10.10.2024, 02:44 ✶
Westchnął z całkowitym brakiem powagi, tak po prostu kręcąc głową w milczeniu, bo jak miał skomentować podobne teksty? Thomas ewidentnie był dziś w formie. Zapewne skrzętnie zbierał granulat dla dowcipnisiów przez niemal cały rok a teraz połknął go na raz.
- Postrzeliła mnie z kuszy - odpowiedział wesoło, szczególnie jak na to, że w żadnym razie nie kłamał ani nie przeinaczał prawdy.
Został postrzelony ze starej całkiem antycznej kuszy. Jakimś cudem nie dostając zakażenia ani nie wymagając pilnej pomocy medycznej. Wręcz dotoczył się z pomocą do własnego mieszkania, gdzie samodzielnie zajął się odniesioną raną, bo odpowiadanie na niewygodne pytania byłoby znacznie gorsze.
- W nogę. Do tej pory żadne - tu najchętniej wystawiłby określenie cholerne, ale jeszcze w dalszym ciągu się pilnował - eliksiry ani maści nie poradziły sobie z blizną. Masz swoją odpowiedź - rozłożył ręce, bo jeśli to dla Thomasa było równoznaczne z oswajaniem to Ambroise chyba nie chciał wiedzieć jak mają się koty Figgów.
Prawdopodobnie mógłby (a może nawet powinien) dodać coś więcej o osobliwych okolicznościach wypadku sprzed grubo ponad sześciu miesięcy. Najpewniej to byłoby całkiem dobre posunięcie, bo mógłby przy okazji spytać o nurtujące go kwestie dotyczące rzekomych klątw i powiązanych opętań a także choćby rany jak ta, którą odniósł - czasami w dalszym ciągu dającej o sobie znać widmowym, fantomowym bólem.
Natomiast były pewne tematy, na które nie chciał rozmawiać. Nawet z kimś takim jak przyjaciel. Pewne kwestie były lepsze niedomknięte, nierozwiązane i nieporuszane. Detale dotyczące upolowania go należały do dokładnie takich, toteż miał już nawet gotowe wyjaśnienia dla ludzi mogących zadawać pytania. Miał nadzieję, że nie będzie ich dziś wyciągać. Był poweselały, ale szybko wrócił do głównego tematu, który mieli teraz na tapecie.
- Nie? - W głosie Greengrassa zabrzmiała niepewność; wpierw raczej teatralna, później jakby trochę zmieniona wraz z wyrazem jego twarzy.
- Choć mógłbym podejrzewać matkę - stwierdził po chwili zastanowienia, mrużąc oczy. - Kilka lat byłem uzdrowicielem rodziny - wyjaśnił powoli w dalszym ciągu brzmiąc, jakby mógł to przez chwilę rozważyć. - Riny nie... ...ona mieszka w Londynie... ...ale pozostałych członków rodu tak, a z tego, co mi wiadomo stara wiedźma miała coraz większe parcie na wydanie córki - sam był tego świadkiem podczas jednego z wydarzeń dla śmietanki towarzyskiej, które tak właściwie zapoczątkowało ich przejście z przyjaźni w coraz bardziej naturalnie przyjmowany długofalowy związek, chociaż nie miały na to wpływu zabiegi ze strony Jennifer.
No, może bezpośrednio, bo coś tam niby dały. Znał tę kobietę już nie tylko od zawodowej strony, nawet jeśli nie udało mu się uniknąć pełnienia funkcji przydomowego uzdrowiciela na wezwanie. Żartował, że tak będzie, ale rzeczywistość okazała się zatrważająco zbieżna z tym, co miało być dowcipem. Mówił również o amortencji i jej działaniu, o tym także dowcipkując z Geraldine i wprost bezczelnie sugerując jej, że podtruwała go eliksirem miłosnym. Oczywiście, znał się na tym tak, że raczej to wykluczał. Przynajmniej w wypadku młodszej Yaxleyówny, ale starsza...
...starsza mogła przynajmniej kilka razy spróbować zrobić coś takiego.
- Kur... ...ki złociutkie. Powiedziałbym, że to wobec tego jest całkiem możliwe, szczególnie, gdybym przyjmował czekoladki z likierem od pacjentów jak to robią co poniektórzy - zauważył ze zdziwieniem przypominając sobie co najmniej trzy momenty, w których Jennifer była dla niego niezwykle miła i usiłowała częstować go zagranicznymi słodyczami. Dwa z tych trzech razy były podczas epizodu z leczeniem Riny po ataku kelpie, stąd nie zwrócił na nie uwagi, bo był zbyt zajęty leczeniem. Zaś ostatni najpewniej też musiał być w jakimś momencie, kiedy naturalnie mógłby wpaść na jedyną córkę kobiety. To było zadziwiająco, zatrważająco logiczne.
Bez działania amortencji był szczęśliwy ze swoją osobliwą hybrydą, choć na słowa Thomasa parsknął pobłażliwie, jednakże zdarzało im się kłócić i spinać o rzeczy, których raczej nie zauważałby pod wpływem miłosnego narkotyku. Oficjalny wspólny debiut towarzyski również mieli już za sobą. Dwie kolacje i po jednym obiedzie z każdą z rodzin również. Tak właściwie to Figg był jedną z ostatnich osób, które Greengrass informował o zmianie niektórych okoliczności życiowych, ale to tylko z uwagi na to, że o takich rzeczach raczej nie zwykł pisać w listach. Tak właściwie to nie był człowiekiem słowa i miewał problemy z ubraniem w nie własnych przemyśleń. Jasne, próbował się chociaż trochę przemóc, ale jak do tej pory raczej średnio mu to wychodziło.
- Dla tych obiadków było warto wyspecjalizować się w zatruciach eliksiralnych - mimo tak kpiącej sugestii nie drgnął mu nawet mięsień na twarzy, jedynie błysk w oczach wskazywał na jawny żart. - Są pyszne nawet z bezoarem w gardle. Żałuj, że nie wpadasz na swoje - dopowiedział, tym razem posuwając się do tego, żeby samą miną zasugerować, że wie o czym mówi, bo jest częstszym gościem na obiadach u siostry przyjaciela niż sam Thomas.
- Choć Nora chyba tak tęskni, że też byłaby w stanie cię z tej tęsknoty zatruć, jeśli dzięki temu byś wrócił na dłużej - mimowolnie kiwnął głową.
Tak. Mimo że tego nie mówiła - z pewnością byłoby dużo łatwiej, gdyby miała przy sobie kogoś takiego jak brat. Tego nie dało się tak łatwo zastąpić, choć Ambroise starał się jak mógł. Nawet ewidentnie zostawał dla niej niańką małej Mabel, mimo kompletnego braku predyspozycji ku temu. Usiłował być na wezwanie, oferować swoje wsparcie i tak dalej, bo ją również bezwiednie zaczął traktować jak członka rodziny. Momentami bliższego niż ci faktyczni. Mimo to zdawał sobie sprawę z tego, że nie zawsze mógł być pomocny. Czasami chodziło o tę szczególną więź między ludźmi wychowanymi w tym samym domu i podobnych okolicznościach w otoczeniu tych samych osób.
- Skur... ...czybyczek - nawet w zamyśleniu usiłował się dalej pilnować - dostałby lepę, gdyby powiedziała, kto ją tak wmanewrował - stwierdził nagle, posyłając poważniejsze spojrzenie w kierunku małej czarownicy i wstrząsając głową. - Piękne słówka i ucieczka od odpowiedzialności. Zadziwiające, że wyszło z tego coś tak... ...delikatnego i wdzięcznego - dodał, przy czym znowu potrząsnął głową i tym razem dodatkowo wzruszył ramionami.
Był zmęczony. Ostatnio przechodził przez dziwny etap życia. Nic dziwnego, że miewał chwile nagłego zastanawiania się nad kolejami losu i sekretami tego, co szykowało dla nich życie. Całe szczęście cokolwiek to było, przynajmniej miał swoich ludzi a jego ludzie mieli jego. To była dziwna myśl, naprawdę.
- Czemu mnie to nie dziwi. Tak czy siak, liczę na to, że gdy przytrafią się takie okoliczności to znajdziesz dla mnie wygodne miejsce w zespole - stwierdził w końcu, jak gdyby nigdy nic powracając do lekkości w głosie i całkowicie wyluzowanej, wręcz rozleniwionej (szczególnie bez dziecka na kolanach) postawy.
- Mam nieskazitelne referencje. Zawodowo jestem wyjątkowym kandydatem - a przy tym jakże skromnym i obiektywnym w stosunku do swoich (licznych!) zalet. - Choć po namyśle wolę nie uciekać z kraju. Nora i tak by mnie dopadła a luba nie byłaby zadowolona. No, chyba że macie tam jakieś wartościowe potwory - dopowiedział, bo akurat z tym niedociągnięciem nie próbował się kryć.
Mimo naprawdę solidnych i wielokrotnie podejmowanych prób wbicia mu do głowy podstawowych informacji odnośnie magicznych zwierząt, mózg Greengrassa był raczej oporny (dziwne, co nie?) na przyswajanie tego typu wiedzy. Dla niego memortki w dalszym ciągu były memrotkami, ewentualnie mamrotkami a na widok testrala niemal przeskoczył przez płot, nie spodziewając się zastać go w miejscu, w którym zazwyczaj go nie było. To znaczy: był, ale nikt Ambroisa o tym nie uświadomił. Dopiero dobicie Williama Rosiera na początku sześćdziesiątego piątego najwyraźniej odbiło na Greengrassie tak duże piętno, że zaczął widzieć te upiorne konie, choć przecież wielokrotnie wcześniej widział oblicze śmierci. Tak czy inaczej, momentalnie pożałował tego widoku. Nie cierpiał znacznej większości magicznych stworzeń.
Do duchów również miał bardzo średnie nastawienie. Szczególnie po jednym naprawdę nieprzyjemnym opętaniu.
- To brzmi zdecydowanie jak zbyt małe poświęcenie - wzruszył ramionami, jakby był ekspertem w tym zakresie i niemalże codziennie składał z kogoś ofiarę; nie to, że zaledwie chwilę wcześniej dopytywał o intrygujące szczegóły dotyczące tego procesu - to był detal.
- Myślę, że nie warto tego robić. Znajdę inną ofiarę do złożenia na tym ołtarzu. Jedną za to dużą jak rzyć Gregory Macmillan z Ravenclawu - rzyć zamiast starej dobrej dupy bo chyba tego słowa mógł używać przy dzieciach, czyż nie?
Nie był tak całkiem beznadziejnie niecenzuralny, kiedy starał się trzymać język za zębami. Prawdę mówiąc, poza nielicznymi chwilami swobody w domu albo w sytuacjach towarzyskich, które mu na to pozwalały, uchodził raczej za poważnego i sztywnego człowieka, który wcale nie musiał powiedzieć komuś wprost spierdalaj. Potrafił zrobić to w tak wysublimowany sposób, że wskazana osoba nie tylko czuła paląca chęć przeżycia tej przygody, lecz także naprawdę ochoczo opuszczała pomieszczenie. To była głównie kwestia okoliczności. A te tutaj zaczęły sprzyjać rozprężeniu. Szczególnie, odkąd Mabel nie była już tak całkiem na głowie Ambroisa i w dodatku zaczęła usypiać.
- Mój magazyn jest przynajmniej poczytny i nie musi sobie sztucznie nabijać sprzedaży - odrzekł w bardzo zbliżonym tonie, unosząc wzrok w kierunku sufitu i wzdychając ciężko. - Ma bardzo dużo informacji z pierwszej ręki - obronił jeszcze swoje pisemko, które tak w rzeczywistości po prostu sprawiało mu satysfakcję.
Lubił czytać o Quidditchu. W ten sposób wracał pamięcią do starych dobrych szkolnych czasów sprzed Munga. Nie do końca łatwiejszych ani takich, w których faktycznie chciałby się znowu znaleźć, ale miło było co nieco powspominać. Tak samo jak spróbować przelać na kogoś dawne pasje. Niestety, zbyt małego, żeby to miało rację bytu.
- Daj znać, gdybyś zmienił zdanie. Mało się znam, ale sądzę, że niewypolerowany trzonek może niewygodnie leżeć w dupie. Podrzucę ci dobry artykuł opisujący to krok po kroku i pastę polerską - wzruszył ramionami.
Był pomocny, co nie? Prócz tego jako uzdrowiciel wiedział, że oddział wypadków przedmiotowych raz na jakiś czas (stanowczo zbyt często) leczył drzazgi w odbycie i nie było to nic przyjemnego dla żadnej ze stron. A jeszcze tak się malowniczo składało, że drobna i niska Nora mogła mieć niezłego cela wynikającego z tego, że bliżej jej było do pęknięcia na plecach Thomasa niżeli do czubka jego głowy. Ot co: siła i znaczenie detali.
- Co zaś tyczy się naszego drogiego kurołaka, będzie okazja przekonać się już za niecały miesiąc. Masz jakieś wskazówki, w jaki sposób zweryfikować istnienie klątwy? - Spytał, choć nie zamierzał odnotowywać tego w pamięci.
Miał już swoje przekonania odnośnie całej sytuacji, a jeśli to byłby faktyczny kurołak to całe szczęście podlegałby pod inny oddział - Prewetta albo Bulstrode, którzy mogliby podejść do tego z czymś w rodzaju pasji a nie pod Greengrassa, który wolał nie mieszać się w kwestie klątw, bestii i potworów.
To się u niego nie zmieniło. Wiele można było powiedzieć, ale to pozostawało stałe.
Widząc skutek usypiających umiejętności Thomasa (może to po prostu było wyjątkowe nudziarstwo?) powoli skinął głową, bo nie zamierzał ruszać się z miejsca.
Przynajmniej z początku, bo zanim przyjaciel zdążył wrócić, Ambroise pokusił się o to, żeby udać się do kuchni i wygrzebać stamtąd butelkę cydru, który sam nie tak dawno sprezentował Norze. No cóż, miał go odkupić podczas najbliższego pobytu w Dolinie Godryka w okolicach sadów.
Tymczasem zabrał do tego jeszcze dwa szkła i profilaktycznie od razu wypełnił je alkoholem. Lekkim, niskoprocentowym, bo przecież opiekowali się dzieckiem. Aż taki to nie był. Potrafił zachowywać się odpowiednio i odpowiedzialnie, ostatnio nawet całkiem szczególnie mocniej niż zwykle.
- Czy ja ci wyglądam jak skrzat domowy zafascynowany sprzątaniem? - Spytał po chwili milczącego słuchania z uniesionymi brwiami, obracając szklaneczkę w palcach, jakby to była ognista a nie półsłodki cydr z antonówek (oczywiście, zanim podniósł szklankę skinął głową w kierunku stolika, wskazując na obecność butelki).
- Czy to był jakiś ich prywatny Lovegood? - Spytał, parskając pod nosem, bo tak - to brzmiało jak klasyczny Lovegood, ewentualnie jakiś osobliwy Lockhart z przerostem ego i upodobaniem do koziny.
- Postrzeliła mnie z kuszy - odpowiedział wesoło, szczególnie jak na to, że w żadnym razie nie kłamał ani nie przeinaczał prawdy.
Został postrzelony ze starej całkiem antycznej kuszy. Jakimś cudem nie dostając zakażenia ani nie wymagając pilnej pomocy medycznej. Wręcz dotoczył się z pomocą do własnego mieszkania, gdzie samodzielnie zajął się odniesioną raną, bo odpowiadanie na niewygodne pytania byłoby znacznie gorsze.
- W nogę. Do tej pory żadne - tu najchętniej wystawiłby określenie cholerne, ale jeszcze w dalszym ciągu się pilnował - eliksiry ani maści nie poradziły sobie z blizną. Masz swoją odpowiedź - rozłożył ręce, bo jeśli to dla Thomasa było równoznaczne z oswajaniem to Ambroise chyba nie chciał wiedzieć jak mają się koty Figgów.
Prawdopodobnie mógłby (a może nawet powinien) dodać coś więcej o osobliwych okolicznościach wypadku sprzed grubo ponad sześciu miesięcy. Najpewniej to byłoby całkiem dobre posunięcie, bo mógłby przy okazji spytać o nurtujące go kwestie dotyczące rzekomych klątw i powiązanych opętań a także choćby rany jak ta, którą odniósł - czasami w dalszym ciągu dającej o sobie znać widmowym, fantomowym bólem.
Natomiast były pewne tematy, na które nie chciał rozmawiać. Nawet z kimś takim jak przyjaciel. Pewne kwestie były lepsze niedomknięte, nierozwiązane i nieporuszane. Detale dotyczące upolowania go należały do dokładnie takich, toteż miał już nawet gotowe wyjaśnienia dla ludzi mogących zadawać pytania. Miał nadzieję, że nie będzie ich dziś wyciągać. Był poweselały, ale szybko wrócił do głównego tematu, który mieli teraz na tapecie.
- Nie? - W głosie Greengrassa zabrzmiała niepewność; wpierw raczej teatralna, później jakby trochę zmieniona wraz z wyrazem jego twarzy.
- Choć mógłbym podejrzewać matkę - stwierdził po chwili zastanowienia, mrużąc oczy. - Kilka lat byłem uzdrowicielem rodziny - wyjaśnił powoli w dalszym ciągu brzmiąc, jakby mógł to przez chwilę rozważyć. - Riny nie... ...ona mieszka w Londynie... ...ale pozostałych członków rodu tak, a z tego, co mi wiadomo stara wiedźma miała coraz większe parcie na wydanie córki - sam był tego świadkiem podczas jednego z wydarzeń dla śmietanki towarzyskiej, które tak właściwie zapoczątkowało ich przejście z przyjaźni w coraz bardziej naturalnie przyjmowany długofalowy związek, chociaż nie miały na to wpływu zabiegi ze strony Jennifer.
No, może bezpośrednio, bo coś tam niby dały. Znał tę kobietę już nie tylko od zawodowej strony, nawet jeśli nie udało mu się uniknąć pełnienia funkcji przydomowego uzdrowiciela na wezwanie. Żartował, że tak będzie, ale rzeczywistość okazała się zatrważająco zbieżna z tym, co miało być dowcipem. Mówił również o amortencji i jej działaniu, o tym także dowcipkując z Geraldine i wprost bezczelnie sugerując jej, że podtruwała go eliksirem miłosnym. Oczywiście, znał się na tym tak, że raczej to wykluczał. Przynajmniej w wypadku młodszej Yaxleyówny, ale starsza...
...starsza mogła przynajmniej kilka razy spróbować zrobić coś takiego.
- Kur... ...ki złociutkie. Powiedziałbym, że to wobec tego jest całkiem możliwe, szczególnie, gdybym przyjmował czekoladki z likierem od pacjentów jak to robią co poniektórzy - zauważył ze zdziwieniem przypominając sobie co najmniej trzy momenty, w których Jennifer była dla niego niezwykle miła i usiłowała częstować go zagranicznymi słodyczami. Dwa z tych trzech razy były podczas epizodu z leczeniem Riny po ataku kelpie, stąd nie zwrócił na nie uwagi, bo był zbyt zajęty leczeniem. Zaś ostatni najpewniej też musiał być w jakimś momencie, kiedy naturalnie mógłby wpaść na jedyną córkę kobiety. To było zadziwiająco, zatrważająco logiczne.
Bez działania amortencji był szczęśliwy ze swoją osobliwą hybrydą, choć na słowa Thomasa parsknął pobłażliwie, jednakże zdarzało im się kłócić i spinać o rzeczy, których raczej nie zauważałby pod wpływem miłosnego narkotyku. Oficjalny wspólny debiut towarzyski również mieli już za sobą. Dwie kolacje i po jednym obiedzie z każdą z rodzin również. Tak właściwie to Figg był jedną z ostatnich osób, które Greengrass informował o zmianie niektórych okoliczności życiowych, ale to tylko z uwagi na to, że o takich rzeczach raczej nie zwykł pisać w listach. Tak właściwie to nie był człowiekiem słowa i miewał problemy z ubraniem w nie własnych przemyśleń. Jasne, próbował się chociaż trochę przemóc, ale jak do tej pory raczej średnio mu to wychodziło.
- Dla tych obiadków było warto wyspecjalizować się w zatruciach eliksiralnych - mimo tak kpiącej sugestii nie drgnął mu nawet mięsień na twarzy, jedynie błysk w oczach wskazywał na jawny żart. - Są pyszne nawet z bezoarem w gardle. Żałuj, że nie wpadasz na swoje - dopowiedział, tym razem posuwając się do tego, żeby samą miną zasugerować, że wie o czym mówi, bo jest częstszym gościem na obiadach u siostry przyjaciela niż sam Thomas.
- Choć Nora chyba tak tęskni, że też byłaby w stanie cię z tej tęsknoty zatruć, jeśli dzięki temu byś wrócił na dłużej - mimowolnie kiwnął głową.
Tak. Mimo że tego nie mówiła - z pewnością byłoby dużo łatwiej, gdyby miała przy sobie kogoś takiego jak brat. Tego nie dało się tak łatwo zastąpić, choć Ambroise starał się jak mógł. Nawet ewidentnie zostawał dla niej niańką małej Mabel, mimo kompletnego braku predyspozycji ku temu. Usiłował być na wezwanie, oferować swoje wsparcie i tak dalej, bo ją również bezwiednie zaczął traktować jak członka rodziny. Momentami bliższego niż ci faktyczni. Mimo to zdawał sobie sprawę z tego, że nie zawsze mógł być pomocny. Czasami chodziło o tę szczególną więź między ludźmi wychowanymi w tym samym domu i podobnych okolicznościach w otoczeniu tych samych osób.
- Skur... ...czybyczek - nawet w zamyśleniu usiłował się dalej pilnować - dostałby lepę, gdyby powiedziała, kto ją tak wmanewrował - stwierdził nagle, posyłając poważniejsze spojrzenie w kierunku małej czarownicy i wstrząsając głową. - Piękne słówka i ucieczka od odpowiedzialności. Zadziwiające, że wyszło z tego coś tak... ...delikatnego i wdzięcznego - dodał, przy czym znowu potrząsnął głową i tym razem dodatkowo wzruszył ramionami.
Był zmęczony. Ostatnio przechodził przez dziwny etap życia. Nic dziwnego, że miewał chwile nagłego zastanawiania się nad kolejami losu i sekretami tego, co szykowało dla nich życie. Całe szczęście cokolwiek to było, przynajmniej miał swoich ludzi a jego ludzie mieli jego. To była dziwna myśl, naprawdę.
- Czemu mnie to nie dziwi. Tak czy siak, liczę na to, że gdy przytrafią się takie okoliczności to znajdziesz dla mnie wygodne miejsce w zespole - stwierdził w końcu, jak gdyby nigdy nic powracając do lekkości w głosie i całkowicie wyluzowanej, wręcz rozleniwionej (szczególnie bez dziecka na kolanach) postawy.
- Mam nieskazitelne referencje. Zawodowo jestem wyjątkowym kandydatem - a przy tym jakże skromnym i obiektywnym w stosunku do swoich (licznych!) zalet. - Choć po namyśle wolę nie uciekać z kraju. Nora i tak by mnie dopadła a luba nie byłaby zadowolona. No, chyba że macie tam jakieś wartościowe potwory - dopowiedział, bo akurat z tym niedociągnięciem nie próbował się kryć.
Mimo naprawdę solidnych i wielokrotnie podejmowanych prób wbicia mu do głowy podstawowych informacji odnośnie magicznych zwierząt, mózg Greengrassa był raczej oporny (dziwne, co nie?) na przyswajanie tego typu wiedzy. Dla niego memortki w dalszym ciągu były memrotkami, ewentualnie mamrotkami a na widok testrala niemal przeskoczył przez płot, nie spodziewając się zastać go w miejscu, w którym zazwyczaj go nie było. To znaczy: był, ale nikt Ambroisa o tym nie uświadomił. Dopiero dobicie Williama Rosiera na początku sześćdziesiątego piątego najwyraźniej odbiło na Greengrassie tak duże piętno, że zaczął widzieć te upiorne konie, choć przecież wielokrotnie wcześniej widział oblicze śmierci. Tak czy inaczej, momentalnie pożałował tego widoku. Nie cierpiał znacznej większości magicznych stworzeń.
Do duchów również miał bardzo średnie nastawienie. Szczególnie po jednym naprawdę nieprzyjemnym opętaniu.
- To brzmi zdecydowanie jak zbyt małe poświęcenie - wzruszył ramionami, jakby był ekspertem w tym zakresie i niemalże codziennie składał z kogoś ofiarę; nie to, że zaledwie chwilę wcześniej dopytywał o intrygujące szczegóły dotyczące tego procesu - to był detal.
- Myślę, że nie warto tego robić. Znajdę inną ofiarę do złożenia na tym ołtarzu. Jedną za to dużą jak rzyć Gregory Macmillan z Ravenclawu - rzyć zamiast starej dobrej dupy bo chyba tego słowa mógł używać przy dzieciach, czyż nie?
Nie był tak całkiem beznadziejnie niecenzuralny, kiedy starał się trzymać język za zębami. Prawdę mówiąc, poza nielicznymi chwilami swobody w domu albo w sytuacjach towarzyskich, które mu na to pozwalały, uchodził raczej za poważnego i sztywnego człowieka, który wcale nie musiał powiedzieć komuś wprost spierdalaj. Potrafił zrobić to w tak wysublimowany sposób, że wskazana osoba nie tylko czuła paląca chęć przeżycia tej przygody, lecz także naprawdę ochoczo opuszczała pomieszczenie. To była głównie kwestia okoliczności. A te tutaj zaczęły sprzyjać rozprężeniu. Szczególnie, odkąd Mabel nie była już tak całkiem na głowie Ambroisa i w dodatku zaczęła usypiać.
- Mój magazyn jest przynajmniej poczytny i nie musi sobie sztucznie nabijać sprzedaży - odrzekł w bardzo zbliżonym tonie, unosząc wzrok w kierunku sufitu i wzdychając ciężko. - Ma bardzo dużo informacji z pierwszej ręki - obronił jeszcze swoje pisemko, które tak w rzeczywistości po prostu sprawiało mu satysfakcję.
Lubił czytać o Quidditchu. W ten sposób wracał pamięcią do starych dobrych szkolnych czasów sprzed Munga. Nie do końca łatwiejszych ani takich, w których faktycznie chciałby się znowu znaleźć, ale miło było co nieco powspominać. Tak samo jak spróbować przelać na kogoś dawne pasje. Niestety, zbyt małego, żeby to miało rację bytu.
- Daj znać, gdybyś zmienił zdanie. Mało się znam, ale sądzę, że niewypolerowany trzonek może niewygodnie leżeć w dupie. Podrzucę ci dobry artykuł opisujący to krok po kroku i pastę polerską - wzruszył ramionami.
Był pomocny, co nie? Prócz tego jako uzdrowiciel wiedział, że oddział wypadków przedmiotowych raz na jakiś czas (stanowczo zbyt często) leczył drzazgi w odbycie i nie było to nic przyjemnego dla żadnej ze stron. A jeszcze tak się malowniczo składało, że drobna i niska Nora mogła mieć niezłego cela wynikającego z tego, że bliżej jej było do pęknięcia na plecach Thomasa niżeli do czubka jego głowy. Ot co: siła i znaczenie detali.
- Co zaś tyczy się naszego drogiego kurołaka, będzie okazja przekonać się już za niecały miesiąc. Masz jakieś wskazówki, w jaki sposób zweryfikować istnienie klątwy? - Spytał, choć nie zamierzał odnotowywać tego w pamięci.
Miał już swoje przekonania odnośnie całej sytuacji, a jeśli to byłby faktyczny kurołak to całe szczęście podlegałby pod inny oddział - Prewetta albo Bulstrode, którzy mogliby podejść do tego z czymś w rodzaju pasji a nie pod Greengrassa, który wolał nie mieszać się w kwestie klątw, bestii i potworów.
To się u niego nie zmieniło. Wiele można było powiedzieć, ale to pozostawało stałe.
Widząc skutek usypiających umiejętności Thomasa (może to po prostu było wyjątkowe nudziarstwo?) powoli skinął głową, bo nie zamierzał ruszać się z miejsca.
Przynajmniej z początku, bo zanim przyjaciel zdążył wrócić, Ambroise pokusił się o to, żeby udać się do kuchni i wygrzebać stamtąd butelkę cydru, który sam nie tak dawno sprezentował Norze. No cóż, miał go odkupić podczas najbliższego pobytu w Dolinie Godryka w okolicach sadów.
Tymczasem zabrał do tego jeszcze dwa szkła i profilaktycznie od razu wypełnił je alkoholem. Lekkim, niskoprocentowym, bo przecież opiekowali się dzieckiem. Aż taki to nie był. Potrafił zachowywać się odpowiednio i odpowiedzialnie, ostatnio nawet całkiem szczególnie mocniej niż zwykle.
- Czy ja ci wyglądam jak skrzat domowy zafascynowany sprzątaniem? - Spytał po chwili milczącego słuchania z uniesionymi brwiami, obracając szklaneczkę w palcach, jakby to była ognista a nie półsłodki cydr z antonówek (oczywiście, zanim podniósł szklankę skinął głową w kierunku stolika, wskazując na obecność butelki).
- Czy to był jakiś ich prywatny Lovegood? - Spytał, parskając pod nosem, bo tak - to brzmiało jak klasyczny Lovegood, ewentualnie jakiś osobliwy Lockhart z przerostem ego i upodobaniem do koziny.