Victoria bardzo wyraźnie zmarszczyła brwi, myśląc intensywnie – lecz nic mądrego nie wymyśliła. Miała za mało danych, nic nie wiedziała o tym przypadku, zresztą była gotowa na rozmowę z Mirabellą Abbott, nie sądziła, że to się nagle sprowadzi do badania jakiegoś tajemniczego gatunku rośliny… Gatunku, który mocno ją alarmował, bo już miała przynajmniej kilka pomysłów na to, co tu się mogło stać i żaden jej się nie podobał.
I nie, to nie było normalne w tym zawodzie, by być spetryfikowanym. Mandragory pomagały spetryfikowanym, nie na odwrót… Zaś brak nauszników mógł po prostu zabić, to nie był niedojrzały okaz, mała sadzonka – to był ogromny osobnik i należało tu zachować wszelkie środki ostrożności. Dlatego z małym niezrozumieniem spojrzała na panią Abbot, zaś wzburzenie Jonathana tym bardziej sprawiło, że poczuła większy niepokój. Zgadzała się z tym, że roślinę trzeba zbadać, ALE…
– Chwileczkę – odezwała się, nie podnosząc jednak głosu. – Byłam tutaj z panią umówiona na rozmowę, nie wiem jak reszta, ale ja kompletnie nic nie wiem o tej roślinie, skąd się wzięła i co się właściwie dzieje – być może Mirabella o tym zapomniała, całkiem podekscytowana możliwością zbadania „maszka-” jak to zaczął Selwyn, i dałaby sobie paznokcia uciąć, że końcówka tego słowa to „ry”. Starała się ignorować natrętne i niezbyt przyjemne spojrzenia Urquarta, które nie robiły na niej najmniejszego wrażenia. Victoria oszczędnie gospodarowała swoim majątkiem i choć sobie nie żałowała, to nie była w żadnej mierze rozrzutna, mogli więc liczyć na jej hojność, owszem, ale na to też trzeba było sobie zapracować. A póki co – mieli tu inny problem niż finanse.
Nauszniki to był, według niej, mały problem – właściwie żaden. Zresztą widząc to poruszenie, sama wydobyła różdżkę, by wyczarować dla siebie parę puchatych, czarnych nauszników, a widząc, że reszta też to zrobiła, lecz nie Nora (na która miała oko ze względu na Sauriela…), wyczarowała jeszcze jedną parę – całkowicie różową, z kocimi uszkami i przemieściła się pomiędzy zebranymi w momencie, kiedy Ambroise mówił, by bez słowa wcisnąć je w ręce Nory, u boku której już została, zapewne powodując nieprzyjemne zimno. Swoje spojrzenie wbiła teraz w Mirabellę.
– Czy w pakiecie wiedzy o tym okazie jest również nekromancja? Czuć ją w powietrzu niemal tak mocno, jak mokrego psidwaka po deszczu – a jednak nikogo to nie alarmowało, więc…? A powinno. Nekromancja była z a k a z a n a, a Victoria była przedstawicielem prawa. Co prawda w tej chwili nie na służbie i nie w mundurze, ale miała świadomość, że po serii artykułów w gazecie, po Beltane, ludzie doskonale wiedzieli, kim była, gdzie pracuje i, o zgrozo, z kim się spotyka, i zapewne mnóstwo innych dziwacznych, mniej czy bardziej prawdziwych, szczegółów. Ściskała w dłoni swoje nauszniki, ale miała nadzieję, że pani Abbott jednak nie postąpi tak pochopnie, żeby pomimo tych wszystkich rzeczy, otwierać tubę.