— Nie ma metody prób, chyba że lubisz być rozchlapanym plackiem na trawniku! — oburzył się Morpheus. Wszystko powinno mieć swoją formułę matematyczną, idealne obliczenia, zanim przystąpi się do praktycznej części. Model testowy, odwzorowujący zewnętrzną strukturę, działania zapobiegawcze! Jednak, mimo wszystko, kontynuował, wiedząc to wszystko, z szeroko otwartymi oczami (i trochę ustami), z dziecięcą ciekawością, obserwując z podziwem brata. Bardzo głęboko ukrywanym, bo nie chciał zdradzić, jak bardzo imponuje mu odwaga brata. Jego brawura zwykle kończyła się, gdy mijała wściekłość lub przychodził ból, bo za bardzo skakał do Derwina i ten po prostu go spacyfikował i wyśmiał. Nawet Aurora, niby dziewczyna, ale aurorka, nie szczędziła mu swojej szorstkiej ręki. Mało kto był tak bardzo Slughornem, jak Morpheus i mało kto miał temperament, jak on. Przez lata mały wieszcz próbował go wygładzić, zwłaszcza pod wpływem Shafiq'a, momenty zastygania i patrzenia się w jedno miejsce. Nikt nie widział drgających w butach palców stóp ani gryzienia wnętrza policzka czy pocierania brzegu książki, aby udawać całkowicie inną osobę.
Położył sobie sam rękę na kolano, przycisnął do ziemi, aby powstrzymać podrywanie. On również wpatrywał się w światełka, jak urzeczony. Brakowało jeszcze głupich melodyjek, aby dwójka Longbottomów przypominała roczniaki przed magiczną zabawką, zostawioną w pokoju dziecinnym, która wysyłała obraz matce do czarodziejskiej kuli, pozwalając na ciągły monitoring potomstwa.
— To na pewno nie wyjdzie, to by zna... Woaaaaaah — sapnął, widząc, jak Clemens uruchomił kostkę. Od razu powstał na nogi, nie kończąc, co znaczyła sekwencja, aby z dziecięcą naiwnością złapać lewitujący przedmiot. W przeciwieństwie do starszego brata (nie miał innych), miał jeszcze te dziwne proporcje dorastającego chłopca i dłuższe niż powinien przy ciężkości swojego ciała. Kostka źle obliczyła jego zasięg, gdy wyciągnął po nią swoje ręce, najpierw o świecący sześcian otarły się opuszki palców, a później całe dłonie wróżbity objęły magiczny przedmiot.
I to był jego największy błąd, z wielu popełnionych tego dnia.
Sekwencja runiczna, która uruchomiła kostkę, w bardzo swobodnym tłumaczeniu, składała się z Mocnej Rośliny Wiążącej. I takaż wyrosła w sekundę z boków kości, oplatając Morpheusa, przyciskając jego ramiona do tułowia i oplatając szyję oraz usta, uniemożliwiając mu czarowanie w jakikolwiek sposób. Zaczął wierzgać nogami, ale nie mógł zrobić nic, całkowicie związany i lekko podduszany przez zmutowaną wersję bluszczu.