08.10.2024, 21:45 ✶
Prawda nie była łatwa. Icarus lubił się czasem okłamywać, udawać, że wszystko było w porządku. Tak było łatwiej. Nie trzeba było się starać, można było prowadzić puste życie, nie narażając się na jeszcze większe cierpienie, na gorycz porażki. Mona przypomniała mu znowu, po tych dziecięciu latach, że był tchórzem i niczym więcej. Coś w nim szarpało się, żeby to zmienić, ale było uciszane przez jedno wielkie „i tak to nie ma sensu". I tak ci się nie uda.
Uderzał palcami nerwowo o powierzchnię baru. Nagle wszystkie dźwięki stały się zbyt głośne, a wzrok zamglił się mu od łez. Nie wiedział, co odpowiedzieć, a gdyby nawet spróbował, nie byłby w stanie wydusić słowa. Czuł, jakby na jego gardle zacisnęła się pętla i niemal słyszał własne bicie serca. Czy już wariował? Oj, na pewno. Widok Mo już sprawił, że wszystko wróciło. Kochał ją cały czas i to do szaleństwa, ale jednocześnie nienawidził siebie. Czy dało się to pogodzić? Wydawało się to być sprzecznością, miotającą się w jego sercu jak dzikie zwierzę na uwięzi, by wreszcie rozedrzeć go na pół.
Kiedyś miłość do Mony dawała mu oparcie. Miał przy sobie przecież osobę, która czuła do niego szczerą sympatię, która nie była zależna od jego osiągnięć naukowych. Dzięki temu, kiedy budził się rano w szkolnym dormitorium i patrzył w lustro, lubił osobę, którą tam widział. A teraz... patrzył na niego stamtąd tylko żałosny pijak, który cały czas udawał. Theatrum mundi w najgorszym znaczeniu.
– Przepraszam – zdołał jedynie wydusić, a jego głos załamał się nawet przy tym jednym słowie.
A potem odszedł na zaplecze. Uciekł, bo przecież tylko to potrafił zrobić. Całe jego życie było jedną wielką ucieczką. Przed faktem, że był tylko bękartem. Przed zawodem ojca. Przed własnym szczęściem, przed odpowiedzialnością, przed rodziną, która go kochała i nawet nie wiedziała, jak źle z nim było, a nawet w pewnym momencie przed samym życiem, kiedy to rzucił się w ramiona syreny w nadziei, że pociągnie go za sobą na dno morza.
Odesłał Chrissy na bar, a ta bez zbędnych pytań posłuchała się go. Chyba było po nim widać, w jakim był stanie. Tym samym też szklanki przestały się myć, zostawiając im więcej roboty na później. Jednak to było w tej chwili najmniejszym zmartwieniem Icarusa, który tylko znalazł wyjętą wcześniej skrzynkę z ognistą whisky i instynktownie zabrał jedną z butelek, odkręcił i wypił prosto z gwinta tyle, ile tylko dał radę. Opadł plecami na ścianę i usiadł na podłodze. Wyglądało to w gruncie rzeczy podobnie, jak wtedy, dziesięć lat temu, gdy Mona odeszła, by nigdy nie pojawić się w jego życiu. Tyle, że teraz wróciła i... wszystko się skomplikowało.
Icarus nie dawał się porwać płaczowi. Robił to raczej w ciszy, cały czas przecierając rękawem oczy, nie pozwalając sobie na łkanie, które ktokolwiek mógłby usłyszeć. Nie mógł odpędzić z wyobraźni widoku twarzy Mo, a także jej protezy na rękę. Powinien był tam być przy niej, siedzieć u jej boku w świętym Mungu, wspierać ją, a on... nawet nie wiedział. Był bezczelny, kiedy mówił sobie w myślach, że ją kochał. Przecież ile to znaczyło, skoro już nie było żadnych szans? A najgorsze by było łudzenie się, że ona do niego jeszcze cokolwiek czuła. Cóż, akurat w tym był rozsądny, bo wydawało mu się, że wiedział, że to była szczera prawda.
Uderzał palcami nerwowo o powierzchnię baru. Nagle wszystkie dźwięki stały się zbyt głośne, a wzrok zamglił się mu od łez. Nie wiedział, co odpowiedzieć, a gdyby nawet spróbował, nie byłby w stanie wydusić słowa. Czuł, jakby na jego gardle zacisnęła się pętla i niemal słyszał własne bicie serca. Czy już wariował? Oj, na pewno. Widok Mo już sprawił, że wszystko wróciło. Kochał ją cały czas i to do szaleństwa, ale jednocześnie nienawidził siebie. Czy dało się to pogodzić? Wydawało się to być sprzecznością, miotającą się w jego sercu jak dzikie zwierzę na uwięzi, by wreszcie rozedrzeć go na pół.
Kiedyś miłość do Mony dawała mu oparcie. Miał przy sobie przecież osobę, która czuła do niego szczerą sympatię, która nie była zależna od jego osiągnięć naukowych. Dzięki temu, kiedy budził się rano w szkolnym dormitorium i patrzył w lustro, lubił osobę, którą tam widział. A teraz... patrzył na niego stamtąd tylko żałosny pijak, który cały czas udawał. Theatrum mundi w najgorszym znaczeniu.
– Przepraszam – zdołał jedynie wydusić, a jego głos załamał się nawet przy tym jednym słowie.
A potem odszedł na zaplecze. Uciekł, bo przecież tylko to potrafił zrobić. Całe jego życie było jedną wielką ucieczką. Przed faktem, że był tylko bękartem. Przed zawodem ojca. Przed własnym szczęściem, przed odpowiedzialnością, przed rodziną, która go kochała i nawet nie wiedziała, jak źle z nim było, a nawet w pewnym momencie przed samym życiem, kiedy to rzucił się w ramiona syreny w nadziei, że pociągnie go za sobą na dno morza.
Odesłał Chrissy na bar, a ta bez zbędnych pytań posłuchała się go. Chyba było po nim widać, w jakim był stanie. Tym samym też szklanki przestały się myć, zostawiając im więcej roboty na później. Jednak to było w tej chwili najmniejszym zmartwieniem Icarusa, który tylko znalazł wyjętą wcześniej skrzynkę z ognistą whisky i instynktownie zabrał jedną z butelek, odkręcił i wypił prosto z gwinta tyle, ile tylko dał radę. Opadł plecami na ścianę i usiadł na podłodze. Wyglądało to w gruncie rzeczy podobnie, jak wtedy, dziesięć lat temu, gdy Mona odeszła, by nigdy nie pojawić się w jego życiu. Tyle, że teraz wróciła i... wszystko się skomplikowało.
Icarus nie dawał się porwać płaczowi. Robił to raczej w ciszy, cały czas przecierając rękawem oczy, nie pozwalając sobie na łkanie, które ktokolwiek mógłby usłyszeć. Nie mógł odpędzić z wyobraźni widoku twarzy Mo, a także jej protezy na rękę. Powinien był tam być przy niej, siedzieć u jej boku w świętym Mungu, wspierać ją, a on... nawet nie wiedział. Był bezczelny, kiedy mówił sobie w myślach, że ją kochał. Przecież ile to znaczyło, skoro już nie było żadnych szans? A najgorsze by było łudzenie się, że ona do niego jeszcze cokolwiek czuła. Cóż, akurat w tym był rozsądny, bo wydawało mu się, że wiedział, że to była szczera prawda.