Czy on słyszał o Vakelu Dolohovie? Niedopowiedzenie roku. Uśmiechnął się jednak, może nieco kwaśno, ale przecież można zrzucić to na fakt, że oboje byli w podobnym wieku, oboje byli jasnowidzami, chociaż pewnie Raphaela tego nie pamiętała. Czy on pamiętał Vakela Dolohova. A czy drzewo zapomina topór, który je ściął? Czy da się zapomnieć największy ból swojego życia, największą radość i wszystko pomiędzy? Czy da się żyć pełnią życia, gdy poddusza się samego siebie chustką noszącą jego zapach? Morpheus Longbottom wiedział doskonale, kim jest Vakel Dolohov, bo miał na jego punkcie obsesję i nosił jego imię wypisane na skórze. Oznakowany, jak bydło.
— Biorąc pod uwagę to, co słyszę o panu Baldwinie, domyślam się, że nie są na sprzedaż. Chciałbym złożyć ofertę pannie Lyssie. Chciałbym zakupić jej obrazy, wszystkie trzy i każdą ofertę, która na nie padnie, proszę przebić w moim imieniu o 100 galeonów, bez względu na finalne koszta. Prosiłbym jednak, abym pozostał anonimowy do zakończenia transakcji.
W czasie konwersacji patrzył nie na twarz dziewczęcia, a jej włosy. Czy to był ten sam odcień, ten sam kolor, który trzymał w palcach Fortinbras Malfoy w jego wizji? Miał co do tego wątpliwość. To był ten sam frustrujący przypadek, jak z liśćmi. Ktoś o blond włosach. Równie dobrze mógł obmyślać upadek własnej córk, za zadawanie się z rodziną Longbottom, kolor włosów miały taki sam.
Przesunął spojrzenie na Enzo Remingtona. Dwójka młodziaków, właściwie trójka, licząc z panną Lyssą Mulciber, wciągnięta nieświadomie w jego gierki, które mogły mieć wygórowaną cenę.
Sięgnął do swojego lauru ze złota i wyjął go z ułożonych loków. Obrócił go w palcach, sygnet z kosą-śmierciuchą zalśniły w harmonii na jego palcu. Zupełnie, jakby miał ofiarować swoją protekcję finansową właśnie córce Dolohova. Zamiast tego sięgnął do skroni Enzo i położył na jego głowie swój laur.
— Liczę, że pan również zachowa dyskrecję — mrugnął okiem do swojego championa — Proszę wysyłać swoje rachunki do mojego rachmistrza.
Nie zamierzał niczego tłumaczyć. W cieniu, tam gdzie światło nie dotyka ziemi, dzieją się rzeczy, których oczy nie widzą, a serca ledwo przeczuwają. Cisza staje się gęsta, jakby czas spowolniał, a każda decyzja, każde muśnięcie powietrza, pozostaje w ukryciu. Działania splatają się z mrokiem, jak nici pajęczyny, delikatne, a jednak silne. Tam, gdzie nie pada wzrok, rosną plany, kiełkują myśli i dojrzewają intencje. Ruchy są ciche, płynne, niezauważalne dla nieprzygotowanego obserwatora, jak wiatr, który porusza liść, choć nie widzimy jego źródła. W cieniu nie ma pośpiechu, nie ma błysku, jest tylko głęboka, nieskończona przestrzeń dla tych, którzy potrafią słuchać szelestu tego, co ukryte.
Przecież nie mógł powiedzieć, że wybrał go dlatego, że jego sowa ma tak samo na imię, jak on nazwisko. Remington. Bawiło go to i tym się wyróżnił. Nie był tak zatrważająco, dramatycznie smutno-nudny.
Przecinał spojrzeniem przestrzeń bankietową, aż natknął się spojrzeniem na Ministrę Magii. Ciekawe, któż będzie jej Oberonem, któż będzie jej oślim kochankiem. I właśnie dlatego spojrzał w jej przyszłość. Co kryły w sobie intencje Ministry Magii.
Sukces!