Morpheus po obejrzeniu dzieł sztuki w samotności, tak jak lubił, chciał odnaleźć Jonathana, aby porozważać z nim, co powiesić na ścianach w jego nowym domostwie. Do prawda ściany nie nadawały się jeszcze do niczego, nawet powieszenia oprawionego w ramkę obrazka Mabel, nie mówiąc już o profesjonalnych obrazach (koniecznie musiał zaproponować pannie Avery zajęcia artystyczne dla najmłodszych aby wyłowić talenty). Nie mógł jednak znaleźć, chyba przydymiony wrażeniami z wystawy oraz natłokiem, swojego przyjaciela ani jego chrześniaka czy Rity.
— Dobry wieczór panno Avery, panie Remington, winszuje udanego występu i przepięknego wystroju — skinął głową mężczyźnie i głębiej kobiecie. — Morpheus Longbottom, do usług. Czy zechciałaby pani opowiedzieć mi odrobinę o twórcach wystawy? Jestem przekonany, że namówi mnie pani do uhonorowania któregoś z twórców laurem.
On tak na prawdę już wybrał, komu chce patronować, przecież wybór był nader oczywisty i zgodny z jego charakterem. To nazwisko, cóż za idealny zbieg okoliczność, Morpheus był rozbawiony.
— Panie Remington, czy oglądał pan już wystawę? Co pan o niej sądzi? — zapytał się Enzo, wyciągając łokieć w stronę gospodyni, aby mogła go oprowadzić. Sądził, że uda mu się skorzystać na samym fakcie, że ma na nazwisko Longbottom, które jednoznacznie kojarzyło się z obroncami prawa i uciśnionych oraz tym rodem, który wspomaga potrzebujących i nie rozdziela się grubą kreską od reszty magicznej społeczności. Zdrajcy krwi. Szlamojebcy. Nie zamierzał też ignorować samego Enzo, chociaż znał go z opowiadań, głównie Antoniusza, nawet jeżeli to nie było wzajemne, on i Shafiq nie utrzymywali publicznie kontaktów aż do niedawna, gdy zostali sąsiadami.
Sukces!