18.01.2023, 19:58 ✶
Skinął głową na potwierdzenie swoich własnych słów, choć wypowiedziane na głos nie brzmiały już tak zabawnie, jak w jego głowie. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, że przyjaźnił się z wampirem… Tyle że Sauriel nigdy nie próbował wyssać z niego całej krwi, a przeklęta szkatuła i owszem.
Posłał jej zaskoczone spojrzenie, gdy wyciągnęła z kieszeni płaszcza pakunek, który mu podała. Natychmiast zajrzał tam z niemalże dziecięcą ciekawością, by sprawdzić zawartość prezentu i uśmiechnął się na tyle, na ile pozwalał mu wciąż doskwierający ból głowy.
- Merlinie, dziękuję! Nie musiałaś przecież – zawołał, ale w myślach dopowiedział sobie, że nawet gdyby chciała zwrotu słodyczy, już by jej nie oddał. Zwłaszcza że gdy nie miał dostępu do papierosów, zażerał się czekoladą. – Mam Artemisię Lufkin i Gryffindora, ale tego drugiego nie oddam, bo wysłałem znajomemu, który dał mi czekoladowe żaby. Grał Godryka w spektaklu u Selwynów, więc uznałem, że sprawi mu frajdę, jak poproszę o autograf – zaśmiał się, wracając wspomnieniami do marca, kiedy wszystko wydawało się prostsze a jedynym, co miał na głowie, to stworzenie rekwizytów teatralnych dla Lovegooda, ewentualnie drinki późnym wieczorem u Nory.
- Oni nie chodzili czasem razem do szkoły? – dopytał na wzmiankę o podobieństwie ich ojców. Rzeczywiście mieli ze sobą sporo wspólnego, przede wszystkim wygórowane oczekiwania względem własnych dzieci. Niespecjalnie kojarzył znajomych ze szkoły swojego ojca z wyjątkiem Floriana Fortescue, który otworzył swój lokal niedaleko nich. Jego ojciec raczej nie utrzymywał zbyt wielu kontaktów towarzyskich zbyt pochłonięty pracą i rodziną. Wystarczali mu sąsiedzi z Pokątnej i rozsiewanie plotek. – Ale nie zabijaj mnie, nie chcesz spędzić reszty życia z dementorami z mojego powodu – dodał jeszcze, ale zaraz się nachmurzył, gdy padły kolejne pytania. – Jest klątwołamaczem i pracował nad tym artefaktem, a ja jestem debilem i dałem się złapać w pułapkę.
Wzdrygnął się na samo wspomnienie tej rzymskiej szkatułki, na którą Castiel tak bardzo się cieszył, a którą Fergus rozwalił w zaledwie dwie minuty. Miesiące starań o sprowadzenie artefaktu, który miał rozbroić poszły na marne. A wszystko przez to, że zostawił Ollivandera samego, a ten z kolei zbagatelizował niebezpieczeństwo, podchodząc zbyt blisko przedmiotu. I trach, prawie stracił rękę, jeśli nie życie.
- On wiecznie tylko narzeka – burknął, wiedząc, że jeśli pojawi się tu również i dzisiaj, Fergus nasłucha się sporo na temat tego, że powinien być teraz w pracy i załatwiać drewno na różdżki, które musieli odnowić po tamtej nieszczęsnej kradzieży. – Castiel nie sprawia mi żadnych problemów! – dodał szybko, może nawet zbyt szybko. – My… przyjaźnimy się. Po prostu mieliśmy pecha, to wszystko.
Nie potrzebował pomocy z Flintem. Nawet jeśli ten się na niego wściekał, w co Fergus wierzył, biorąc pod uwagę, że mężczyzna w ogóle go w szpitalu nie odwiedził. Doceniał jednak troskę Reginy i bardzo cieszył się, że wpadła. Potrzebował odskoczni od towarzystwa rodziców i uzdrowicieli, a Rowle mogła mu ją chociaż przez chwilę zapewnić.
Posłał jej zaskoczone spojrzenie, gdy wyciągnęła z kieszeni płaszcza pakunek, który mu podała. Natychmiast zajrzał tam z niemalże dziecięcą ciekawością, by sprawdzić zawartość prezentu i uśmiechnął się na tyle, na ile pozwalał mu wciąż doskwierający ból głowy.
- Merlinie, dziękuję! Nie musiałaś przecież – zawołał, ale w myślach dopowiedział sobie, że nawet gdyby chciała zwrotu słodyczy, już by jej nie oddał. Zwłaszcza że gdy nie miał dostępu do papierosów, zażerał się czekoladą. – Mam Artemisię Lufkin i Gryffindora, ale tego drugiego nie oddam, bo wysłałem znajomemu, który dał mi czekoladowe żaby. Grał Godryka w spektaklu u Selwynów, więc uznałem, że sprawi mu frajdę, jak poproszę o autograf – zaśmiał się, wracając wspomnieniami do marca, kiedy wszystko wydawało się prostsze a jedynym, co miał na głowie, to stworzenie rekwizytów teatralnych dla Lovegooda, ewentualnie drinki późnym wieczorem u Nory.
- Oni nie chodzili czasem razem do szkoły? – dopytał na wzmiankę o podobieństwie ich ojców. Rzeczywiście mieli ze sobą sporo wspólnego, przede wszystkim wygórowane oczekiwania względem własnych dzieci. Niespecjalnie kojarzył znajomych ze szkoły swojego ojca z wyjątkiem Floriana Fortescue, który otworzył swój lokal niedaleko nich. Jego ojciec raczej nie utrzymywał zbyt wielu kontaktów towarzyskich zbyt pochłonięty pracą i rodziną. Wystarczali mu sąsiedzi z Pokątnej i rozsiewanie plotek. – Ale nie zabijaj mnie, nie chcesz spędzić reszty życia z dementorami z mojego powodu – dodał jeszcze, ale zaraz się nachmurzył, gdy padły kolejne pytania. – Jest klątwołamaczem i pracował nad tym artefaktem, a ja jestem debilem i dałem się złapać w pułapkę.
Wzdrygnął się na samo wspomnienie tej rzymskiej szkatułki, na którą Castiel tak bardzo się cieszył, a którą Fergus rozwalił w zaledwie dwie minuty. Miesiące starań o sprowadzenie artefaktu, który miał rozbroić poszły na marne. A wszystko przez to, że zostawił Ollivandera samego, a ten z kolei zbagatelizował niebezpieczeństwo, podchodząc zbyt blisko przedmiotu. I trach, prawie stracił rękę, jeśli nie życie.
- On wiecznie tylko narzeka – burknął, wiedząc, że jeśli pojawi się tu również i dzisiaj, Fergus nasłucha się sporo na temat tego, że powinien być teraz w pracy i załatwiać drewno na różdżki, które musieli odnowić po tamtej nieszczęsnej kradzieży. – Castiel nie sprawia mi żadnych problemów! – dodał szybko, może nawet zbyt szybko. – My… przyjaźnimy się. Po prostu mieliśmy pecha, to wszystko.
Nie potrzebował pomocy z Flintem. Nawet jeśli ten się na niego wściekał, w co Fergus wierzył, biorąc pod uwagę, że mężczyzna w ogóle go w szpitalu nie odwiedził. Doceniał jednak troskę Reginy i bardzo cieszył się, że wpadła. Potrzebował odskoczni od towarzystwa rodziców i uzdrowicieli, a Rowle mogła mu ją chociaż przez chwilę zapewnić.