08.10.2024, 01:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.10.2024, 01:35 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Czasu mi nie brakuje. Zapewniam pana, że poświęcę tyle uwagi ile to konieczne. Rzecz jasna: bez zbędnego przeciągania naszego spotkania - zapewnił wpatrując się w rozmówcę i analizując go niemalże tak samo jak był analizowany.
Pewni ludzie po prostu nie chcieli pozwolić sobie na beztroskie interakcje z ludźmi, których nie znali. Szczególnie z takimi, którzy już na pierwszy rzut oka wyglądali na bardziej interesujących niż mogłoby się zdawać. Anthony Shafiq nie był zwykłym nadętym urzędnikiem z wysokim stanowiskiem i przerośniętym ego. Nie był również ludzką twarzą polityki a to w naturalny sposób nasuwało kolejne pytanie:
Kim jest?
Trudno było powiedzieć. Pozory myliły, niektórzy bywali bardziej płytcy niż się wydaje. Inni wręcz przeciwnie. Ich przelotna interakcja nie miała raczej zbyt wiele ujawnić, ale nawiązanie kontaktu nie brzmiało do końca niekorzystnie jak strata czasu. Choć tego Ambroise wcale nie miał tyle, ile gładko sugerował.
- W rzeczy samej - odpowiedział uprzejmie, dając do zrozumienia, że w razie potrzeby może rozwinąć kwestię posiadanych informacji, wspominając co nieco o zakresie wiedzy, jaką podzielił się z nim Harold, jednak nie uważa tego za konieczne.
Ich wspólny znajomy nie był obecnie w najlepszym stanie psychicznym - mówiąc dosyć dyskretnie i grzecznie, bo gdyby mieli być ze sobą całkowicie szczerzy a nie taktownie profesjonalni to Greengrass użyłby zupełnie innych określeń. We własnej głowie nazywał badacza chaotycznym, pogubionym i coraz bardziej zdziwaczałym, choć stosunkowo rzadko wytykał komukolwiek bycie zamkniętym we własnym świecie. Wbrew pozorom przecież sam nie należał do najprostszych ludzi, szczególnie w ostatnich miesiącach, kiedy to zdarzyło mu się postąpić bardziej pochopnie niż by sobie tego życzył.
Niestety w przypadku Bumfuzzle trudno było nie dostrzec równi pochyłej, na której znalazł się mężczyzna, pozwalając sobie na coraz bardziej żenujące pogrążanie się w depresji i niemalże całkowite wyzbycie się kontroli nad własnym życiem. To nie był już ten sam człowiek, z którym Ambroise z łatwością znajdował wspólny język.
Kiedy spotkali się w celu ustalenia zakresu zastępstwa, Greengrass musiał ciągnąć inspektora do odpowiedzi, jakby miał do czynienia z jednym ze swoich najmłodszych stażystów (w końcu poza pełnieniem roli uzdrowiciela był również wykładowcą) a nie z kimś, kto powinien wyczerpująco przekazać mu wszystkie konieczne informacje.
Ponadto był zmuszony stwierdzić, że starszy kolega mógł mieć całkiem spory problem z alkoholem, ponieważ nie było to ich pierwsze spotkanie, podczas którego wyglądał na co najmniej wczorajszego. Nawet w najcięższym momencie prywatnego życia, kiedy rozniosła się pogłoska o tym, że żona porzuciła go na rzecz młodego rzemieślnika, Harold zawsze potrafił sprawiać pozory.
Jako człowiek również przykładający czasami nawet trochę zbyt dużo uwagi do tego jak prezentuje się na zewnątrz, Ambroise czuł się co najmniej zażenowany zmianami powoli dostrzegalnymi u Bumfuzzle. Będąc szczerym, nie rozumiał tego człowieka, nawet jeśli powinien być dla niego bardziej wyrozumiały jako ktoś, kto nieco ponad rok wcześniej przeszedł przez coś podobnie druzgocącego.
Co prawda nie został porzucony. Wręcz przeciwnie - to on odszedł od kobiety, z którą przez siedem długich lat usiłował budować sobie życie i której niemal się oświadczył. Podjął kilka skalkulowanych i koniecznych, ale bolesnych decyzji, których pokłosie zbierał do tej pory. Mimo to trwał przy swoich postanowieniach, przez cały czas stwarzając pozory.
Bo pozory... ...pozory były wszystkim.
Szybko w życiu przekonał się, że czasami to nie wiedza była tym kluczowym elementem sukcesu. To nie tak, że nie miała znaczenia. Była istotna - szczególnie w czynnościach wymagających stawiania umiejętnej ekspertyzy. Natomiast sprawianie wrażenia było kluczem niemalże do wszystkiego. Otwierało wiele drzwi, do których człowiek z wiedzą, ale bez pewności siebie mógł jedynie nieśmiało pukać.
A jeśli coś można było o nim powiedzieć to nie to, że był nieśmiały. Przeciwnie. Nawet wtedy, kiedy miał wrażenie, że rzeczywiście zaczyna go dusić jak niewidzialne diabelskie pnącza, przybierał swoją maskę i z wyższością, może nawet butą bądź bezczelnością stwierdzał, że czasami lubi trochę ostrzej.
Nie odniósłby sukcesu, gdyby zachowywał się jak Harold. Ba! Dawny Harold sam spojrzałby na siebie z przyganą, bo to nie było w jego charakterze. Zresztą wystarczyło powiedzieć, że poprzednią wersję inspektora Greengrass traktował z szacunkiem mimo pełnej świadomości jego gorszego pochodzenia. Tej wersji pomagał wyłącznie z uwagi na godny politowania sentymentalizm oprószony wywąchaniem korzyści płynących z wyświadczenia przysługi. Choć może w drugą stronę?
Tak czy inaczej na ten moment nie był niezadowolony z pojawienia się w obrzydliwie zielonym (nawet jak na standardy typowego Greengrassa) magazynie, przez który powoli zmierzali.
- Jak mniemam wszystko, o czym dziś rozmawiamy znajduje się w tym magazynie? - Spytał, tym razem z bardziej autentycznym zainteresowaniem wykorzystywanymi rozwiązaniami, które miałyby na celu odpowiednie rozdzielenie wymienionych ministralnych zdobyczy bez ryzyka uszkodzenia ich czy wzajemnego wpływu. - Kreatywny dobór koloru ścian - dodał jeszcze w celu pozornego rozluźnienia rozmowy.
Ponownie: wrażenie. Obaj bezsprzecznie je sprawiali, przy czym Greengrass starał się wyjść na kogoś chłodniejszego od znanego mu i Shafiqowi inspektora, ale równie zainteresowanego Ministerstwem i pomocą. Od tej raczej pozytywnej strony, rzecz jasna.
Pewni ludzie po prostu nie chcieli pozwolić sobie na beztroskie interakcje z ludźmi, których nie znali. Szczególnie z takimi, którzy już na pierwszy rzut oka wyglądali na bardziej interesujących niż mogłoby się zdawać. Anthony Shafiq nie był zwykłym nadętym urzędnikiem z wysokim stanowiskiem i przerośniętym ego. Nie był również ludzką twarzą polityki a to w naturalny sposób nasuwało kolejne pytanie:
Kim jest?
Trudno było powiedzieć. Pozory myliły, niektórzy bywali bardziej płytcy niż się wydaje. Inni wręcz przeciwnie. Ich przelotna interakcja nie miała raczej zbyt wiele ujawnić, ale nawiązanie kontaktu nie brzmiało do końca niekorzystnie jak strata czasu. Choć tego Ambroise wcale nie miał tyle, ile gładko sugerował.
- W rzeczy samej - odpowiedział uprzejmie, dając do zrozumienia, że w razie potrzeby może rozwinąć kwestię posiadanych informacji, wspominając co nieco o zakresie wiedzy, jaką podzielił się z nim Harold, jednak nie uważa tego za konieczne.
Ich wspólny znajomy nie był obecnie w najlepszym stanie psychicznym - mówiąc dosyć dyskretnie i grzecznie, bo gdyby mieli być ze sobą całkowicie szczerzy a nie taktownie profesjonalni to Greengrass użyłby zupełnie innych określeń. We własnej głowie nazywał badacza chaotycznym, pogubionym i coraz bardziej zdziwaczałym, choć stosunkowo rzadko wytykał komukolwiek bycie zamkniętym we własnym świecie. Wbrew pozorom przecież sam nie należał do najprostszych ludzi, szczególnie w ostatnich miesiącach, kiedy to zdarzyło mu się postąpić bardziej pochopnie niż by sobie tego życzył.
Niestety w przypadku Bumfuzzle trudno było nie dostrzec równi pochyłej, na której znalazł się mężczyzna, pozwalając sobie na coraz bardziej żenujące pogrążanie się w depresji i niemalże całkowite wyzbycie się kontroli nad własnym życiem. To nie był już ten sam człowiek, z którym Ambroise z łatwością znajdował wspólny język.
Kiedy spotkali się w celu ustalenia zakresu zastępstwa, Greengrass musiał ciągnąć inspektora do odpowiedzi, jakby miał do czynienia z jednym ze swoich najmłodszych stażystów (w końcu poza pełnieniem roli uzdrowiciela był również wykładowcą) a nie z kimś, kto powinien wyczerpująco przekazać mu wszystkie konieczne informacje.
Ponadto był zmuszony stwierdzić, że starszy kolega mógł mieć całkiem spory problem z alkoholem, ponieważ nie było to ich pierwsze spotkanie, podczas którego wyglądał na co najmniej wczorajszego. Nawet w najcięższym momencie prywatnego życia, kiedy rozniosła się pogłoska o tym, że żona porzuciła go na rzecz młodego rzemieślnika, Harold zawsze potrafił sprawiać pozory.
Jako człowiek również przykładający czasami nawet trochę zbyt dużo uwagi do tego jak prezentuje się na zewnątrz, Ambroise czuł się co najmniej zażenowany zmianami powoli dostrzegalnymi u Bumfuzzle. Będąc szczerym, nie rozumiał tego człowieka, nawet jeśli powinien być dla niego bardziej wyrozumiały jako ktoś, kto nieco ponad rok wcześniej przeszedł przez coś podobnie druzgocącego.
Co prawda nie został porzucony. Wręcz przeciwnie - to on odszedł od kobiety, z którą przez siedem długich lat usiłował budować sobie życie i której niemal się oświadczył. Podjął kilka skalkulowanych i koniecznych, ale bolesnych decyzji, których pokłosie zbierał do tej pory. Mimo to trwał przy swoich postanowieniach, przez cały czas stwarzając pozory.
Bo pozory... ...pozory były wszystkim.
Szybko w życiu przekonał się, że czasami to nie wiedza była tym kluczowym elementem sukcesu. To nie tak, że nie miała znaczenia. Była istotna - szczególnie w czynnościach wymagających stawiania umiejętnej ekspertyzy. Natomiast sprawianie wrażenia było kluczem niemalże do wszystkiego. Otwierało wiele drzwi, do których człowiek z wiedzą, ale bez pewności siebie mógł jedynie nieśmiało pukać.
A jeśli coś można było o nim powiedzieć to nie to, że był nieśmiały. Przeciwnie. Nawet wtedy, kiedy miał wrażenie, że rzeczywiście zaczyna go dusić jak niewidzialne diabelskie pnącza, przybierał swoją maskę i z wyższością, może nawet butą bądź bezczelnością stwierdzał, że czasami lubi trochę ostrzej.
Nie odniósłby sukcesu, gdyby zachowywał się jak Harold. Ba! Dawny Harold sam spojrzałby na siebie z przyganą, bo to nie było w jego charakterze. Zresztą wystarczyło powiedzieć, że poprzednią wersję inspektora Greengrass traktował z szacunkiem mimo pełnej świadomości jego gorszego pochodzenia. Tej wersji pomagał wyłącznie z uwagi na godny politowania sentymentalizm oprószony wywąchaniem korzyści płynących z wyświadczenia przysługi. Choć może w drugą stronę?
Tak czy inaczej na ten moment nie był niezadowolony z pojawienia się w obrzydliwie zielonym (nawet jak na standardy typowego Greengrassa) magazynie, przez który powoli zmierzali.
- Jak mniemam wszystko, o czym dziś rozmawiamy znajduje się w tym magazynie? - Spytał, tym razem z bardziej autentycznym zainteresowaniem wykorzystywanymi rozwiązaniami, które miałyby na celu odpowiednie rozdzielenie wymienionych ministralnych zdobyczy bez ryzyka uszkodzenia ich czy wzajemnego wpływu. - Kreatywny dobór koloru ścian - dodał jeszcze w celu pozornego rozluźnienia rozmowy.
Ponownie: wrażenie. Obaj bezsprzecznie je sprawiali, przy czym Greengrass starał się wyjść na kogoś chłodniejszego od znanego mu i Shafiqowi inspektora, ale równie zainteresowanego Ministerstwem i pomocą. Od tej raczej pozytywnej strony, rzecz jasna.