- Wiem mamo, chociaż wolałabym, żeby ich tutaj po prostu nie było. - Naprawdę nie znosiła robactwa, na samą myśl o owadach na jej plecach pojawiały się dreszcze. Wzbudzały w niej obrzydzenie, okropne. Zdecydowanie wolała zgiełk miasta, nie rozumiała co może być atrakcyjne na łonie dzikiej natury, jak ktoś w ogóle mógł czerpać przyjemność z przebywania w takich miejscach?
Oczywiście nie zamierzała już narzekać, wyraziła swoją opienię, minę nadal miała niezbyt wesołą, ale miały się wziąć do roboty. To znaczy zaczęły piknik.
Podążała za matką w stronę jabłonki o której rozmawiały. Ostrożnie przeszła za nią przez dziurę w murze, nie chciała przypadkowo zaciągnąć sobie ubrania, szkoda jej było tych eleganckich ciuchów. Szła całkiem szybkim tempem licząc na to, że nie zahaczy o jakąś pajęczynę, brakowało jej tylko jeszcze tego okropnego uczucia na twarzy.
- Pikniki z ciekawymi osobami są zawsze miłe. - Miejsca dla Rity były obojętne, w przeciwieństwie do towarzystwa, a czy mogła mieć lepsze od swojej matki? Pewnie nie. Jeszcze miały dołączyć duchy, na pewno będą się wyśmienicie bawić, o ile coś znajdą, nie podejrzewała, żeby mogło być inaczej, bo przecież to miejsce aż prosiło się o to, aby w nim ktoś mieszkał.
Obserwowała uważnie matkę, kiedy ta przygotowywała im miejsce, w którym miały usiąść, chciała jej nawet pomóc, ale z drugiej strony może lepiej jej nie przeszkadzać? Cóż wybrała drugą opcję. Kiedy tamta skończyła usiadła na kocu, wyprostowała nogi i wbiła spojrzenie w rezydencję.
Przyjrzała się uważniej, żeby zwrócić uwagę na to, o czym wspomniała Charlotte. - Faktycznie, ciekawe ile ich tutaj mieszka. - Czuła, że dosyć sporo. Musiały tylko chwilę poczekać, aby się wszystkie ujawniły.
Póki co nie sięgnęła ani po jedzenie, ani po nic do picia, jak zaczarowana obserwowała ruiny.