10.10.2024, 22:21 ✶
– Nie przejmuj się. Pewnie wpadłbym do niego nie ważne co – mruknął pocieszająco, nawet jeśli nieco bez entuzjazmu. – Tak, ja ciebie też. Wszystko dobrze? Nie jesteś ranna?
W sumie dobrze, jakkolwiek nie brzmiało to źle, bo jednak ktoś tu jakiś czas temu umarł, że to nie ona była w tym dole z odciętą głową, bo chyba naprawdę by zwariował. Ich pech był dokuczliwy, ale gdyby doprowadził jedno z nich, a zwłaszcza ją, do śmierci, gdyby Brenna przez tę klątwe, której nigdy nie powstrzymał nie posłała mu już więcej, tego irytującego uśmiechu Longbottomów, lub nie pojawiła się więcej na miejscu pechowej katastrofy... Nigdy by sobie tego nie wybaczył.
Dał się podprowadzić do pieńka, na którym od razu usiadł i westchnął ciężko. Niby już się przyzwyczaił. Niby już nie powinien tak narzekać, niby powinien już to znosić bez żadnych emocji, ale jednak byli na miejscu zbrodni, on się kiepsko czuł, bolała go kostka, a ta poza tym był poobijany też w innych miejscach, bo WPADŁ DO DOŁU Z TRUPEM.
– Ja... – zaczął masując sobie kark. – To było dziwne. Nie do końca rozumiem co się stało. – Jakby ich ostatnie kilka lat pecha nie było dziwne. – Szedłem stamtąd. – Tu wskazał palcem ścieżkę, która jeszcze niedawno szedł. – Wiesz, wracałem od pacjenta, kiedy... – Wziął głęboki oddech i skrzywił się nieco. – Nie mam pojęcia, jak to wszystko wyjaśnić Brenno, ale po prostu... Spotkałem kobietę. Nie szła z tego miejsca tutaj, a od tamtych domów. Była ubrana w łachmany i trzymała klatkę z lelkiem wróżebnikiem, który zaczął strasznie zawodzić na mój widok i... – Zawahał się, bo to brzmiało strasznie abstrakcyjnie, nawet jak na piątek trzynastego. – Kiepsko się poczułem. Uznałem, że musiałem się za bardzo pzemęczyć przy hm.. No wiesz, moim stanie, ruszyłem tutaj, by usiąść i wziąć leki i potknąłem się o... – Westchnął ciężko po raz kolejny i po prostu wskazał ręką tę drugą rękę. – Wtedy odkryłem pierwszy dół.
W sumie dobrze, jakkolwiek nie brzmiało to źle, bo jednak ktoś tu jakiś czas temu umarł, że to nie ona była w tym dole z odciętą głową, bo chyba naprawdę by zwariował. Ich pech był dokuczliwy, ale gdyby doprowadził jedno z nich, a zwłaszcza ją, do śmierci, gdyby Brenna przez tę klątwe, której nigdy nie powstrzymał nie posłała mu już więcej, tego irytującego uśmiechu Longbottomów, lub nie pojawiła się więcej na miejscu pechowej katastrofy... Nigdy by sobie tego nie wybaczył.
Dał się podprowadzić do pieńka, na którym od razu usiadł i westchnął ciężko. Niby już się przyzwyczaił. Niby już nie powinien tak narzekać, niby powinien już to znosić bez żadnych emocji, ale jednak byli na miejscu zbrodni, on się kiepsko czuł, bolała go kostka, a ta poza tym był poobijany też w innych miejscach, bo WPADŁ DO DOŁU Z TRUPEM.
– Ja... – zaczął masując sobie kark. – To było dziwne. Nie do końca rozumiem co się stało. – Jakby ich ostatnie kilka lat pecha nie było dziwne. – Szedłem stamtąd. – Tu wskazał palcem ścieżkę, która jeszcze niedawno szedł. – Wiesz, wracałem od pacjenta, kiedy... – Wziął głęboki oddech i skrzywił się nieco. – Nie mam pojęcia, jak to wszystko wyjaśnić Brenno, ale po prostu... Spotkałem kobietę. Nie szła z tego miejsca tutaj, a od tamtych domów. Była ubrana w łachmany i trzymała klatkę z lelkiem wróżebnikiem, który zaczął strasznie zawodzić na mój widok i... – Zawahał się, bo to brzmiało strasznie abstrakcyjnie, nawet jak na piątek trzynastego. – Kiepsko się poczułem. Uznałem, że musiałem się za bardzo pzemęczyć przy hm.. No wiesz, moim stanie, ruszyłem tutaj, by usiąść i wziąć leki i potknąłem się o... – Westchnął ciężko po raz kolejny i po prostu wskazał ręką tę drugą rękę. – Wtedy odkryłem pierwszy dół.