08.10.2024, 17:41 ✶
Mówił o śmierci, ale szept jego fal był kojący i ciepły. Mówił o bezpieczeństwie i choć daleko mu było do wzburzonego oceanu, wierzyła mu. Wierzyła od pierwszych kroków, które postawiła w tym miejscu. Że to jest bezpieczne miejsce, że to jest jej miejsce, gdzie nikt nie podniesie na nią ręki, gdzie poczuje się w końcu częścią...
...częścią czegoś. Częścią wszystkiego. Zwiotczałe członki, ciężkie od grzybowej herbaty, wrastały w trawę korzeniami, gałęzie wypełzały przez skórę, czuła jak obrasta ją mech, jak na barku w miejscu znaczonym piorunem rozrastają się białe kapelusze, o migoczącym błękitnawym poblasku. Otarła policzek o niego, nie dbając o bród czy mulistą woń, zgodnie z jego słowami czując jak obmywa plażę jej istnienia dając jej życie. Jej Staw, który wcale nie chciał jej zabić, nie chciał pochłonąć, jak mówił sen. Chciał być jej. Tylko jej. Rozpływała się w tej myśli, w pogodnym cieple, rozpływała się w dogasającym słońcu, w gałęziach wychodzących z jej żeber, które rychło obrosły w liście i pokryły się białym kwieciem gruszy. Pochylone płatki owiewały ich słodyczą jak kadzielnica, na ołtarzu Matki, odbierając im w końcu mowę i wolę, stapiając w jedno z przestrzenią, dostosowując puls ich serc do pulsu ziemi.
A gdy dzień zgasł i oni zgaśli, zasnęli nad brzegiem stawu śniąc sny tej ziemi, w końcu uwolnione z pętli koszmaru szkaradnej wiedźmy, łamiące krąg nienawiści i boleści. Oni, wtopieni w krajobraz nieśli sobie i temu miejsce nadzieję na lepsze jutro.
...częścią czegoś. Częścią wszystkiego. Zwiotczałe członki, ciężkie od grzybowej herbaty, wrastały w trawę korzeniami, gałęzie wypełzały przez skórę, czuła jak obrasta ją mech, jak na barku w miejscu znaczonym piorunem rozrastają się białe kapelusze, o migoczącym błękitnawym poblasku. Otarła policzek o niego, nie dbając o bród czy mulistą woń, zgodnie z jego słowami czując jak obmywa plażę jej istnienia dając jej życie. Jej Staw, który wcale nie chciał jej zabić, nie chciał pochłonąć, jak mówił sen. Chciał być jej. Tylko jej. Rozpływała się w tej myśli, w pogodnym cieple, rozpływała się w dogasającym słońcu, w gałęziach wychodzących z jej żeber, które rychło obrosły w liście i pokryły się białym kwieciem gruszy. Pochylone płatki owiewały ich słodyczą jak kadzielnica, na ołtarzu Matki, odbierając im w końcu mowę i wolę, stapiając w jedno z przestrzenią, dostosowując puls ich serc do pulsu ziemi.
A gdy dzień zgasł i oni zgaśli, zasnęli nad brzegiem stawu śniąc sny tej ziemi, w końcu uwolnione z pętli koszmaru szkaradnej wiedźmy, łamiące krąg nienawiści i boleści. Oni, wtopieni w krajobraz nieśli sobie i temu miejsce nadzieję na lepsze jutro.
Koniec sesji