09.10.2024, 20:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2024, 20:50 przez Roselyn Greengrass.)
Chuj mnie to obchodzi
Roselyn zmarszczyła brwi, brzydko wyginając usta w grymasie niezadowolenia. Zabolało. Zabolało jak diabli. Skoro tak go to wszystko nie obchodziło, to jakim prawem teraz mówił do niej w ten sposób? Jakim prawem w ogóle zaczął od ataku, bo przecież ona się tylko broniła. Broniła przed tym, w jaki sposób mówił do niej i o niej. W zasadzie to powinna wstać i wyjść, ale zamiast tego wypiła pół szklanki whisky, słuchając jak prawi jej kolejne morały. Alkohol był niebezpieczny - mógł albo spotęgować jej emocje, albo je przytłumić. Nie wiedziała którą opcję wolałaby bardziej, ale w zasadzie to teraz się nad tym nie zastanawiała. Po prostu patrzyła tępo na swojego brata, niespiesznie ćmiąc papierosa. Zgasiła go tylko po to, by wyciągnąć z paczki kolejnego.
Czy miała wrażenie, że cały jej świat się wali? Nie. Czy miała wrażenie, że ta relacja pęka? Nie. Ale miała wrażenie, że powstała na niej rysa, której nie da się wypolerować. Zaciągnęła się papierosem z lubością, by wypuścić gęsty, szary dym. Popłynął ku górze, by stopniowo zacząć się rozwiewać przy suficie.
- Skoro tak bardzo masz to w dupie, to o co ci chodzi, co? - zapytała spokojnie, zbyt spokojnie jak na siebie. Słuchała odpowiedzi w milczeniu, obracając leniwie papierosa między palcami. Już nie patrzyła na Roise, ale nie dlatego, że unikała jego wzroku. Była teraz skupiona na czymś kompletnie innym, bardziej przyziemnym. Ten obracający się papieros w jej palcach sprawiał, że nie zatracała rzeczywistości, że trzymała się jej kurczowo i całe napięcie, które w niej było, nie znajdowało ujścia mimo że powinno. - Aha.
Mruknęła tylko w odpowiedzi. Jej ton był cholernie lekceważący, podobnie jak postawa. Nie siedziała jak dama, pięknie wyprostowana, z nogą założoną na nogę. Miała oparte plecy, przekrzywioną sylwetkę i rozpuszczone włosy, które przez tę wspinaczkę były teraz w totalnym nieładzie. Wraz z mocniejszym makijażem, petem w palcach i szklanką do połowy pełną whisky wyglądała jak ktoś, kto... W zasadzie pasowałby do Borginów. Lekceważenie, pycha, buta wręcz. I ta promieniująca z niej bezczelność. Czy na pewno naprawdę znał swoją siostrę, czy być może stworzył pewien jej fałszywy, przesłodzony obraz i kurczowo się go trzymał?
Miała wrażenie, że Ambroise widzi ją w lustrze. Jako odbicie, które jest niby idealne, ale tak naprawdę jest mocno zniekształcone. A być może nawet odwrócone? Wystarczyłoby jednak, by sięgnął po nią, by szarpnął mocniej, a na pięknej tafli pojawią się rysy aż w końcu lustro zostanie strzaskane. Czy jednak prawdziwa postać Roselyn jednak wyjdzie, czy przeciwnie: zostanie tam na zawsze? To, co robił w tej chwili, troszkę przypominało nieśmiałe, początkowe uderzanie palcami o to lustro, jakby było to przygotowanie się do tego, by je strzaskać. Ale czy jeżeli to zrobi, to czy Roselyn nie zapewni mu kolejnych 7 lat nieszczęścia? Była bystra wbrew pozorom i chociaż nie dała się poznać jako okrutna osoba, to zapewne potrafiłaby uczynić z jego życia piekło.
- Skończyłeś już? - zapytała ostro, nieco leniwie. Przeniosła wzrok w powolnym tempie na jego twarz. Dostrzegła to zaciśnięcie mięśni, musiał mocno zaciskać zęby, zapewne żeby nie wybuchnąć. - Dolohovów, Ambroise. Nie znasz Valeka? Nie czytujesz jego wróżb? Ponoć jego żoną jest kobieta z rodziny Lestrange. Też ciekawa rodzina, niezwykle konserwatywna jeżeli chodzi o czystość krwi. Tego byś dla mnie chciał? Kogoś z nich? Dolohova, Lestrange'a, a może Blacka? Czy może kogoś, kto jest bardziej konserwatywny? Mulciber, na przykład? Słyszałam o procesie Juliusa Mulcibera. Oskarżono go o współpracę ze Śmierciożercami. Czy ktoś taki byłby dla ciebie idealnym wybrankiem dla twojej uroczej siostry? Kimś, kto zapewni jej ochronę?
Głos miała ostry i lodowaty jak maleńkie sopelki lodu, które wbijały się w skórę, by wniknąć w serce.
- W końcu tak chętnie używasz niestosownego języka. Zaszlamiony, naprawdę Ambroise? A śmiesz mi wytykać cokolwiek związanego z Borginami? - zaciągnęła się znowu papierosem, lecz teraz wypuszczeniu dymu towarzyszyło głośne westchnięcie. - Najwyżej wybiorę wódkę. Albo zakąskę. Nie bez powodu Anthony zabrał mnie na Nokturn. Co prawda nie podoba mi się ten cały Stanley, jego brat, ale jeszcze na tym nieszczęsnym przyjęciu, od którego się zaczęło, Borgin stanął w mojej obronie. Dwukrotnie.
Wzruszyła ramionami tak nonszalancko, jakby to było oczywiste, że wie jakie są konsekwencje swojego postępowania. Ale czy na pewno wiedziała z czym to się wiąże?
- Mleko się rozlało, Roise. Trzeba tylko je odpowiednio wytrzeć. Dlatego też Borgin weźmie winę na siebie. A ja odegram swoją rolę tak, jak trzeba. Kto będzie chciał skrzywdzić nic nieznaczącą w magicznym świecie potomkinię Greengrassa? Co mogę im dać? Co mogłoby im dać skrzywdzenie mnie? A gdy zerwiemy, gdy świat dowie się jakim skurwielem jest Anthony Ian Borgin, ludzie będą mi tylko współczuć - zgasiła papierosa. To, co mówiła, brzmiało na cholernie wyrachowany i zimny plan, w którym nie było miejsca na żadne wyższe uczucia.[/b]