- Obyś się nie mylił. - Nie wydawała się być co do tego szczególnie przekonana, ale może faktycznie nie będzie tak źle? Potrafiła się dostosowywać, zachowywać w sposób w jaki od niej wymagano. Oczywiście wolałaby nie przesadzić z udawaniem, wiedziała jednak, że przy pierwszym spotkaniu warto pokazać się z najlepszej strony, nie ma się co oszukiwać pierwsze wrażenie wydawało się być dość istotnym. Później, powoli będzie mogła pokazywać jaka jest naprawdę. Jeśli będzie im dawkować swoją osobowość w małych porcjach powinni się do niej przyzwyczaić. Właściwie to nie miała pojęcia, czy Ambroise przyprowadzał już do nich jakąś dziewczynę, miała nadzieję, że nie wypadnie gorzej od niej, o ile w ogóle taka już była. Był od niej starszy, więc prawdopodobne było to, że był ktoś przed nią. W sumie nigdy go o to nie wypytywała, nie uważała jednak, aby to był odpowiedni moment na takie rzeczy, mieli się tu dobrze bawić, a nie przeprowadzać dogłębne analizy swojej przeszłości.
- Teraz mnie zaniepokoiłeś. - Podczas spotkań w jej domu rodzinnym alkohol wysokoprocentowy lał się litrami. Ojciec lubił gościć swoich przybyszów lokalną księżycówką, zresztą nie bez powodu Geraldine nie wylewała za kołnierz. Nauczyła się pić jak mężczyźni podczas polowań, w których brała udział. Jasne, była szansa, że poradzi sobie bez alkoholu, ale nie wykluczała, że będzie jej się nieco trudniej bez niego rozluźnić. Cóż, poradzi sobie, była skłonna to zrobić. Nie mogło być przecież, aż tak strasznie? Prawda? To tylko kolejna czystokrwista rodzina z którą przyjdzie jej się bliżej poznać, pewnie nie różnili się od reszty. Przynajmniej wiedziała czego powinna się spodziewać. Dostosuje się do panujących warunków, jak zawsze. Tak, musiała nastawić się pozytywnie, bo przecież od tego wiele zależało. Babcia powtarzała jej, że dobre nastawienie to połowa sukcesu, bo dzięki temu ściągała do siebie pozytywną energię, powinna się tym kierować w swoim postępowaniu. Zresztą wiedziała, że Ambroise zrobi wszystko, aby dobrze się tam poczuła, ona zamierzała zrobić to samo w ich rodzinnym domu, nie zmieniało to jednak faktu, że miał trochę łatwiej, bo bywał tam nieraz i znał jej rodziców.
Czuła jednak podskórnie, że to była tylko formalność, nie powinni się tym przejmować. Nikt nie powinien kwestionować ich wyboru, bo nie był zupełnie kontrowersyjny. Należeli do tego samego świata, nie musieli się przejmować tym, że są dla siebie nieodpowiedni. Wiedziała, że mogłoby nie być prosto, gdyby darzyła podobnym uczuciem mugolaka, bo jej rodzice byli całkiem tolerancyjni, ale jednak nie ma się co oszukiwać - była ich jedyną córką, na pewno zadbali by o to, aby trafiła w odpowiednie ręce, w tym przypadku sama o to zadbała. Bardzo dobrze się złożyło, bo wreszcie poczuła, że ma pełną władzę nad swoją przyszłością. Zależało jej na tym, aby nikt nie sugerował jej co ma robić. Miała wiele szczęścia, że wszystko samo się ułożyło w odpowiedni sposób, że los podsunął jej właśnie jego.
- Mogłabym na to pójść. - W takiej sytuacji chyba oboje wygrywali. Całkiem niezłe rozwiązanie. Miała jednak świadomość, że nie mogli sobie pozowlić na to, aby zostać tu zbyt długo. Ambroise w przeciwieństwie do niej miał prawdziwą pracę w której musiał się pojawiać. Na pewno nie mógłby tłumaczyć swojej nieobecności tym, że został zakładnikiem pewnej młodej damy. Szkoda, chociaż może kiedyś faktycznie uda jej się go porwać na dłużej. Ta perspektywa wydawała się jej być całkiem atrakcyjna.
- Nie, nie, to ja nie chciałam ci zrobić krzywdy, inaczej na pewno by mi się to udało. - Wolała wyjaśnić to nieporozumienie. Bawiło ją to, że tak lekceważył jej umiejętności, w sumie to nie widział jej nigdy w akcji więc miał ku temu prawo. Gerry naprawdę była niebezpieczna, jeśli tylko chciała. Potrafiła sobie poradzić ze zdecydowanie silniejszymi od siebie przeciwnikami. Nie tylko magią, jej głównym atutem była siła fizyczna i zwinność. Liczyła na to, że kiedyś pokaże Greengrassowi na co faktycznie ją stać i wtedy skończą się te jego żarty z tego jednego nieudanego strzału.
- To chyba jest ten moment, w którym powinnam się przyznać do tego, że eliksiry nigdy nie były moją mocną stroną. - Tak, zupełnie jej nie szła ta dziedzina magii. Kiedyś, w Hogwarcie doprowadziła do wybuchu kociołka, przez co zamknęli na kilka dni pracownię do eliksirów. Nie znała się też szczególnie na dawkowaniu. Może nie powinna się do tego przyznawać, ale lepiej, żeby miał tego świadomość.
- Nie zwalisz więc tego na amortencję. - Pewnie było to prostszą opcją od pogodzenia się z tym, że to co ich łączyło było naprawdę silnym uczuciem. Zresztą sama na początku nie mogła uwierzyć, że była w stanie poczuć do kogoś coś takiego. Zaczęła przyzwyczajać się do myśli, że tak już miało być, że i ona mogła się w kimś tak zatracić. Przestała szukać wymówek w postaci dziwnej siły wyższej, po prostu zostali dla siebie stworzeni i tyle.
- Aczkolwiek zapamiętam tę poradę, jeśli lać amortencę to do kawy. - Nie, żeby kiedykolwiek miała zamiar z niej skorzystać, nie sięgała by po podobne metody, nie była przecież, aż tak zdesperowana, zresztą nie zamierzała szukać innego obiektu zainteresowania, bo ten jej był najlepszym na jaki mogła trafić. Nie musiała sięgać po żadne sztuczki, to po prostu się działo.
- Nie mogę od ciebie wymagać tych słownych zapewnien, aczkolwiek wolałabym o tym nie zapomnieć, a jak przestaniesz mi to przypominać to tak mogłoby się stać. - Nie wymagała od niego niewiadomo jakiej wylewności, sama miała z tym problem. Nie była dobrym mówcą, nie potrafiła mówić o swoich uczuciach. Została wychowana w dosyć szorstki sposób i dopiero uczyła się tego całego wyrażania emocji. Pewnie z czasem będzie jej to łatwiej przychodziło, póki co jednak była dosyć mocno zachowawcza. Też prościej w jej przypadku działały gesty, zresztą przy nim nie potrafiła trzymać rąk przy sobie, co tylko potwierdzało to, co działo się w jej głowie, co robił z jej ciałem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby pragnęła kogoś przy sobie tak bardzo. Wiedziała, że to coś wyjątkowego i zamierzała go o tym uświadamiać.
Nie czuła zresztą, żeby czegoś jej w ich relacji brakowało. Doceniał ją, wiedziała, że darzy ją takim samym uczuciem, jak ona jego. Nie potrzebowała miliona bezsensownych słów, które i tak traciły swoje znaczenie przy czynach. Gesty były ważne, to jak na nią patrzył, nie wydawało jej się tak istotne zapewanienie jej o tym przy pomocy słów.
- Pff, to żadna atrakcja, chyba że tam staniesz z jabłkiem na głowie, wtedy mogłoby mi to sprawić frajdę. - O tak, zdecydowanie to była lepsza perspektywa. Może i Ambroise dzięki temu poczułby dreszczyk adrenaliny, sprawdziłaby też, czy darzy ją zaufaniem i wierzy jej na słowo. Może to była dosyć brutalna próba, ale wiedziała, że nie było szans, aby zrobiła mu krzywdę. Nie ryzykowałaby, gdyby nie miała pewności, że nic mu się nie stanie. Zresztą była to jedna z zabaw, w którą bawiła się z braćmi, kiedy byli dzieciakami, każde z nich nadal żyło, co było argumentem ku temu, że było to raczej nic takiego. Była ciekawa, czy przystanie na taki pomysł, czy faktycznie będzie się upierał w tym, że jej umiejętności nie były wystarczające, bardzo chciała, aby nie wracał do tych żartów, bo nie do końca ją bawiły. Mogła mu udowodnić, jak bardzo się mylił, a cóż, nie oszukujmy się - panna Yaxley lubiła stawiać na swoim i pokazywac innym, że nie mieli racji. Nawet jeśli dotyczyło to tego pewnika, w który nie powinien wątpić.
Nim zdążyła jednak zacząć rozwijać swoją wypowiedź Ambroise zamknął jej usta pocałunkiem. Całkiem dobry sposób na to, żeby ją uciszyć. Punkt dla niego, chyba zaczął wygrywać tę krótką potyczkę słowną. Przyszło mu to nawet lekko.
Rozbawiło ją to, że tak bardzo wziął do siebie jej słowa. Zupełnie nie przewidziała takiej reakcji. Jak widać męska duma była bardzo wrażliwa na pewne uwagi. - To nie tak, znaczy nie do końca to miałam na myśli. - Może źle ubrała myśli w słowa? Prawdopodobnie. - Po prostu nie uważam, że jesteśmy na tyle zdesperowani, że musilibyśmy to robić w lesie, pośród tych wszystkich par. - To nie tak, że przeszkadzały jej zbliżenia w naturze, wiedziała, że czasem pojawiała się tak silna, paląca potrzeba, że nie można było z nią walczyć i musiała zostać zaspokojona tu i teraz, tylko niekoniecznie musieli robić to podczas sabatu, gdzie za każdym drzewem jakaś para poznawała się bliżej. Mieli wiele innych możliwości, zresztą praktycznie ze sobą mieszkali, spotykali się niemalże codziennie, naprawdę nie było potrzeby, aby podczas Lithy świętowali jak każda typowa para. Miała nadzieję, że zrozumie, o co konkretnie jej chodzi, chociaż wydawało jej się, że Ambroise teraz weźmie sobie za punkt honoru udowodnienie jej, jak bardzo się myliła. Cóż, nie było to taką złą opcją, bo przecież i ona na tym korzystała.
To co się między nimi działo, zdecydowanie nie było odpowiednie, aby określić to mianem nieco. Tak, zdawała sobie z tego sprawę, wręcz kajała się za to, że postanowiła użyć tego zwrotu. Szczególnie, że bardzo szybko przekonała się o tym, że to było zdecydowanie dużo więcej niż nieco, to było wszystko.
Miała wrażenie, że w ich przypadku to nie był nigdy tylko seks. Za każdym razem czuła, że jest to coś więcej - totalne połączenie jej i jego podczas którego stawali się jednością. Tak nie wyglądało nieco, to było uzdrawiające i wspaniałe. Połączenie ciał i dusz, o którym kiedyś mogła tylko pomarzyć. Nie, ona nawet nie zakładała, że mogłoby ją spotkać coś takiego, jej marzenia tak nie wyglądały.
Mieli jeden, wspólny cel. Dążyli do osiągnięcia satysfakcji, której nie mogli dostać z kimś innym, przynajmniej ona wiedziała, że nie było takiej możliwości. Nie sądziła, aby spotkała na swej drodze kogoś, kto byłby bardziej jej niż on. Nigdy jeszcze nie sięgała po takie głębokie doznania.
Dała się pochłonąć temu, co ich spalało. Jej usta bezwiednie wędrowały po jego ramionach, szyi, twarzy - wcale nie szukała jego ust, aby złączyć je w pocałunku, chciała pozostawić po sobie ślad obecności, wyznaczyć ścieżkę, którą podążała. Była przy tym zachłanna, nie zamierzała przestawać. Nie mogła się opanować, chciała mieć go jeszcze więcej, czuć jego zapach, napawać się tą bliskością, poczuć go na każdym milimietrze swojego ciała, w każdym zakończeniu nerwów. Właściwie to dążyli sukcesywnie do tego, aby właśnie tak się stało.
Wypełniał ją całą, tak jak tego pragnęła. To było niesamowicie uczucie, któremu nie mogło się równać nic innego, to nie było nieco, to było to, że czego pragnęła. Pełna, dzika, satysfakcja nad którą nie dało się zapanować. Czysty chaos, który ich pochłaniał, tyle, że nie niszczył, budował coś silnego.
Oddychała coraz szybciej, nie panowała już nad tym praktycznie wcale, kilka razy zbyt mocno wbiła mu paznokcie w plecy, ale nie była w stanie zapanować nad swoją siłą, zupełnie straciła kontrolę. Miała nadzieję, że wybaczy jej ten brak delikatności, ale to nie było dla niej teraz ważne. Liczyło się tylko to, że to do czego dążyli było na wyciągnięcie ręki, znajdowali się bardzo blisko od osiągnięcia satysfakcji.
Nie było jej może szczególnie wygodnie, czuła drewno, które wbijało jej się w plecy przy jego każdym mocniejszym napieraniu na swoje ciało, ale to tylko wzmacniało doznania, podobała jej się tak dzikość, która się między nimi pojawiła, jakby wszystko wokół zniknęło, a liczyli się tylko oni spragnieni swej bliskości.
Mruczała jego imię, kiedy poczuła, że jest bliska spełnienia, była gotowa mu je nawet wyśpiewać, wdzięczna za to, że doprowadził ją do tego stanu. Kiedy zbliżali się ku pełnemu zaspokojeniu tego żaru pozwoliła sobie jeszcze mocniej zacisnąć swoje dłonie tym razem jednak na jego szyi, nie chciała wypuścić go z rąk, jeszcze nie teraz, była pewna, że zachwilę roztrzaska się na milion kawałków, i wolała być wtedy w jego ramionach, kiedy już zakończą ten wyczerpujący wyścig ku spełnieniu.