07.10.2024, 19:57 ✶
Czy to złość, czy to może zaskoczenie - nie miała pojęcia co dokładnie sprawiło, że proste zaklęcie translokacyjne nie wyszło, a butelka leniwie przesunęła się, wzniosła w powietrze i przepłynęła w niebycie o kilka cali, by potem runąć ze świstem na podłogę. Zmełła w ustach przekleństwo, które uparcie chciało wydostać się na powierzchnię. Wystarczająco już dzisiaj przeklinała, wystarczająco wyszła ze swojej roli i chociaż wiedziała, że przy bracie mogła być sobą, tak jednak nie była pewna, czy potrafiła być całkowicie sobą. Ambroise akceptował ją taką, jaka była, lecz prawda była taka, że nie znał jej. Nie był z nią od początku, nie patrzył na nią gdy dorastała i przede wszystkim był jej pieprzoną rodziną, pieprzonym bratem, który mimo najszczerszych chęci nigdy nie będzie wiedział o niej absolutnie wszystkiego. Nie potrafiłaby mu rzucić w twarz prawdziwego powodu, dla którego doszło do tych zaręczyn. Nie potrafiłaby mu pokazać skrytki wstydu, jak lubiła ją nazywać w myślach, gdzie znajdowało się całe naręcze maleńkich, cennych przedmiotów. Nie potrafiłaby przyznać się do tego, że bliżej jej do niuchacza, niż dumnej róży, która rośnie wśród chwastów. Tak długo i tak mocno ukrywała tę prawdę o sobie, że po prostu nie potrafiłaby już odkryć wszystkich kart przed Ambroise.
- Nie wiem, czy to go bardziej nie rozwścieczy - odpowiedziała w końcu, mrużąc oczy. Patrzyła z oburzeniem na rozbitą butelkę, jakby ten przedmiot właśnie ją zdradził. Bezczelny. A ona jedyne co chciała, to się napić. - Wiesz doskonale, że nie. Już poślubiłeś pewną kobietę i na imię jej praca.
Przeniosła w końcu na niego spojrzenie. O dziwo zmęczone tymi docinkami i tą złośliwością, tym jadem który sączył się z jego ust. Nie poznawała go, gdy był taki wściekły. Ale, co gorsza, nie rozpoznawała także siebie. Zupełnie jakby była jego lustrem i mimikowała każdy jeden emocjonalny cios, który jej zadawał.
- Daruj sobie - prychnęła na wzmiankę o pokoju i wstała gwałtownie z fotela. Sięgnęła po kolejną flaszkę, wcześniej bardzo ostrożnie stawiając kroki wśród unoszących się szklanych odłamków, które lśniły w blasku świec. Były mokre od alkoholu, chociaż bardziej poetycko byłoby pewnie stwierdzić, że whisky wyglądała teraz jak krew. Ale to nie była krew: to był zwykły alkohol. Nic tu nie było romantyczne, włącznie z panną Greengrass, która najwyraźniej postanowiła się uprzeć i zaprzeć tak, jak nigdy. - To jest bardzo dobry pomysł i nie myśl, że nie skorzystam z tej rady za kilka lat.
Niby rzuciła to lekkim tonem, ale coś w jej głosie sugerowało, że możliwe, że mówi to na poważnie. Roselyn nie interesowali chłopcy. Owszem, miała kilka swoich miłostek, kilku kawalerów w młodości skradło jej pocałunki, ale nic poza tym. I to nie miało nic wspólnego z romantyzmem, ona nie czekała na tego jedynego. Uważała, o czym zresztą Roise wiedział, że zamążpójście byłoby kamieniem, który pogrzebie jej karierę. Miała doskonały przykład w domu. Matka młodo wyszła za mąż, a potem ją urodziła. I co? I nico, nie osiągnęła tyle, po ile chciała sięgnąć Roselyn.
- Mhm. Pewnie powiedziałby ci to samo co ja mówię ci teraz - mruknęła, siłując się z butelką. Papierosa ulokowała między zębami, a różdżkę odłożyła gdzieś na bok. Przez chwilę mocowała się z korkiem, dopóki ciche "pyk" nie oznajmiło, że wyszła z tej walki zwycięsko. - Nic nowego. Razem ustaliliśmy ten plan, zanim wyszłam z Nokturnu i kazałam się odwieźć do domu.
Rzuciła, zanim było za późno. Cóż, jeżeli Ambroise nienawidził Borgina, to teraz miał pełne prawo życzyć mu śmierci, skoro Rose właśnie przyznała, że zawlókł ją na Nokturn.
- Nie wiem, czy to go bardziej nie rozwścieczy - odpowiedziała w końcu, mrużąc oczy. Patrzyła z oburzeniem na rozbitą butelkę, jakby ten przedmiot właśnie ją zdradził. Bezczelny. A ona jedyne co chciała, to się napić. - Wiesz doskonale, że nie. Już poślubiłeś pewną kobietę i na imię jej praca.
Przeniosła w końcu na niego spojrzenie. O dziwo zmęczone tymi docinkami i tą złośliwością, tym jadem który sączył się z jego ust. Nie poznawała go, gdy był taki wściekły. Ale, co gorsza, nie rozpoznawała także siebie. Zupełnie jakby była jego lustrem i mimikowała każdy jeden emocjonalny cios, który jej zadawał.
- Daruj sobie - prychnęła na wzmiankę o pokoju i wstała gwałtownie z fotela. Sięgnęła po kolejną flaszkę, wcześniej bardzo ostrożnie stawiając kroki wśród unoszących się szklanych odłamków, które lśniły w blasku świec. Były mokre od alkoholu, chociaż bardziej poetycko byłoby pewnie stwierdzić, że whisky wyglądała teraz jak krew. Ale to nie była krew: to był zwykły alkohol. Nic tu nie było romantyczne, włącznie z panną Greengrass, która najwyraźniej postanowiła się uprzeć i zaprzeć tak, jak nigdy. - To jest bardzo dobry pomysł i nie myśl, że nie skorzystam z tej rady za kilka lat.
Niby rzuciła to lekkim tonem, ale coś w jej głosie sugerowało, że możliwe, że mówi to na poważnie. Roselyn nie interesowali chłopcy. Owszem, miała kilka swoich miłostek, kilku kawalerów w młodości skradło jej pocałunki, ale nic poza tym. I to nie miało nic wspólnego z romantyzmem, ona nie czekała na tego jedynego. Uważała, o czym zresztą Roise wiedział, że zamążpójście byłoby kamieniem, który pogrzebie jej karierę. Miała doskonały przykład w domu. Matka młodo wyszła za mąż, a potem ją urodziła. I co? I nico, nie osiągnęła tyle, po ile chciała sięgnąć Roselyn.
- Mhm. Pewnie powiedziałby ci to samo co ja mówię ci teraz - mruknęła, siłując się z butelką. Papierosa ulokowała między zębami, a różdżkę odłożyła gdzieś na bok. Przez chwilę mocowała się z korkiem, dopóki ciche "pyk" nie oznajmiło, że wyszła z tej walki zwycięsko. - Nic nowego. Razem ustaliliśmy ten plan, zanim wyszłam z Nokturnu i kazałam się odwieźć do domu.
Rzuciła, zanim było za późno. Cóż, jeżeli Ambroise nienawidził Borgina, to teraz miał pełne prawo życzyć mu śmierci, skoro Rose właśnie przyznała, że zawlókł ją na Nokturn.