07.10.2024, 22:49 ✶
Na jaką wdowę kreowała się pani Mulciber?
Z pewnością taką, która już za życia wyglądała na bardziej martwą niż spoczywający gdzieś w przeklętej kostnicy Robert. Zmęczoną, z pewnością lekko otumanioną kadzidłami. W oparach wonnego dymu przywodziła na myśl pramatki wszystkich widzących – niczym wieszczka z Delphi wpatrywała się w swojego gościa. Ale w nienaturalnie wręcz granatowych oczach Lorien brakowało daru jasnowidzenia – gdyby było inaczej, czy naprawdę pozwoliłaby sobie na popełnienie tyle błędów? Na związanie się z człowiekiem, który jak się okazało tak jak ona balansował między życiem, a śmiercią?
Odetchnęła z wyraźną ulgą widząc Selwyna. Był aktualnie jednym z niewielu, których obecność rzeczywiście byłaby w stanie dziś tolerować. Jonathana tak emanującego… gryfonowością. Można wyjść z Hogwartu, ale Hogwart nigdy nie wyjdzie z ciebie, jak to mawiali co złośliwsi.
Nie chciała pytać czy sam się zdecydował przyjść. Czy może usłyszał czyjś podszept. Dziś akurat wolała wierzyć w tą pierwszą wersję.
- Nie przepraszaj.- Powiedziała szybko. Może nieco zbyt szybko, aby zabrzmiało to naturalnie. W każdym innym przypadku podniosłaby się z fotela, wsunęła z powrotem na nogi szpilki. Ale nie poruszyła się ze swojego miejsca, jedynie gestem dłoni zapraszając przyjaciela do środka. Pozwalając mu się przyjrzeć, choć... Jeśli spodziewał się ujrzeć wyszukaną kreację
Jej strój był… kompletnie zwyczajny. Prosta czarna szata, w której czarownica często pojawiała się w pracy, choć jej ramiona okrywał muślinowy szal, którego zapewne używała też w roli chusty na głowę. Ale tutaj nie musiała się chronić przed niepożądanym wzrokiem. A jednak – na przekór wszystkiemu – zmusiła się do odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech. Może nadało to jej twarzy nieco płaczliwego wyrazu, ale starała się o tym za długo nie myśleć.
Dlatego skupiła się na słowach.
Plotki. Salon Rosierów. Kreacja na pogrzeb.
Pogrzeb.
O tym też starała się nie myśleć. Ba. Nie myślała o nim wcale, przekazując tylko informacje, które dostawała od Alexandra. Miejsce. Godzina. Wszystko to nie miało dla niej większego znaczenia.
– Ja…
Dała sobie moment do namysłu. Nie chciała wychodzić, ale z drugiej strony, tkwienie w tym fotelu nie miało większego sensu. Przysunęła do siebie kalendarz. Profilaktycznie. Czy aby nie zapomniała o czymś ważnym; niecierpiącej zwłoki rozprawie czy spotkaniu. Poczuła bolesny ucisk w gardle, gdy zatrzymała palec na dzisiejszej dacie. Jeszcze kilka dni temu wpisała sobie wolny dzień, żeby móc zabrać pasierbicę na zakupy. To miało być takie przyjemne popołudnie – zabrałaby Sophie do domu handlowego. Może do Rosierów. W to samo miejsce, którego odwiedzenie zaproponował właśnie Jonathan. Los najwyraźniej wyjątkowo chciał, aby się tam znalazła.
Zamknęła powoli kalendarz. Tak ostrożnie jak tylko się dało, wygładzając tasiemkę, pocierając lekko wytartą okładkę wymęczonego życiem zeszytu.
- … tak naprawdę mam dla Ciebie cały czas we wszechświecie.- Stwierdziła, a jej głos uderzył w łagodne, niemal senne tony.- Choć obawiam się, że mojemu mężowi będzie to obojętne w czym i czy w ogóle się tam pojawię.- Wsunęła ostrożnie obrączkę na palec. Zaraz potem machnęła różdżką, nareszcie uciszając smętną muzykę.
Ciężko stwierdzić czy to cisza miała zbawienne właściwości czy z płytą po prostu było „coś nie tak”, bo gdy tylko zamilkły płaczliwe tony, od razu dało się nieco łatwiej oddychać.- Ale ostrzegam. Plotki uczepiły się mnie ostatnio jak rzep. Jeśli okrzykną cię kolejnym kochankiem wdowy Mulciber, to zażalenia do naszych koleżanek w Administracji. Jestem przekonana że mają za wiele czasu wolnego i wymyślają bzdura za bzdurą.
Z pewnością taką, która już za życia wyglądała na bardziej martwą niż spoczywający gdzieś w przeklętej kostnicy Robert. Zmęczoną, z pewnością lekko otumanioną kadzidłami. W oparach wonnego dymu przywodziła na myśl pramatki wszystkich widzących – niczym wieszczka z Delphi wpatrywała się w swojego gościa. Ale w nienaturalnie wręcz granatowych oczach Lorien brakowało daru jasnowidzenia – gdyby było inaczej, czy naprawdę pozwoliłaby sobie na popełnienie tyle błędów? Na związanie się z człowiekiem, który jak się okazało tak jak ona balansował między życiem, a śmiercią?
Odetchnęła z wyraźną ulgą widząc Selwyna. Był aktualnie jednym z niewielu, których obecność rzeczywiście byłaby w stanie dziś tolerować. Jonathana tak emanującego… gryfonowością. Można wyjść z Hogwartu, ale Hogwart nigdy nie wyjdzie z ciebie, jak to mawiali co złośliwsi.
Nie chciała pytać czy sam się zdecydował przyjść. Czy może usłyszał czyjś podszept. Dziś akurat wolała wierzyć w tą pierwszą wersję.
- Nie przepraszaj.- Powiedziała szybko. Może nieco zbyt szybko, aby zabrzmiało to naturalnie. W każdym innym przypadku podniosłaby się z fotela, wsunęła z powrotem na nogi szpilki. Ale nie poruszyła się ze swojego miejsca, jedynie gestem dłoni zapraszając przyjaciela do środka. Pozwalając mu się przyjrzeć, choć... Jeśli spodziewał się ujrzeć wyszukaną kreację
Jej strój był… kompletnie zwyczajny. Prosta czarna szata, w której czarownica często pojawiała się w pracy, choć jej ramiona okrywał muślinowy szal, którego zapewne używała też w roli chusty na głowę. Ale tutaj nie musiała się chronić przed niepożądanym wzrokiem. A jednak – na przekór wszystkiemu – zmusiła się do odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech. Może nadało to jej twarzy nieco płaczliwego wyrazu, ale starała się o tym za długo nie myśleć.
Dlatego skupiła się na słowach.
Plotki. Salon Rosierów. Kreacja na pogrzeb.
Pogrzeb.
O tym też starała się nie myśleć. Ba. Nie myślała o nim wcale, przekazując tylko informacje, które dostawała od Alexandra. Miejsce. Godzina. Wszystko to nie miało dla niej większego znaczenia.
– Ja…
Dała sobie moment do namysłu. Nie chciała wychodzić, ale z drugiej strony, tkwienie w tym fotelu nie miało większego sensu. Przysunęła do siebie kalendarz. Profilaktycznie. Czy aby nie zapomniała o czymś ważnym; niecierpiącej zwłoki rozprawie czy spotkaniu. Poczuła bolesny ucisk w gardle, gdy zatrzymała palec na dzisiejszej dacie. Jeszcze kilka dni temu wpisała sobie wolny dzień, żeby móc zabrać pasierbicę na zakupy. To miało być takie przyjemne popołudnie – zabrałaby Sophie do domu handlowego. Może do Rosierów. W to samo miejsce, którego odwiedzenie zaproponował właśnie Jonathan. Los najwyraźniej wyjątkowo chciał, aby się tam znalazła.
Zamknęła powoli kalendarz. Tak ostrożnie jak tylko się dało, wygładzając tasiemkę, pocierając lekko wytartą okładkę wymęczonego życiem zeszytu.
- … tak naprawdę mam dla Ciebie cały czas we wszechświecie.- Stwierdziła, a jej głos uderzył w łagodne, niemal senne tony.- Choć obawiam się, że mojemu mężowi będzie to obojętne w czym i czy w ogóle się tam pojawię.- Wsunęła ostrożnie obrączkę na palec. Zaraz potem machnęła różdżką, nareszcie uciszając smętną muzykę.
Ciężko stwierdzić czy to cisza miała zbawienne właściwości czy z płytą po prostu było „coś nie tak”, bo gdy tylko zamilkły płaczliwe tony, od razu dało się nieco łatwiej oddychać.- Ale ostrzegam. Plotki uczepiły się mnie ostatnio jak rzep. Jeśli okrzykną cię kolejnym kochankiem wdowy Mulciber, to zażalenia do naszych koleżanek w Administracji. Jestem przekonana że mają za wiele czasu wolnego i wymyślają bzdura za bzdurą.