08.10.2024, 18:19 ✶
– Po jakiemu co? – nie skojarzył w pierwszym momencie tego słowa, nawet jeśli dzięki magii, mógł mówić w każdym języku. Choć jego talent działał pasywnie, czasami gwara różnych regionów przytłaczała go wielością znaczeń. – Po angielsku, to anglik. Ale czy mówi w ogóle po łacinie? – uciekł wzrokiem stalowych oczu ku górze, próbując w kryształowym pałacu własnej pamięci odtworzyć dane na jego temat. – Rozwiewając Twoje wątpliwości to Bagshot. Isaac Bagshot. Coś Ci to mówi? – Nie podawał daty urodzenia, ale zdawało mu się że Mona nie była z nim na jednym roku.
Tymczasem coś w jej tonie skupiło jego uwagę. Pewien żal wciąż nieutulony. Och, jak dobrze go rozumiał. Biuro zdecydowanie nie było odpowiednim miejscem, aby o tym rozmawiać, choć bardzo prawdopodobne, że Anthony nie zamierzał o tym rozmawiać z nikim. O tęsknocie, która czasem rozpycha serce aż do żeber, a czasem przykleja je do kręgosłupa w żelaznym uścisku. Na co dzień udawał i szło mu to całkiem nieźle, ale nawet tu, nawet teraz, myślą o tym jak dział wilkołaków jest blisko...
Dobrze, że pojawił się ryży okrutnik, który - co zdawało mu się bardzo prawdopodobne - był pierwszym możliwym podejrzanym co do pomieszanych dokumentów. Szczególnie, że ewidentnie punktował jej tempo pracy. Z oczywistych względów nic nie dał po sobie poznać swojego oburzenia i niechęci, nie tak załatwiało się tego typu żarty.
A potem Mona przemówiła i och, jakże mógłby sobie odmówić udziału w tej szaradzie? Lekkość z jaką przyszła jej ta śpiewka, była przyjemnie nęcąca. Jak on uwielbiał tą dziewczynę! Niby niepozorna, niby płatki zwinięte jeszcze przed pełnym rozkwitem, a jak potrafiła swoją spontanicznością i butą onieśmielić! Ten potencjał, aż żałował, że namówił ja na pracę u wuja, a nie u siebie.
– E mi scusi, Crowley. Jestem Aleister Crowley. – mówił z silnym włoskim akcentem, podnosząc swoje szare oczy i przyjemnie uśmiechniętą twarz do nieznajomego. Sesja dla Rosierów dopiero jutro, niedługo miały zawisnąć plakaty z jego twarzą wszędzie, ale teraz, przez ten ostatni moment, po trzech, czterech miesiącach nieobecności w Ministerstwie, mógł sobie pozwolić na odrobinę anonimowości. – Przeprowadziłem się niedawno z Włoch, gdzie pracowałem przez ostatnich 15 lat. Specjalizuję się w smokach i bardzo liczę na ten przydział, ale na razie... nawet szatę dali mi od innego Departamentu, bo nie mieli mojego rozmiaru, będe musiał iść do... jakie to było słowo? Non ricordo come si dice sarto in inglese – zwrócił się do Mony, jakby ona miała rozumieć.
Ryży zmrużył oczy podejrzliwie, ale płynna włoszczyzna która popłynęła z ust nieznajomego wystarczyła mu jako potwierdzenie jego słów. Kto normalny uczyłby się włoskiego?
– Tu jest Anglia tu się mówi po Angielsku! Co, kilka lat za granicą i już zapominasz mowę ojców Crowley? – w głosie było słuchać pogardę i źle zrozumiany patriotyzm. – On Cię tylko opóźnia Mona, weź ogarnij te pasty, bo Ci wuja łeb urwie przy dupie jak się dowie, że się nie sprawdzasz. – prychnął znów kierując swoje słowa do dziewczyny i nerwowo postukując piętą o parkiet.
Tymczasem coś w jej tonie skupiło jego uwagę. Pewien żal wciąż nieutulony. Och, jak dobrze go rozumiał. Biuro zdecydowanie nie było odpowiednim miejscem, aby o tym rozmawiać, choć bardzo prawdopodobne, że Anthony nie zamierzał o tym rozmawiać z nikim. O tęsknocie, która czasem rozpycha serce aż do żeber, a czasem przykleja je do kręgosłupa w żelaznym uścisku. Na co dzień udawał i szło mu to całkiem nieźle, ale nawet tu, nawet teraz, myślą o tym jak dział wilkołaków jest blisko...
Dobrze, że pojawił się ryży okrutnik, który - co zdawało mu się bardzo prawdopodobne - był pierwszym możliwym podejrzanym co do pomieszanych dokumentów. Szczególnie, że ewidentnie punktował jej tempo pracy. Z oczywistych względów nic nie dał po sobie poznać swojego oburzenia i niechęci, nie tak załatwiało się tego typu żarty.
A potem Mona przemówiła i och, jakże mógłby sobie odmówić udziału w tej szaradzie? Lekkość z jaką przyszła jej ta śpiewka, była przyjemnie nęcąca. Jak on uwielbiał tą dziewczynę! Niby niepozorna, niby płatki zwinięte jeszcze przed pełnym rozkwitem, a jak potrafiła swoją spontanicznością i butą onieśmielić! Ten potencjał, aż żałował, że namówił ja na pracę u wuja, a nie u siebie.
– E mi scusi, Crowley. Jestem Aleister Crowley. – mówił z silnym włoskim akcentem, podnosząc swoje szare oczy i przyjemnie uśmiechniętą twarz do nieznajomego. Sesja dla Rosierów dopiero jutro, niedługo miały zawisnąć plakaty z jego twarzą wszędzie, ale teraz, przez ten ostatni moment, po trzech, czterech miesiącach nieobecności w Ministerstwie, mógł sobie pozwolić na odrobinę anonimowości. – Przeprowadziłem się niedawno z Włoch, gdzie pracowałem przez ostatnich 15 lat. Specjalizuję się w smokach i bardzo liczę na ten przydział, ale na razie... nawet szatę dali mi od innego Departamentu, bo nie mieli mojego rozmiaru, będe musiał iść do... jakie to było słowo? Non ricordo come si dice sarto in inglese – zwrócił się do Mony, jakby ona miała rozumieć.
Ryży zmrużył oczy podejrzliwie, ale płynna włoszczyzna która popłynęła z ust nieznajomego wystarczyła mu jako potwierdzenie jego słów. Kto normalny uczyłby się włoskiego?
– Tu jest Anglia tu się mówi po Angielsku! Co, kilka lat za granicą i już zapominasz mowę ojców Crowley? – w głosie było słuchać pogardę i źle zrozumiany patriotyzm. – On Cię tylko opóźnia Mona, weź ogarnij te pasty, bo Ci wuja łeb urwie przy dupie jak się dowie, że się nie sprawdzasz. – prychnął znów kierując swoje słowa do dziewczyny i nerwowo postukując piętą o parkiet.