunkach bywały śmiesznym urozmaiceniem szpitalnej rutyny. Greengrass jeszcze nie dalej jak przedwczoraj wdał się w dyskusję z innym uzdrowicielem z oddziału o tym jak powinni odnotować w karcie pacjenta najświeższy przypadek kaktusa. Czy jako Digitostigma caput-medusae, czy jednak wersję Astrophytum caput-medusae, bo przypisanie tego egzemplarza było trochę kontrowersyjne nawet dla bardziej zaawansowanych botaników.
Ogólnie to był raczej śmieszny wybryk do szybkiego zneutralizowania przez kogoś kto się znał a mogli stawiać zakłady, jaki będzie następny kaktus. Natomiast tajemniczy sprzedawca zaczął w gorszy sposób psuć im szyki. Oferował podrabiane substancje o nieprzewidywalnych efektach. To było już niedopuszczalne.
- Podręczny eliksir zasilający - zawyrokował na początku brzmiąc, jakby nie był pewny zanim nie podkreślił znaczenia słów. - Znając styl tego człowieka, tak nazwał swój produkt: Podręczny Eliksir Zasilający. Na moje oko powinien przywracać siły witalne, ale nie zrobił nic takiego, więc wzmocniono go jeszcze - spojrzał w kierunku pacjenta, który już znów odpłynął w jakieś majaki; po czym powstrzymał westchnienie - najpewniej dwie inne podobne substancje z tego samego źródła. Wygląda na to, że coś mogło się wyzerować. Możliwe, że wystarczy samo Antidotum na Niepopularne Trucizny Hoppsa.
To mówiąc rozejrzał się w poszukiwaniu wolnego starszego stażysty, który i tak przysłuchiwał im się z ciekawością. Skinął do niego głową, posyłając go do składziku. Mogli mieć tu lepszy przypadek niż sądzili, o ile zaklęcia nie poczyniły trwalszych szkód a odtrutka miała zadziałać. Tego ostatniego był niemalże pewny.