07.10.2024, 22:45 ✶
Od przekroczeniu progu domostwa, od pierwszych kroków w ciemnej przestrzeni, od pierwszego spaceru nad Staw. Czuła całą swoją wątłą, niedożywioną piersią, że to jest jej miejsce, że to jest przestrzeń, która cierpi, ale przez to, w energetycznym ujęciu, jest ona przestrzenią bliźniaczą. Poranioną. Niekochaną. Skąpaną śmiercią i niezrozumieniem. Osamotnieniem. Toksyką zawiści i przemocą, która odcisnęła piętno.
Czuła to wszystko teraz, leżąc na trawie, z grzybowym wywarem krążącym w żyłach. Czuła to wszystko i czuła jego sen. Och, słodki sen o byciu kompletnym, o byciu przydatnym, o byciu zauważonym. O byciu kochanym. Śnił jej sen, zachłysnęła się gwałtownym poczuciem komplementarności w narkotycznym rajdzie, który kompulsywnie rozpalał w niej emocje, lecz ona nie poddawała się im już, bo była ziemią i to taką użyźnioną dotykiem wody.
Czuł w swoim objęciu jak stopniowo rozluźnia się, jak rozpłaszcza się na trawie, a potem powoli, tempem ślimaka wychylającego się pierwszy raz ze swojej skorupy po zimie, wspina się znów na niego, kładąc mu głowę na barku, układając wątłe ciało po przekątnej, wbijając mokry nos w pachnące mułem ubrania. Ręce jak witki, zaborcze pnącza szukające oparcia w przestrzenie przesunęły się wzdłuż torsu, zaplątując palce o ciemne kosmyki, ukorzeniając się w jego głowie, szukając podparcia i źródła.
– Chroń mnie – szepnęła czując na plecach ciepło dogasającego sierpniowego słońca, słysząc chlupot wody, wzburzanej podwieczornym zefirem, słysząc poszum okalającego teren lasu. Bez krzyków, bez śmierci, bez kołatających szkelietów. – Chroń mnie, a ja dam Ci życie. – Oddychała spokojnie będąc trawą, poszyciem, czując w końcu spokój, odnajdując ukojenie po miesiącu szarpania się ze sobą i otaczającymi ją realiami. Zawsze była miastową dziewczyną, ale teraz, ten jeden, jedyny raz pomyślała o tym, że mogłoby tak już zostać. Bez strachu, bez pogoni, bez burzy w sercu. Bez Pustki. Tylko ona i on. Tylko ona i Staw.
Czuła to wszystko teraz, leżąc na trawie, z grzybowym wywarem krążącym w żyłach. Czuła to wszystko i czuła jego sen. Och, słodki sen o byciu kompletnym, o byciu przydatnym, o byciu zauważonym. O byciu kochanym. Śnił jej sen, zachłysnęła się gwałtownym poczuciem komplementarności w narkotycznym rajdzie, który kompulsywnie rozpalał w niej emocje, lecz ona nie poddawała się im już, bo była ziemią i to taką użyźnioną dotykiem wody.
Czuł w swoim objęciu jak stopniowo rozluźnia się, jak rozpłaszcza się na trawie, a potem powoli, tempem ślimaka wychylającego się pierwszy raz ze swojej skorupy po zimie, wspina się znów na niego, kładąc mu głowę na barku, układając wątłe ciało po przekątnej, wbijając mokry nos w pachnące mułem ubrania. Ręce jak witki, zaborcze pnącza szukające oparcia w przestrzenie przesunęły się wzdłuż torsu, zaplątując palce o ciemne kosmyki, ukorzeniając się w jego głowie, szukając podparcia i źródła.
– Chroń mnie – szepnęła czując na plecach ciepło dogasającego sierpniowego słońca, słysząc chlupot wody, wzburzanej podwieczornym zefirem, słysząc poszum okalającego teren lasu. Bez krzyków, bez śmierci, bez kołatających szkelietów. – Chroń mnie, a ja dam Ci życie. – Oddychała spokojnie będąc trawą, poszyciem, czując w końcu spokój, odnajdując ukojenie po miesiącu szarpania się ze sobą i otaczającymi ją realiami. Zawsze była miastową dziewczyną, ale teraz, ten jeden, jedyny raz pomyślała o tym, że mogłoby tak już zostać. Bez strachu, bez pogoni, bez burzy w sercu. Bez Pustki. Tylko ona i on. Tylko ona i Staw.