Większość gości i artystów znajduje się obecnie w części: Bankiet. Jedna para tańczy w okolicach magicznie grającej harfy. Ministra wraz ze swym zajadającym przekąski towarzyszem rozmawia z Alexandrem Blatchey'em.
Camille, Jonathan, Jessie
– Owszem. Zauważyłem, że niektóre gusta sporo się Panu zmieniły – chłodne błękitne oczy na moment uciekły do towarzyszącego Jonathanowi młodzieńca, a uśmiech zastygł na twarzy nie sięgając oczu. Selwyn niemal czuł, niemal spodziewał się uniesionej wargi w ostrzegawczym geście, lecz nim on nastąpił, para oddaliła się do błękitnego Namiotu Bankietowego.
Gdy byli już sami pośród tłumów, napięcie momentalnie przeminęło, gesty Hrabiego wobec Camille stały się miękkie, pozostawiające zdecydowanie więcej swobody, zupełnie jakby zdawał sobie sprawę, że zbyt mocne ciągnięcie mogło szybko przerwać łączącą ich strunę. Podał swojej towarzyszce wino, pozwolił sobie na niewielki toast za spotkanie, a potem, nim wsunął drugi kryształ w smukłe palce, poprosił ją w pełnym ukłonie do tańca.
– A więc Oleander tak? – zapytał, korzystając skwapliwie, że może mówić z Camille po francusku. – Musze się Tobie przyznać, że z zazdrością spoglądam na muzyków, na to z jaką sprawnością po klawiaturze przebiegają ich dłonie. W jego interpretacji słyszałem ogień i bunt młodości, to dobrze oddaje beethovenowski żar, który zdecydowanie wyprzedzał swoją epokę. Dowiedziałem się, że jako dzierżący laur komuś powinienem ofiarować swoją atencję, realnie być Mecenasem, a nie tylko zastanawiać się nad tym jak bardzo moje uszy odstają przez dodane doń czubki. – zaśmiał się serdecznie obracając ją łagodnie, by znów wrócić do ramy niespiesznego walca. Ludzi było na tyle mało, że nie przeszkadzał im nikt, choć z pewnością ściągali na siebie zaciekawione spojrzenia. – Jeśli on podobał Ci się najbardziej, nie widzę powodów, aby i moja atencja była dlań przychylna. Mimo mojej zazdrości o róż, którym przez pasaże pokrył Twoje policzki. – dodał ciszej, niemal szepcząc.
Lorraine
Przystojna twarz Lauretty Selwyn wracała do porcelanowego ładu. Jej wściekłość coraz skuteczniej maskowana uśmiechem godnym primabaleriny kotłowała się być może gdzieś wewnątrz, za zasłoną wyzutego z emocji uśmiechu.
– Bardzo Ci dziękuję Lorraine, bez Twojej gry, moje ruchy nie zrobiłyby żadnego wrażenia na publiczności. Ale sztuka właśnie tego wymaga, dźwięku i muzyki. Słowom umyka prawdziwy artyzm. – przyklejony uśmiech, wyuczone frazesy, chłodne pocałunki i cichy świst teleportacji, gdy tancerka przeniosła się na drugi brzeg, nie kłopotając swojego ciała w żadnej mierze do pokonania tego dystansu. Z każdym krokiem jej twarz nabierała mimo wszystko słodyczy, w końcu dla niej to wciąż było spotkanie biznesowe.
Rita, Isaac, Enzo
Pocałunek Enzo nie tylko został dopuszczony, ale okraszony serdecznym chichotem. Buzia młodej Raphaeli lśniła wewnętrznym blaskiem, jej oczy iskrzyły, co rusz uciekając do uśmiechniętej twarzy projektanta.
– Och no przecież! Wy razem pracujecie! Departament Współpracy Międzynarodowej prawda? Enzo tyle mi opowiadał! Choć ja szczerze mówiąc, bardzo go chce nakłonić na porzucenie tej paskudnej biurokracji. To Cię tłamsi! To pozbawia nas tych wszystkich pięknych strojów! Ale ale... Isaac Ty też tam pracujesz prawda! Wydaje mi się, że dwójka z naszych mecenasów... – odwróciła się próbując zorientować się pośród gości, ale Ci w większości byli odwrócili plecami, rozmawiający w namiocie. – A może trójka? Em... To wygląda jak koncert na część międzynarodowej współpracy! Jestem ciekawa, czy wasz przełożony da Wam z tego tytułu premię, będę musiała koniecznie go spytać o to. – Zachichotała znów, wsuwając drugą rękę pod ramię Enzo. – Chodźmy wypić za dzisiejszy wieczór, musicie zobaczyć obrazy, tak żałuję, że nie udało mi się na czas znaleźć żadnej półkrwistej malarki dla odpowiedniego parytetu – westchnęła ciężko, ale jej twarz znów rozjaśnił uśmiech (pełen niezrozumienia) gdy nieoczekiwanie podszedł od grupy jeden z ubranych w szary mundur brygadzistów.
– Em... ee... ja... czy ee... czy mógłbym na moment przeprosić? – Młodzieniec zdawał się mocno skonfliktowany wewnętrznie, możliwe też, że stał obok nich dłuższy moment i dopiero teraz zdecydował się podejść. Isaac, Enzo i Rita rozpoznali go bez trudu jako jednego z ujeżdżających magiczne dywany brygadzistów. Ksywka Złego Wezyra nie przylgnęła jednak do brygadzisty Cedrica Portera, który najwidoczniej chciał zamienić kilka słów z Ritą.
– Widzimy się za moment kochana! – rzuciła przez ramię Avery, ciągnąc mężczyzn do namiotu z poczęstunkiem, by po chwili nachylić się do Enzo i zapytać konspiracyjnie: – Myślisz, że ze sobą sypiają?
Tymczasem pozostawiony przy brzegu jeziora Cedric przez moment nie wiedział co powiedzieć, ale w końcu wyciągnął z kieszeni munduru złotą bransoletkę.. – Nie miałem jak przemycić kwiatów i pomyślałem, że może... ee... to, to się nada zamiast? – niezręcznie przekręcał podarek w dłoniach, by ostatecznie wcisnąć go w ręce kobiety. – Przepraszam, ja... nie powinienem ee, wiesz z Tobą rozmawiać bo jestem na służbie i jeszcze Twój ojciec nas zobaczy i może nie wiem, będę miał problemy czy coś, ale no... ee... bo się nie umówiliśmy poprzednim razem na drugi raz i no nie chciałem się narzucać sowami czy coś ale może... e... maszochotęgdzieśjutroteżwyskoczyć? – zapytał.
Eden
Stojąc przy Fortinbrasie Malfoyu nie sposób było nie czuć jego ciężkiej wody kolońskiej, wysyconej rumem, cygarami, dymem, położonymi na kadzidle i bursztynie. Ciepły zapach kontrastował z chłodną i sztywną sylwetką mężczyzny, który nijak nie odnajdywał się pośród wróżek i kwiatów, mimo lauru i wydłużonych uszu zdawał się być tym fae, przed którym ostrzegały matki swoje dzieci. Bezwzględnie dążącym do celu.
Pytanie wypowiedziane przez Eden zdawało się zdziwić nestora rodu. Uniósł brew i spojrzał na nią z niedowierzaniem, jakby sam fakt, że się odezwała był trudny do uwierzenia, a co dopiero treść, którą niósł jej głos. Chłodne oczy wysokiego mężczyzny wrażały nic ponad rozczarowanie i niechęć, próżno było szukać dawnego uśmiechu, resztek ojcowskiego ciepła.
– Wdała się w ojca – odpowiedział lakonicznie i bez słowa odszedł od nich w kierunku Theseusa Burke. Na jego widok, lekko nadpobudliwa żona szefa departamentu skarbu czmychnęła w kierunku kobiecej nierozerwalnej trójcy Parkinsonów, pozostawiając męża i syna w cieniu byłego Ministra Magii.
Eden tymczasem mogła w końcu spojrzeć na milczącą dotąd Eleonorę, która odprowadziła męża nieobecnym spojrzeniem. Podobnie jak on pochudła w ostatnim czasie, ilość kosmetyków na twarz dodająca jej kolorytu i świetlistości nie była w stanie zatuszować zbolałej miny.
– Muszę się napić – skwitowała krótko i odsunęła się ku stolikowi na którym stały kieliszki, tak, żeby goście nie musieli wypatrywać za każdym razem kelnerów. Pozostawiła też Eden decyzje, czy ta chciałaby do niej dołączyć, czy wolałaby towarzystwo kogoś innego.
Brenna